niedziela, 8 marca 2026

Zawiozłam

wczoraj naszego Merlinka do Poznania, do jego nowej rodziny. W sumie już nie jest nasz. Dokumenty adopcyjne podpisane, Merlinek został członkiem sześcioosobowej rodziny, w tym pięciu ludzi i jednej kotki. Ludziom się spodobał, a z kotką jeszcze nie miał przyjemności się spotkać, bo musi nabrać zapachu tamtego domu, żeby zacząć się z nią poznawać. Mam nadzieję, że się polubią i będą razem i zgodnie w domu rozrabiać.
Rano dostałam wieści, że kot przespał nockę z jedną z córek, która dzieli z nim teraz pokój, zjadł, rozgląda się ..... i dobrze, niech mu tam będzie jak najlepiej. Chociaż nie ukrywam, że musiałam wczoraj mocno się powstrzymywać, żeby się tam nie rozpłakać. Na pożegnanie ucałowałam go, zabrałam transporterek, a on popatrzył na mnie, jakby się pytał - Hej, a ja? Naprawdę tak było.
Nowi ludzie Merlinka wyglądają na sympatycznych, normalnych, więc mam nadzieję, że intuicja mnie nie myli.

Z Mela mieliśmy jazdę o ubranko pooperacyjne. Zaczęło się od tego, że w gabinecie dziewczyny - praktykantki założyły jej to ubranko tyłem na przód. Ja tego nie zauważyłam, bo ogólnie byłam zmęczona, rozjechana, zdenerwowana i w ogóle. W drodze powrotnej Mela zsikała się i ubranko zrobiło się mokre. A ja drugiego nie miałam. Na szczęście zadzwoniłam do znajomej, która pożyczyłam mi trzy aż. Tyle, że Mela nie chciała współpracować, czemu się oczywiście nie dziwiłam, martwiło mnie tylko to, żeby jej się szycie nie rozeszło. Jakoś udało się. Ale i tak jeszcze mi coś w tym ubranku nie pasowało, ale już ją tak zostawiłam na noc. W sobotę po południu poszła w końcu do kuwety i zmoczyła drugie ubranko. Ale miałam w zanadrzu kolejne 
i stwierdziłam, że założę jej to, które znajoma zrobiła z dziecięcej koszulki. Cieńsze, lżejsze, bez szwów. W dodatku nie wkładałam jej tylnych nóg w to ustrojstwo i pojechałam do Poznania 
z Merlinkiem.

Wróciłam wieczorem, razem ze znajomą od ubranek, weszłam do Meli, a ta leży sobie wyluzowana na pufie, ubranko na podłodze, a ta cała szczęśliwa i zadowolona .... więc już jej nie zakładałam tego ustrojstwa. W sumie jakoś bardzo się tym brzuchem nie interesowała, więc co będzie, to będzie. Jutro rano okaże się, najwyżej w gabinecie jej założymy już tak, jak powinno być.
Na razie kotka je, załatwia się, jest dość spokojna, dostaje też lek przeciwbólowy 
i przeciwzapalny - z karmą.

I chociaż wydaje się to niemożliwe, ale widzę różnicę w stadku kotów, kiedy przychodzą jeść np., że jest ich mniej. A to tylko jeden kotek mniej.

Od wczoraj Mela i jedna z jej córek - Mysza są formalnie nasze. My również podpisaliśmy dokumenty adopcyjne. Chociaż tak naprawdę to nasze są od momentu zabrania ich z tych przykolejowych ruin....

Udanego tygodnia wszystkim :)


piątek, 6 marca 2026

Koty w marcu

Zaczął się marzec - srarzec. Nie przepadam za tym miesiącem, bo często coś dzieje się w nim niedobrego.

Dzisiaj Mela miała kastrację. W końcu i wreszcie. Czas najwyższy, bo hormony jej buzują, musieliśmy ją odizolować od małych, bo zrobiła się agresywna w stosunku do nich. Bardzo nam to utrudniło życie, bo mamy dwupokojowe mieszkanie, w mniejszym pokoju siedzi Mela, a reszta to my i siódemka kociąt. Bo adopcje niestety idą opornie. Jutro pierwszy kotek opuszcza nasz dom i jedzie do swojego. Mam nadzieję, że zaaklimatyzuje się tam szybko i zaprzyjaźni z kotką - rezydentką. Jego brat też znalazł dom, ale jeszcze chwilę u nas pobędzie, ponieważ jego nowa opiekunka wyjeżdża teraz na urlop. A my nie chcieliśmy, żeby mały od początku siedział sam w mieszkaniu, żeby tylko ktoś do niego przychodził. No cóż, zobaczymy.

