poniedziałek, 31 marca 2014

Post na ostatni dzień marca

Dokopał nam ten marzec do tyłków, że hej. Mocno i konkretnie, chociaż w łaskawości swej, totalnie na dechy nie rzucił. Może jedynie na kolana. Do czegoś ta lekcja była nam potrzebna i mam nadzieję nie zmarnować, ani przegapić tej nauki. Oboje jakieś wnioski już z niej wyciągnęliśmy, trzeba je tylko i aż wcielić w życie, mając nadzieję, że nie będziemy musieli jej po raz kolejny powtarzać.
Wnioskami dzielić się nie będę, ze zrozumiałych względów, może kiedyś, później, bo na razie nie mam pojęcia, co z nich się wykluje.
Mąż jeszcze jest w szpitalu, dzisiaj minęły dwa tygodnie od operacji. Gdyby nie to krwawienie z rany, byłby już w domu. Mam nadzieję, że w tym tygodniu się to uda, bo wszystko ku temu zmierza.

Tak się złożyło, że dzisiaj znów pojechałam do stolicy naszej wielkopolskiej. Dzisiejszy dzień był piękny i słoneczny, załatwiłam, co miałam załatwić, pozwoliłam sobie na małe szaleństwo w postaci kawałka pizzy i kawy ( na Ratajczaka Kreciku, dzięki Twojej rekomendacji, to nasza ulubiona jadłodajnia w Posen :)). Pizza była pyszna, kawa - tak nie do końca, widocznie mi nie służy 
i nie jest mi do szczęścia potrzebna, bo od jakiegoś czasu obywam się bez niej.
Wsiadłszy do pociągu, pstryknęłam kilka zdjęć przez szybę, bo mnie te podbiały rozczuliły. Specjalnie nie przycinałam tego zdjęcia, żeby pokazać Wam, w jakich to okolicznościach przyrody (?) sobie te roślinki rosną:


A to widoczek na lokomotywy, kwitnące drzewa i drogę wiodącą do dworca:


Te pięknie kwitnące drzewa przystopowały mnie już na moim osiedlu, kiedy szłam do szpitala. Zdjęcie nie oddaje ich piękna, zapachu, ale można sobie to wyobrazić:


Kręciło się tam mnóstwo bzykadełek, które pracowały jak szalone i nie miały czasu pozować do zdjęć:



Nie pamiętam tak pięknej wiosny.

Miłego wieczoru i spokojnych snów :)

sobota, 29 marca 2014

Serce dla mężczyzny

Nasza blogowa koleżanka Mnemo napisała w którymś z komentarzy, że uszyje dla mojego chłopa serduszko dla zdrowotności. Jak napisała, tak uczyniła i wczoraj odebrałam od niej przesyłkę. Zaniosłam ją chłopu do szpitala i tam razem ją otwieraliśmy, bo było, nie było - przeznaczona została dla niego.
A jak wygląda serce dla mężczyzny? Ano tak:



Pasuje do niebieskiej pościeli ;) Taką mają na oddziale. Serduszko zostało oczywiście przy właścicielu :)

Pomocą w dojściu do sił i zdrowia ma być również ta konfitura. Bardzo dobrze zapakowana przez Mnemo, dotarła do nas 
w stanie idealnym i nadającym się do spożycia. I w dodatku fajnie przyozdobiona :))



Mnemo - bardzo Ci dziękujemy za Twoje podarki :)) Bardzo, bardzo :))


Słońce mocniej przygrzało, to i owady się obudziły i ruszyły do pracy. Udało się mi złapać te dwie pracowite pszczółki na kwitnącej i pachnącej mirabelce:



 
 A zaraz obok brzoza:


Miłego popołudnia Wam życzę :)
Za chwilę idę do tego mojego chłopa, za wcześnie nie mogę, bo słucha transmisji meczu - telewizora tam nie ma, ale może 
i dobrze. Najważniejsze, że opatrunki są w miarę czyste.

