Wczoraj Mysza miała zabieg kastracji, bo równo w wieku pół roku dostała pierwszą rujkę, więc
z racji iż w domu nie jest jedynym kotem, rujka była wygaszana tabletkami i zdecydowaliśmy się na zabieg. Który sam w sobie trwał naprawdę bardzo krótko, Mysza w lecznicy była jakieś trzy godziny. Jej braciszkowie wydawali się markotni po jej wyjeździe, bo zawsze to jakiś wyłom
w stadzie nastąpił. Za to po jej powrocie, została obsyczana i podejrzliwie obwąchana przez głownie Promyczka. Koniec końców, kocurki spędziły noc zamknięte w korytarzu, bo niestety nie dało się już inaczej ich odizolować. Dzisiaj może być powtórka, chociaż jest ciut lepiej niż wczoraj. Możliwe, że kotka dziwnie w ubranku wygląda, ale przez parę dni musi je ponosić, żeby się nie rozlizała.
Miała dzisiaj być u nas pani behawiorystka, ale jak to w moim życiu zwykle bywa - nie mogłyśmy się spotkać, ponieważ szłam znowu na maturę i kiedy wydawało mi się, że zdążę i się godzinowo zgramy, to okazało się, że przydzielono mnie do komisji, w której było jedno niedowidzące dziewczę, stąd egzamin prawie cztery godziny!!! Które owe dziewczę wykorzystało co do minuty. Zanim oburzycie się na mnie, iż tak lekceważąco piszę o kimś dotkniętym kalectwem .... a właściwie, kto chce, niech się oburza. Dziewczę albowiem za bardzo do szkoły nie uczęszczało, za to maturę oczywiście ma prawo zdawać. Poza tym, ilość godzin przeznaczonych na napisanie egzaminu jest porażająca dla komisji. Bo na polskim ww. miała prawo siedzieć godzin sześć i skrupulatnie je wykorzystała. Jak dla mnie, reguły te noszą znamiona znęcania się psychicznego i fizycznego nad nauczycielami siedzącymi w komisjach. Jest to w pełni nieetyczne. I tyle.
Poza tym trochę u nas popadało. I zrobiło się zimno. Chociaż koty wolą taką pogodę i chętniej wtedy bywają na balkonie.