niedziela, 30 sierpnia 2026

Powroty do miejsc ulubionych

W poprzednim poście pisałam szumnie o naszych domowych remontach i porządkach .... 
u idealnej pani domu wszystko byłoby już dawno skończone, wybłyszczone, poukładane, posegregowane i tak dalej .... ale nie u mnie. Owszem, przenieśliśmy się z powrotem do sypialni, koty razem z nami. To znaczy, łajzy jedne śpią tam w ciągu dnia, a z nami nie chcą. 
A dzisiaj w kuchniosalonie, kanapa na której spaliśmy przez prawie rok, została w końcu ustawiona tak, jak kiedyś stała, czyli w stanie złożonym, a koty uznały to wszystko za świetną zabawę i atrakcję. I bardzo dobrze.
Wywaliłam ze trzy worki makulatury wszelakiej, trochę luzu zrobiło się w różnych szufladach. Ale, jak to u mnie bywa - nigdy nie jest tak, jakbym chciała, bo często coś stawało mi na przeszkodzie kiedy chciałam zagłębić się w porządki, układanie, polerowanie, nabłyszczanie etc. Pojawiały się sprawy urzędowe, a że miałam jeszcze wolne, to szłam i je załatwiałam. Bo urzędy nie są czynne tak, żeby człowiek pracujący nie w urzędzie, mógł doń pójść po pracy. Fakt - niektóre pracują dłużej w poniedziałki, ale nie wszystkie i nie wszędzie da się wszystko załatwić po 15.
Ale wystarczy tego. Jest jak jest.

Tydzień temu wybraliśmy się na grzyby do Bornego Sulinowa. Kiedyś jeździliśmy tam bardzo często, bo mieliśmy dogodną bazę wypadową, której już od lat nie ma. Od nas to jakieś 200 km. Zapowiadali deszcze, burze, zimno i przez to nie pojechaliśmy na weekend nad morze, tylko 
w sobotę do Bornego. Chcieliśmy wyjechać koło piątej rano, ale lało, wiało, pospaliśmy sobie zatem ciut dłużej i kiedy wyjeżdżaliśmy, pogoda była ciut lepsza. Przez całą drogę padało, mżyło - z różnym natężeniem, ale Borne powitało nas bez deszczu. Ale jeśli chodzi o grzyby, było kiepsko. Plus taki, że pusto w lesie. Zebraliśmy pół koszyka kurek, trzy podgrzybki i to wszystko. Nie wiem, gdzie ci wszyscy ludzie wynoszą z lasu wielkie kosze grzybów .... U mnie też posucha, może we wrześniu coś się ruszy.
Ale za to pięknie kwitną w Bornym wrzosy. I nie trzeba jechać na słynne ichniejsze wrzosowiska, wystarczy wejść do lasu. Wrzosy i brzozy. Szkoda, że zdjęcia nie oddają tego piękna.

Jeszcze tylko napiszę - ku pamięci, co nam Myszunia wywinęła. Otóż zeżarła kilka kawałków wełny. Skąd wełna? Ano prułam moje niedokończone sweterki sprzed lat wielu, wielu. Myszunia siedziała przy mnie, bawiła się wełenką, a przy okazji coś tam zjadła. Nie zauważyłam tego, dopiero na drugi dzień, kiedy wyszła z kuwety i zaczęła wycierać sobie tyłek o podłogę. Kiedy chciałam zobaczyć, co jej jest, zwiała mi pod łóżko. Na szczęście kawałki wyszły z niej bez niczyjej pomocy. Jeszcze się dodatkowo zdenerwowałam, bo zanim doszło do mnie, skąd te sznurki, zapomniałam, że jedna wełna była czerwona. I w takim kolorze wyszła z Myszuni, a ja myślałam, że to krew. I tak - wiem, że mogło skończyć się operacją, bo znam takie przypadki. Ręce opadają.

Jutro do pracuni, zobaczymy, jakimi dobrymi wiadomościami na nowy rok szkolny uraczy nas pan dyrektor - to oczywiście sarkazm.

Kilka zdjęć z Bornego i nasz zbiór:









piątek, 14 sierpnia 2026

Porządki, remonty ....