piątek, 28 marca 2014

Zaginione dni

Ze zdziwieniem zauważyłam wczoraj, że ostatni mój wpis popełniłam w poniedziałek, a to już czwartek się zrobił. Gdyby ktoś mi się spytał, co robiłam przez te dni, nie umiałabym precyzyjnie odpowiedzieć, zakreślić jedynie jakieś ogólne ramy i to wszystko.
Okazało się, że za wcześnie mieliśmy nadzieję na wyjście męża przed weekendem. We wtorek zaczęła mu z rany, spod drenu lecieć krew, w ilościach niepokojących - nas przynajmniej. Nie będę się rozpisywać ze szczegółami, co i jak. Wydaje się, że od wczorajszego popołudnia sytuacja się wyciszyła. Po USG lekarze nabrali pewności, że to nie z brzucha, ze środka, tylko pod powierzchnią się coś tam stało, czyli z miejsca cięcia.
Przyczyna jest nieznana, ale mam swoją teorię, w którą nikt nie musi wierzyć, u chłopa mego jednak się sprawdziła. Mąż operowany był w poniedziałek, zaraz po niedzielnej pełni. Niektórzy twierdzą, że w czasie pełni nie powinno robić się zabiegów operacyjnych, czy też usuwać zębów, bo rany mogą słabiej się goić. Poza tym, trafiłam kiedyś na artykuł, w którym astrolog opisywał wpływ Księżyca na sprawy zdrowia i medycyny. Nie sprawdzałam, w jakim znaku był ów Księżyc w poniedziałek, bo nie chciałam się nakręcać. Zrobiłam to dopiero przedwczoraj. I cóż? Waga, która odpowiedzialna jest za brzuch, talię, pośladki itp.
Czyli nie był to zbyt dobry dzień na tego typu zabieg, czy operację.
Oczywiście racjonaliści wyśmieją to wszystko, kwalifikując informacje owe jak zabobon i ciemnotę, ale tak chyba do końca nie jest. Mało mnie zresztą ich zdanie interesuje. W ogóle mnie nie interesuje.

Może i leki przeciwzakrzepowe rozrzedziły krew zbyt mocno i poszło w drugą stronę, bo mu teraz  zmniejszyli dawkę - tak mi wczoraj ordynator mówił.
Miejmy nadzieję, że w końcu uporamy się z tym całym bałaganem. Muszę pomyśleć o jakiejś kuracji antystresowej po wszystkim.

Żeby do końca nie było tak smutno, to kilka zdjęć - pierwsze zrobiłam przy płocie mojego liceum, a pozostałe w okolicach i na dworcu w Poznaniu.








Miłego dnia wszystkim życzę :)

poniedziałek, 24 marca 2014

sitrohen technolożi ;)

Witajcie :)
Najpierw njus ze szpitala - jest dobrze :) Dzisiaj dano chłopu memu coś do zjedzenia i karteczka na jego karcie przy łóżku ewoluowała od "ścisłej" poprzez "herbatę" do "lekkiej" diety. Troszkę sobie chłopak podjadł, już rano naczelny chirurg zezwolił na to szaleństwo ;)
Reszta też wygląda dość dobrze, więc za kilka dni będzie mógł wrócić do domu - chłop mój, oczywiście.
W trzyosobowym pokoju jest sam od początku, co ma swoje plusy, półtora dnia miał towarzysza niedoli w osobie starszego pana, który przyszedł tylko na badania i szybko go wypisali.

W sobotę trafiłam przypadkiem na zlot citroenów, które stały sobie na naszym Rynku i brały udział w jakimś ichnim zlocie. Zrobiłam kilkanaście zdjęć i chcę je Wam pokazać. Mam nadzieję, że samochody się Wam spodobają, ja pokręciłam się przy nich dłuższą chwilę, bo były naprawdę piękne.


Ten szafirowy - jedyny w swoim rodzaju:


Obok niego, stał również - nie mniej oryginalny:


Jak citroeny, to nie mogło zabraknąć kultowych "kaczek" pomalowanych na zasadzie " co komu w duszy gra":



Jakby ktoś chciał przewieźć lodówkę, albo pralkę, albo znajomych i rodzinę na grzyby:


Pewnie zjeździł kiedyś Europę i pół świata:


Służby mundurowe też były obecne:


Cóż, że z Francji ;) :



Liliowo - różowy najbardziej się mi podobał:


Tyły samochodów prezentowały się równie ciekawie, co przody:




A te stare walizki ..... gdzież one nie były ..... :

 

Współczesne nudne modele też były obecne:



Trzymajcie się zdrowo i ciepło :) U nas pada i zrobiło się nieprzyjemnie zimno. Włączyłam nawet ogrzewanie, żeby było trochę przyjemniej wieczorem. Mam w zanadrzu kilka wiosennych zdjęć, dzisiaj byłam w Poznaniu, a tam ustrzeliłam kwitnące mirabelki przy dworcu. A skoro byłam na dworcu, to wiadomo, jakich zdjęć możecie spodziewać się w najbliższym czasie :)

P.S. Zwróćcie uwagę na zdjęciach, że prawie każdy samochód ma białą płachtę pod silnikiem. Chyba są trochę przeciekające. Słyszałam, co prawda, jak jeden pan mówił do drugiego, że jego nie cieknie, ale poszli sobie dalej i niestety zostawili mnie z tą nierozwiązaną zagadką. Nie mam, co prawda starego citroena, mam jednakże nadzieję, że w razie czego dowiem się, co należy zrobić z tym fantem.

piątek, 21 marca 2014

Piękno naszej poznańskiej mowy

Niedawno znalazłam w Internecie tłumaczenia tytułów filmowych i jestem nimi zachwycona :))) Ktoś, kto to zrobił, doskonale zna poznańskie realia i bardzo udatnie dobrał/dobrała słownictwo.