Trzymajcie kciuki. No i za kolejne domy, żeby się w końcu pojawiły.

poniedziałek, 23 lutego 2026

Szok

lekki przeżyłam dzisiaj, kiedy to chcąc oddać dwa worki śmieci na gminne śmietnisko, zostałam zapytana przy wjeździe, czy mam kod kjuer - wiem, że inaczej się to słowo pisze ;) Bo bez kodu to nie mogę wjechać i oddać. I o tym kodzie było pisane wszędzie i w ogóle.
Moje zdziwienie, że o co cho .... było jednakowoż szczere i przekonujące i pan (gp)szokowy - skądinąd miły człowiek, odebrał ode mnie dwa worki, w których mieściły się tekstylia i drapak oraz budka Frania, które kilka lat służyły mu za schronienie na balkonie. Obie te rzeczy były już w złym stanie i gdyby Franio żył, to i tak pewnie kupilibyśmy mu nowe, żeby mógł w kolejnym sezonie uprawiać ulubiony balkoning. Drapak stał na dworze 8 lat, deszcz, nie deszcz, zima, mróz, słońce, upał ....
Kiedy Mela z kociętami trafiła do nas, musieliśmy przeorganizować całe mieszkanie i sporo rzeczy trafiło na balkon. Nie mogłam przez to wywiesić tam prania np., co bardzo mnie frustrowało i przeszkadzało. Ale dzisiaj ogarnęliśmy z grubsza tę przestrzeń i poczułam ulgę. Oczywiście, że zostało jeszcze trochę pracy, żeby doprowadzić balkon do błysku. Mela wychodziła sobie tam zimą, maluchów nie wypuszczaliśmy, żeby się nie zaplątały gdzieś i nie poprzeziębiały. Mela była kotką, która żyła na dworze, do dziś ma grube futro, nabrała trochę sadełka, więc siedziała sobie parę minut, nawet w największe mrozy. Maluchy wyszły za to dzisiaj - trochę niepewne, trochę wystraszone, troszkę było im zimno, ale ciekawość zwyciężyła. Temperatura powietrza u nas dzisiaj to 8 stopni i nawet słońce wyszło na dłuższą chwilę. A teraz pada i jest tęcza.
Poza tym musimy wymienić siatkę, bo przy Bonusie i Franiu nie musiała być jakaś wzmacniana, bo oni nie skakali po barierkach, natomiast maluchy są trochę nieobliczalne ;) a poza tym siatka już się trochę zużyła.
Kupiłam też nową miotłę i wycieraczkę i naprawdę jestem zdziwiona ulgą, którą czuję na widok w miarę ogarniętego balkonu.
Dzisiaj rano przyjrzałam się sobie dokładniej w lustrze i z pewnym szokiem zauważyłam ogromnego siniaka w okolicy łokcia i zgięcia ręki. Prawej. Przez to, że mam przecięty kciuk i uważam, żeby rany nie zamoczyć, mycie moje przez te dwa dni było nader oszczędne. Dopiero dzisiaj doprowadziłam się do większego porządku .... ręka bolała mnie po pobraniu krwi, a chyba w sobotę albo wczoraj uderzyłam łokciem w jakąś szafkę w domu. Możliwe, że osłabienie pobraniem krwi miało taki efekt.
Ranę leczę olejkami, głównie lawendowym i na tak głębokie cięcie, jest już ładnie zaschnięta. Oczywiście cały czas pamiętam, że skaleczyłam się w czwartek i muszę uważać, żeby jej nie rozwalić.
Mąż czuje się lepiej, gorączka mu minęła, stan podgorączkowy ma jedynie, ale też i kaszel. Jako, że pracę ma na zewnątrz, to jutro jedzie do lekarza i mam nadzieję, że dostanie jeszcze zwolnienie do końca tygodnia. Nie wiem, dlaczego nie dostał od razu, grypa to nie przelewki przecież ....
Wracając jeszcze do (gp) szoku - mówiąc szczerze, gdyby nie przyjęli ode mnie dzisiaj tych worków, wywaliłabym je do śmietnika pod blokiem u nas. Staram się segregować śmieci, naprawdę, ale doprowadzone jest to wszystko do absurdu i na tym nie koniec zapewne, bo zapędy nadzorców tej planety sięgają zdecydowanie dalej. Niedawno widziałam propozycję 10? różnych koszy na śmieci. Albo kosze otwierane elektronicznie, czyli pełna inwigilacja, ile razy i gdzie wrzucasz śmieci? Fakt, niektórym by się to przydało, ale dlaczego ja mam z tego powodu mieć jakieś utrudnienia? W imię zbiorowej odpowiedzialności? Niedoczekanie.
Udanego tygodnia wszystkim życzę :)