Lipiec niepostrzeżenie przeszedł w sierpień, który też już się kończy. A w Action "helołiny" powystawiane - przesada moim zdaniem.
Jako, że moje mieszkanie już od jakiegoś czasu kwalifikuje się do jakiegoś rzewnego programu typu "pogromcy chaosu" lub "perfekcyjna pani domu" i niestety nie żartuję, to podejmuję co jakiś czas działania mające na celu ten nieciekawy stan rzeczy odmienić. Jak na razie cztery worki tekstyliów opuściło nasz dom. Chociaż w sumie to trzy, a zawartość czwartego w jakiejś części sprzedałam na vinted. Dwie paki książek wysłałam ludziom, którzy prowadzą stronę poczytaj mi. Oczywiście, gdybym się postarała, to pozbyłabym się jeszcze więcej książek, ale wszystko przede mną. A dzisiaj zrobiły mi się luzy w szufladzie z dokumentami i rachunkami, bo wywaliłam większość rachunków, które po pierwsze pochodziły sprzed ponad 10 lat, a po drugie - w większości płaciłam je internetowo, zapisując ten fakt na blankietach. Jeszcze parę miejsc grozy wyczyściłam, ale oczywiście wieloletnie zaniedbania sprząta się trudno i nie od razu. Dzisiaj mąż mój pomalował mniejszy pokój - to już totalne szaleństwo, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio podobne wydarzenie miało miejsce. Koty żywo zainteresowane, co dzieje się za zamkniętymi dla nich drzwiami, a wcześniej pomagały w wynoszeniu różnych rzeczy z tego pokoju i radośnie hasały pod folią, którą przykryliśmy kanapę. Potem zostały jednak wyproszone z pomieszczenia, bo trzeba było otworzyć okno, a nie mamy tam siatki. Poza tym cztery koty 
i farby, pędzle, drabina .... to by się działo! Czeka więc te nasze kotki mała rewolucja w życiu, bo mniejszy pokój był naszą sypialnią, którą chcemy w najbliższym czasie odzyskać. 
I przemeblować w sposób, którego one nie znają.
Zobaczymy. Mam nadzieję, że w tym roku w końcu się uda. Bo jeszcze pierdolnik w piwnicy czeka i na działce, bo tam są jeszcze rzeczy po poprzednich właścicielach.
A w mieszkaniu, w najbliższym czasie chcemy wytapetować przedpokój!! Tapetę już mamy. Dla ułatwienia jest bez wzorów, które trzeba spasować. Myślę, że z pomocą kotów - damy radę.

środa, 29 lipca 2026

Mela i jej zdrowie

Wczoraj rano, kotka nasza królowa matka Mela, kilkanaście razy wchodziła do kuwety, robiła trochę siku, wychodziła i za parę minut ponownie wchodziła, robiła ..... Od razu zadzwoniłam do weterynarza i po południu pojechaliśmy do gabinetu. Mela źle znosi jazdę samochodem, wczoraj też był miauk, dyszenie i w ogóle "wypuśćcie mnie stąd." O dziwo, w poczekalni była już spokojna, a w gabinecie wręcz wystraszona i skulona w kącie transportera. Miała zrobione USG, które potwierdziło przypuszczenia lekarza, że jest to zapalenie pęcherza. I jeszcze stwierdził, że jest bardzo lękowym kotem. W sumie nie znamy jej historii, ale z tego co wiemy 
i przypuszczamy, że miała dom, w którym została w miarę oswojona, ale nie zadbano o jej kastrację, rodziła więc pewnie małe dwa razy do roku, które to kotki raczej nie przeżywały kilku dni. I tak od nowa. Być może sama z tego domu odeszła, bo koty czasem tak robią. Boi się podniesionego głosu, klapki na muchy i miotły. Oczywiście u nas w domu na nią nie krzyczymy, ani też nie straszymy jakimiś narzędziami, bo po co mielibyśmy to robić.
W każdym razie dostała leki, które muszę jej do paszczy wcisnąć i już wczoraj po przyjeździe 
z gabinetu było lepiej, bo dostała zastrzyk, który jej najwyraźniej pomógł.
Tak więc ja zakończyłam terapię antybiotykiem, a Mela zaczęła.
Trzymajcie kciuki, żeby dała sobie podać te wszystkie lekarstwa.

Na działce dosypałam kaktusom piasku do doniczek, mam nadzieję, że im się to spodobało.

Koty padły w domu, w cieniu, bo zrobiło się bardzo ciepło, a one za bardzo upałów nie lubią. Trochę Mela jedynie.