Mam nadzieję, że będzie się Wam podobało.

"Gdyby Poznaniacy tłumaczyli tytuły filmów i gdyby je kręcili:

- Hobbit tam i z powrotem - Kakalud w te i wew te
- Tramwaj zwany pożądaniem – Bimba Zwana Pożądaniem
- Chłopcy z ferajny – Szczuny zez fyrtla
- Obcy - Warszawiok
- Harry Potter i kamień filozoficzny - Żgajek w brylach i fifny kamlot
- Coś - Wihajster
- Ptaki ciernistych krzewów - Glapy w agryście
- Green street hooligans - Penery z Chwaliszewa
- Chłopi - Bambry
- Kawa i papierosy - Lura i ćmiki
- Ziemia obiecana - Swarzyndz
- Wstyd - Poruta
- Tańczący z wilkami - Z kejtrami na miganie
- Kobieta kot - Pinda kociamber
- Pociąg z forsą- Bana z bejmami
- Prawdziwe kłamstwa - Akuratne blubry
- Dirty dancing - Unorane migane
- Taksówkarz- Dryndziorz
- Psy - szkieły (kejtry)
- Chłopaki nie płaczą- Szczuny nie dudlają
- Wall Street: pieniądz nie śpi - Na Marcinie bejmy nie kimajom
- Nóż w wodzie -Haj wew ślumpie
- Tatarak- Chęchy
- Diabeł ubiera się u Prady - Diaboł łobleko się u Prady
- Dziewczyna z sąsiedztwa - Mela zez okolic
- American Pie - Hamerykańska Szneka
- 12 gniewnych ludzi - 12 nerwerwerów
- Drogówka - Szkieły
- Armagedon - Koniec Dymbiec
- Gorączka - Garówa
- Jackie Chan: pierwsze uderzenie - Jacol Chan: piyrsza fanga
- Skąpiec-Nyrol
- Policjanci z Miami - Szkieły zez Kiekrza
- Maratończyk - Laufer".

Dzisiejszy dzień był ciepły i słoneczny - prawdziwe powitanie Wiosny. Mnie on zmęczył do tego stopnia, że po południu trasę szpitalno- pracową odbyłam samochodem. Chociaż nie przepadam za parkowaniem w mieście, to już nie chciało mi się lecieć pieszo, chociaż daleko nie mam. Na szczęście po 15-stej rozluźnia się na takim dzikim parkingu, za który nie trzeba płacić, a jest wszędzie blisko, więc się zdecydowałam. I to był bardzo dobry pomysł.

Mąż czuje się coraz lepiej. Dzisiaj już nawet za dużo kroplówek nie dostawał, rana goi się dobrze. Oby tak dalej.
Siedziałam u niego do wpół do ósmej, przekraczając haniebnie dozwolony czas odwiedzin, ale to był czas bardzo nam potrzebny. Chłop mój od popołudnia jest sam w pokoju, więc mogliśmy spokojnie porozmawiać.

Spokojnej nocy Wam życzę i miłego weekendu :)

czwartek, 20 marca 2014

Szpitalnej sagi jeszcze trochę

Dopiero przed chwilą przeczytałam resztę Waszych komentarzy, za które oczywiście i bardzo serdecznie dziękuję :***

Zacytuję Kretowatą, bo trafiła w samo sedno:

Jak człowiek leży na OIOM-ie ( a sama kiedyś leżałam;) to ma takie marzenia: O Boże, znowu pójść do sklepu, do zwykłego sklepu i kupić sobie, no kupić sobie siatę pyrek, ale takich zwykłych pyrek i potem je wlec do domu, i żeby były ciężkie jak jasna cholera!!! A potem je obierać, mieć brudne ręce, iść wyrzucić obierzyny na kompost, na taki naprawdę śmierdzący kompost iść, a potem zjeść zwykłe pyry, suche, tylko z solą, i popić kwaśnym mlekiem, ale takim zimnym! I potem zmywać, kurde, zmywać w swoim zlewie swoje brudne gary - Jezu!!! Jakie to wtedy piękne;) Takich przyjemności Wam życzę - już niedługo;) Buziaki przerzucam przez las pod Miłosławiem;) Będzie dobrze;)
A popłacz sobie, będziesz mniej sikać;)

Sama prawda. Mój, nie marzy może o targaniu pyrów ze sklepu, ale o napiciu się kompotu i o przeróżnych owocach. Obiecałam, że spenetruję naszą piwnicę i piwnicę mamy, może jakieś zapasy się jeszcze znajdą. A, jeśli nie, to ugotuję mu z mrożonek, albo z zeszłorocznych jabłek i mu zaniosę, jak już będzie miał pozwolenie na wypicie czegoś więcej niż odrobiny wody.

Wczoraj po południu przenieśli go na chirurgię z OIOM-u. Wymęczony był strasznie, bo w nocy się nie wyspał, nasłuchał się 
o wojnie krymskiej i w dodatku ktoś wczoraj zmarł na tym oddziale, nie w jego pomieszczeniu, ale tam wszędzie są szyby, więc wszyscy wszystko widzą.
Chrypiał poza tym, podrażnionymi od respiratora strunami głosowymi, pić mu się cały czas chciało, może dzisiaj będzie już lepiej.

Ja staram się dbać o siebie, jak pisałyście i napominałyście. W miarę normalnie jem, tzn. śniadanie, obiad u mamy i kolację. 
Do tego picie, bo odwodnienie nie jest dobre, masz rację, Hanuś ;)
Zmarszczkami, Panterko na razie nie będę się przejmować, najwyżej pójdę do kosmetyczki na serię zabiegów ( mam jeszcze karnet!) i jakoś mi je tam doprostuje ;)
Padłam wczoraj przed 21, po co mam na siłę siedzieć i się męczyć. Rano za to wcześniej wstanę.

Spokojnego i miłego dnia Wam życzę :)

wtorek, 18 marca 2014

"Ulgowe" łzy

Dzisiaj poleciały obficie dwa razy. Pierwszy raz, kiedy czytałam Wasze komentarze rano. 
To były pewnie te łzy, których nie wypuściłam z kanałów łzowych wczoraj, zaciskając je mocno i trzymając na miejscu. Rano tama puściła.
Potem, przed dziesiątą zadzwoniłam na OIOM, żeby się spytać, kiedy mogę przyjść i czy coś mogą mi przez telefon powiedzieć. Bardzo miła pani doktor powiedziała mi, że noc przebiegła bardzo spokojnie, rano go odłączyli od respiratora i wybudzają. I, że na daną chwilę wszystko jest ok., mogę przyjść po południu, jak jest godzina odwiedzin, aczkolwiek jest to wszystko zbyt świeże 
i może ulec zmianie do tego popołudnia. Logiczne, jak dla mnie. Po usłyszeniu tych dobrych wiadomości, znowu zaczęłam płakać, jeszcze podczas rozmowy z tą lekarką. Kobieta wykazała zrozumienie, nie takie rozmowy tam przeprowadza.
Dzień przeleciał bardzo szybko. Przed południem poleciałam po drobiazgi dla męża, które są wymagane na oddziale, a potem do teścia i siostry, żeby im dokładniej opowiedzieć, co jest grane, a potem praca, szpital, praca i do domu.
Mąż wygląda, jakby nie miał żadnej operacji, spędziłam u niego przepisową godzinę, popodłączany oczywiście do pierdyliona rurek, rureczek, ale nic go nie boli, rozumuje normalnie, więc jest dobrze.

Myślę, a właściwie wiem, że to również dzięki i Waszym myślom, dobrym życzeniom, za które jestem naprawdę i ogromnie wdzięczna.
I jeśli mogę prosić o jeszcze troszeczkę ...... teraz dostajemy, przyjdzie na pewno moment, że będziemy się dzielić i oddawać.

Za chwilę zbieram się do spania, bo zmęczona jestem, kręgosłup mnie boli, barki mnie bolą, potraktuję je ciepłą wodą, to się trochę rozluźnią. Wasze blogi kuszą nowymi postami, ale zajrzę jutro rano pewnie.

Trzymajcie się zdrowo :)

poniedziałek, 17 marca 2014

Po

Już po operacji. To znaczy nie takie już, bo trwała ok. 3 godzin, co jest normalne ponoć przy grzebaniu w jelitach.
Okazało się, że mąż miał zamartwicę jelita cienkiego, jego części, którą wycięto, zespolono zdrowe końcówki i trzeba czekać. Przewieźli go na OIOM, a wybudzać będą może jutro. Wszystko zależy od szybkości procesu gojenia. Mogłam tam do niego wejść na chwilę, widok - wiadomo, rozdzierający, jak widzisz kogoś popodpinanego pod te wszystkie kable, ale musi tak być.
Skąd ta zamartwica? Mają pewną teorię, może i racja, a może i nie? Nie będę szukać NICZEGO w Internecie na ten temat. Mleko się wylało, teraz musi nastąpić proces zdrowienia i już. Tylko bieganie i zawody będą musiały trochę poczekać, niestety.
Fakt, paskudny ten marzec, niby tak się ładnie rozpoczął, w sensie pogody, ale wydarzenia i u mnie, i u niektórych z Was nie są jakieś radośnie nastrajające.

Dziękuję Wam za krzepiące słowa, ciepłe myśli :***

Trzymajcie się zdrowo.

...

Stanęło na operacji, niestety. Stwierdzili niedrożność jelit, przenieśli męża na chirurgię - tak, na tę właśnie, piętro wyżej i operacja właśnie trwa.
Za jakieś 2-3 godziny pójdę tam znowu.
Pomyślcie o nas ciepło, komentarze wyłączam, bo co tu komentować tak naprawdę.

niedziela, 16 marca 2014

Ponownie w szpitalu

Co to była za noc, to nikomu nie życzę. Objawy bólowe męża,od soboty powoli się zaostrzały, dzisiaj w nocy nie spaliśmy praktycznie oboje, bo jego bolało, chodził od jednego pokoju do drugiego, pokładając się raz na jednym łóżku, raz na drugim, ja co chwilę sprawdzałam, co się dzieje, nadsłuchiwałam, chodziłam do niego, bezsilna i zdenerwowana. Rano, bardzo wcześnie wstaliśmy, nie było nic lepiej, wręcz gorzej, zajrzałam na chwilę do netu, żeby poszukać jakichś sensownych informacji, ale to, co przeczytałam jeszcze bardziej mnie przeraziło. Nie mając innego wyjścia, załadowaliśmy się do samochodu, biorąc te wszystkie papierki, które gówniarz wręczył nam w czwartek i pojechaliśmy. Tym bardziej, że skierowanie do szpitala było wystawione w ów czwartek.
Na izbie przyjęć kręciło się kilka osób, ale ogólnie było spokojnie, lekarz dyżurny wysłuchał mojej nieskładnej relacji, wręczyłam mu również cały zabrany z domu pakiet, położyli męża na kozetce, po czym lekarz zauważył przytomnie, że jeśli jest skierowanie na internę, to najprościej będzie, jeśli stamtąd przyjdzie lekarz, zbada męża i ustali, co dalej. Mnie tam było wszystko jedno, mężowi tym bardziej. Długo nie trwało, a osobę, która przyszła zbadać tego mojego biedaka, pamiętaliśmy doskonale, bo trzy lata temu jeździł w pogotowiu i akurat on przyjechał do nas, gdy mąż dostał udaru, a później z oddziału, gdyż interna, neurologia i kardiologia są u nas połączone w jeden. Niedługo potem chłopak awansował na wiceprezesa zarządu szpitala, ale nadal jest lekarzem, żeby zapewne nie stracić prawa do wykonywania zawodu, bo na stanowiska kierowniczych się bywa, to wiadomo.
W każdym razie, ja miałam o nim, dobre zdanie i mam nadzieję, że się nie zmieni. 
Zajął się mężem, udzielił wszelkich informacji, co jest grane - miło, kulturalnie, fachowo, konkretnie. Tak, jak powinno być. Zlecił badania, kroplówkę, bo chłop mój był strasznie odwodniony już i poinformował mnie, że mąż tu trochę poleży, a potem wezmą go na oddział i dzisiaj ze szpitala go na pewno nie wypuszczą, dostanie również coś na likwidację bólu i zobaczymy, jakie wyjdą wyniki.
I znowu było, jak być powinno - cierpiący człowiek leżał na kozetce, przykryty kołdrą, pod kroplówką i wiadomo było, co go czeka.
Pojechałam więc do domu po rzeczy, nie musiałam się bardzo spieszyć, gdy wróciłam, to mąż miał następną kroplówę i był już po pobraniu krwi i prześwietleniu. Zaraz też dostałam informację, że mąż będzie na oddziale wewnętrznym, a jutro ten lekarz, osobiście, wykona mu gastroskopię.
Było, jak być powinno. Znowu.
Zastanawiałam się również, dlaczego lekarz ów powiedział mi, przed zbadaniem męża, że nie wie jeszcze, na jaki oddział go da. Teraz mnie olśniło, dlaczego. Bo gdyby okazało się, że jest jakaś perforacja, to wtedy wiozą na stół, na chirurgię, a jeśli nie - to na internę. Po co miał siać zamęt w szeregach, skoro nie miał wyników badań? Można oględnie powiedzieć, nie strasząc ludzi nie wiadomo czym? Można.

To tak, a propos gówniarza i jego zachowania na koniec naszej czwartkowej wizyty.
Cóż, niezłą laurkę tu napisałam, prawda? Jakże skrajny post, w porównaniu z tym sprzed kilku dni.
Ale tak było dzisiaj przed południem. Mimo, że znów kilka godzin przeleciało na izbie, to dokładnie wiedziałam, dlaczego czekam i na co. 

Zobaczymy, jak się sytuacja rozwinie. Irydolog, u którego byliśmy wczoraj stwierdził, że bóle tego typu może dawać dwunastnica. Okaże się jutro.
Mąż zainstalowany w czteroosobowej salce, trzema innymi nieszczęśnikami w różnym wieku, ale takimi fajnymi, na pierwsze moje wrażenie. 

Dziękuję za Wasze słowa wsparcia pod poprzednim postem :*** To chyba Wasze dobre myśli pod naszym adresem sprawiły, że dzisiaj tak się jakoś dobrze ułożyło, czego się naprawdę nie spodziewałam.

Miłego popołudnia Wam życzę :) U nas wieje i leje od czasu do czasu. Poza tym pełnia Księżyca.

I takie smęty, w sam raz na dzisiejszy dzień. Znacie ten serial? Mroczny, ale fajny, a piosenka ....
mnie się podoba :

https://www.youtube.com/watch?v=p4zluA60hjs

piątek, 14 marca 2014

Szpitalne macki

Nie przywiązuję żadnej wagi do trzynastki, absolutnie nie uważam jej za pechową liczbę, chociaż wczorajszy dzień dostarczył nam wielu złych emocji i zdarzeń, chociaż czy do końca były takie złe - chodzi mi o wydarzenia, to chyba jednak nie.
Post będzie o naszej, powiatowej służbie tak zwanej zdrowia.
Mąż od tygodnia ma bóle żołądka. Był u rodzinnej, ma porobione badania USG, na którym nie wyszło nic nadzwyczajnego, zrobił badania krwi i moczu - tam wiadomo, niektóre parametry są pozawyżane, ale to nic dziwnego przy stanie zapalnym, jakimś tam.
Wczoraj z tymi wynikami poszedł jeszcze raz do rodzinnej. Ta je przeanalizowała, wypisała skierowanie na gastroskopię i na koniec wizyty stwierdziła, że dobrze byłoby, gdyby męża zobaczył chirurg, obmacał mu wątrobę, śledzionę, tak dla pewności. 
Ze skierowaniem poszliśmy więc na izbę przyjęć do naszego szpitala. Samo wejście wzbudzić może strach i niemiłe skojarzenia, idzie się plątaniną piwnicznych korytarzy, kierując się strzałkami.
Doszliśmy w końcu, poczekaliśmy chwilę na chirurga, przyszedł młody gość, przystąpił do badania, a potem się zaczęła jazda. Badanie krwi, na wyniki czekamy godzinę. Po tej godzinie, gówniarz mówi, żebyśmy poszli na USG, pierwsze piętro. USG zrobione, nic nadzwyczajnego nie wykazało. Schodzimy, a ten nas wysyła na RTG - drugie piętro. Nosz kurwa, jakby nie można było od razu.
Przeszliśmy przez plątaninę korytarzy, zrobione. Schodzimy na dół i czekamy. Czekamy. Czekamy. I kurwa, czekamy.
A na koniec gówniarz wcisnął nam plik papierów - miał już chyba koniec dyżuru i spieszył się do domu - może ostatni autobus mu za chwilę odjeżdżał o godzinie 15.30, rzucił szybko kilka zdań i wyszedł, zostawiając nas w oszołomieniu. Tych z izby przyjęć chyba też, mimo, że przyzwyczajeni są do różnych rzeczy, które tam się dzieją.
W tym pliku papierów było skierowanie na gastroskopię w trybie pilnym i skierowanie do szpitala na oddział wewnętrzny, bo na chirurgię nie ma podstaw, a tam jednak z tą wątrobą coś jest na rzeczy i dobrze byłoby się jej przyjrzeć. 
Bujaliśmy się z tym wszystkim prawie 4 godziny. 
Koniec końców, mąż stwierdził, że do szpitala nie idzie, dzwoniłam na gastroskopię, to terminy są na maj, a jak kobiecie powiedziałam, że mam skierowanie od tegoż lekarza w trybie pilnym, ta musiała skonsultować to z nim, po czym zarzuciła mi kłamstwo, bo doktor jej powiedział, że dzisiaj mieliśmy zgłosić się na oddział do szpitala i nic więcej. Nosz kurwa, chyba umiem czytać i widzę DWA skierowania, a nie jedno.
Taka to spychologia i brak odpowiedzialności.
Ciekawe, dlaczego mnie to nie dziwi??

Mąż ma jutro wizytę u irydologa, mam nadzieję, że chłop z oczu mu wyczyta więcej i dokładniej niźli te ichnie aparatury i mam nadzieję, że zaleci jakieś zioła, które pomogą, a nie zamaskują tylko objawy. Zresztą to nie pierwsza wizyta u tego lekarza.
Poza tym zadzwoniłam do koleżanki, która pracuje w środowisku medycznym w Poznaniu i obiecała namiar na sensowną panią gastrolog, która pracuje w jednym z poznańskich szpitali. Bo z naszego mam, niestety nie najlepsze wspomnienia i nie najlepszą opinię o ludziach tam pracujących. Naprawdę, jestem daleka, żeby się do kogokolwiek uprzedzać, ale kolejne zderzenie 
z molochem pod nazwą szpital powiatowy, w tej opinii mnie tylko utwierdza.

A dlaczego napisałam, że nie do końca było to takie złe doświadczenie?
Bo z radością wyszliśmy stamtąd, o własnych siłach i na własnych nogach, było pięknie, ciepło, wróciliśmy do domu i nawet pukający młotkiem sąsiad nie był w stanie mnie wkurzyć, ani żaden nieudolny kierowca na drodze. Wyrwaliśmy się tym cholernym mackom i mam nadzieję, że na zawsze.

piątek, 7 marca 2014

Post z cyklu: Podróże kształcą.

Tak się złożyło, że wczoraj musiałam odwiedzić moją dentystkę, niestety. Nic do niej nie mam, fajna i kompetentna z niej kobieta, ale sam przebieg wizyty jest mało komfortowy, nie mówiąc już o uszczupleniu zasobów pieniężnych. Mówi się jednakże trudno, mus to mus, nie o tym będę pisać, jednakże.
Do Poznania jeżdżę zazwyczaj pociągiem i tenże środek lokomocji wybrałam. I dziwnych osobników spotkałam. Najpierw przy kasie biletowej. Gdy przyszłam, stało tam kilka osób, jakaś kobieta kupowała bilety na jutro, o coś tam panią kasjerkę wypytywała, bo bilety były na drugi dzień, chwilę to trwało. Moją uwagę zwrócił osobnik płci męskiej, trzeci w kolejce. Kręcił się, wiercił, wzdychał, jakby miał robaki w tyłku, albo ktoś go od spodu przypalał, tudzież się czegoś naćpał ... Kobieta odeszła od kasy, a facet za nią spytał się o bilet miesięczny, ile kosztuje i o coś tam jeszcze, w końcu poprosił o sprzedanie miesięcznego. Osobnik płci męskiej dostał prawie furii, uderzył pięścią w stojący obok automat do kawy, zaczął głośniej wzdychać, dreptać 
w miejscu, ale się w końcu doczekał. Zamiast od razu poprosić, co tam chciał, wyleciał z paszczą do kasjerki, dlaczego nie ma automatu biletowego, bo przecież tutaj stał, a teraz on musi czekać w kolejce .... Kasjerka nie dała się wciągnąć w pyskówkę, zapytała tylko, dlaczego on do niej ma pretensje, jak mu się to nie podoba, to może złożyć zażalenie do Poznania, bo to racja 
i osobnik po tej kilku zdaniowej wypowiedzi poprosił o bilet do Poznania NAUCZYCIELSKI !
Ręce mi opadły, że taki świr pracuje w szkole i naucza dzieci lub młodzież, a pani w kasie nie omieszkała tego skomentować, że pan jest nauczycielem, a nie potrafi się zachować. Miała rację.
Świrusa widziałam jeszcze jak latał po peronie, gdy pociąg został wcześniej zapowiedziany i śmiał był nie nadjeżdżać po kliku sekundach. Nie mam pojęcia, w jakiej szkole ten debil uczy, ale tylko współczuć jego uczniom i współpracownikom. Chyba, że po przekroczeniu progu swej placówki edukacyjnej, zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W co osobiście nie wierzę.
Cóż, załatwiłam, co miałam załatwić u dentystki, poskarżyła się, że nie ma swojego zaufanego dentysty ( szewc bez butów chodzi ;)), a swój rozwalony przez kilku konowałów i bolący ząb, powierzyła swojemu technikowi protetycznemu, który stanął na wysokości zadania i na razie jest ok. Swoją drogą, ja trafiłam na nią dzięki ogłoszeniu w gazecie, zupełnie przypadkowo, czasem los nas skieruje w dobre strony.
Nadszedł czas powrotu, a w pociągu usłyszałam rozmowę upiornej dziewoi, lat 20 plus ze swoją znajomą, lat 50 plus. To był koszmar. Dziewoja rozmawiała z ową znajomą o swoim życiu uczuciowym, które wiedzie z chłopakiem z gospodarstwa rolnego. Znajoma starała się nakłonić dziewoję, żeby dokładnie przemyślała sobie sens trwania w tym związku, gdyż na gospodarstwie trzeba ciężko fizycznie pracować, a pracy nigdy nie ubywa, bo zwierzęta, bo ziemia, nie mówiąc już o zajęciach domowych. Na to dziewoja buńczucznie, że ona nie ma najmniejszej ochoty zasuwać w oborze, czy na polu i ona od razu to z teściową i mężem ustali i ewentualnie może coś w domu zrobić. Wszystkie te jej mądrości okraszone były przerywnikami w postaci wulgaryzmów, 
w celu wzmocnienia ekspresji, zapewne.
A teściowej to ona powieeeee .... że ...... i tu następowała seria, jakże przekonujących argumentów za niebrudzeniem sobie rączek przez dziewuszysko. 
Wysiadłam naprawdę zniesmaczona po tym, co usłyszałam, nie podsłuchiwałam, gdyż rozmawiały bardzo głośno. Straszne takie pustaki, które we łbie tylko echo mają.
Tak to się dokształciłam w sensie socjologicznym ;)

Zmieniając temat. Upiekłam drugi chleb na zakwasie, według innego przepisu, dodając ziarna czarnuszki. Wydaje mi się, że ten poprzedni lepiej się wypiekł i lepiej smakował. Może ciut za dużo tej czarnuszki sypnęłam. Poza tym, męża rozbolał żołądek po zjedzeniu tego chleba .... nie mam pojęcia, dlaczego.

A chleb wyglądał tak:



Dzisiaj kupiłam chleb w sklepie. 

Z innych niusów. Zapisałam się na ten ..... bieg. W maju. Dystans ok.7,5 km, chłop zamierza zawalczyć o dystans półmaratoński. Stwierdził albowiem, że ongiś przeszedł na zawodach w nordic 20 km, to teraz, co, nie przebiegnie? Jak nie przebiegnie, to przejdzie :)) 
A ja? Dychę sobie spokojnie łykam, to co, siedem i pół nie przebiegnę? Może nie przebiegnę, ale przejdę :)) 
W związku z powyższym, wybiegłam z chłopem na lekki trening, przedwczoraj i nawet mocno się nie zziajałam. Prawie cały czas powolutku biegliśmy, a zrobiliśmy ok. 4 km. To do maja dam chyba radę, przygotować się na tyle, żeby plamy nie dać, nie?
Kijków nie zarzucam, w żadnym wypadku, kalendarz imprez kijkowo - biegowych jest bardzo bogaty, grafik mamy dość szczelnie od kwietnia do czerwca wypełniony ;) i nie koniec na tym, rzecz jasna.
Pożyjemy, zobaczymy.
Bieganie jest czymś nowym dla mojego organizmu, gdyż nigdy nie lubiłam biegać, sama nie wiem, dlaczego. Może w szkole mnie zniechęcili? Przecież najszybsza nie muszę być.

Trzymajcie się zdrowo i ciepło :)

wtorek, 4 marca 2014

Chleb na Podkoziołek

Może najpierw wyjaśnię, co to Podkoziołek., bo nie wszyscy znają chyba to określenie. U nas, czyli w Wielkopolsce tak nazywają się po prostu ostatki. Nazwa pochodzi od koziołka, który był elementem zabawy w ostatni dzień karnawału. A dlaczego koziołek? Jak nietrudno się domyślić, symbolika tkwi głęboko w czasach przedchrześcijańskich i powiązana jest mocno z płodnością, seksem. Ale nie o tym chciałam pisać, informacji na ten temat jest trochę w sieci, można sobie poszukać :)

Wczoraj upiekłam chleb. Nie wyszedł mi może jakiś super i wspaniały, bo zużyłam nań trochę starawą mąkę żytnią, dodałam chyba ciut za dużo wody, no i mój piekarnik to piekarnik z fochami, aczkolwiek nie było tak źle z nim.
Kilka lat temu sama zrobiłam zakwas, nie zużyłam go do końca, bo zapał mi minął. Jak pisałam w poprzednim poście, na warsztatach dostaliśmy po małej porcji, podkarmiałam go regularnie i część zużyłam na zrobienie zaczynu.
Wtedy, czyli kilka lat temu znalazłam fajną stronę o pieczeniu chleba, mam ją w ulubionych zresztą i stamtąd wzięłam przepis na chleb codzienny. Przygotowania trzeba zacząć dzień wcześniej, przygotowując zaczyn. To nic trudnego.
Oto mój niedoskonały jeszcze wypiek:





Tego pęknięcia nie powinno być, następnym razem będzie może lepiej ;)

W moich ulubionych mam również zakwasową mapę Polski. Nie wiem, na ile jest aktualna, ale może akurat ktoś w pobliżu będzie mógł się nim podzielić. Mój zresztą też rośnie, dokarmiam go świeżą mąką razową, wczoraj miałam z nim poważną rozmowę na temat rośnięcia, wziął sobie do serca moje prośby i uwagi ;) w razie czego mogę się nim podzielić. 
Kretowata - jeśli chcesz, to daj znać tylko :)

Wczoraj również - pracowity ten poniedziałek miałam, wzięłam się za porządki w sypialni. W sensie odkurzania, odsuwania łóżka itp. Mebli tam wiele nie mamy, kilka półek, na nich gromada kotów, a na kotach mnóstwo już kurzu było. Z rozpędu umyłam okno - widać było różnicę przed i po ;) i zastanawiam się, jak tu dobrać się do szafy. Nie, żeby zamknięta była, czy drzwi się zacięły. Nic z tych rzeczy ... 
Zobaczymy, nie ucieknie mi przecież.
Takie mam czasem napadowe chęci, czy potrzeby porządkowania ;)

Miłego dnia wszystkim :)

To ja się pożegnam

Coraz mniej mnie na blogach od jakiegoś czasu. Nie mam ani pomysłów, ani sił i chęci do pisania nowych postów. W dodatku przyplątały się ...