Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 grudnia 2024

Opowieść o gołębiu nr 1.

Jeszcze w starym roku opiszę historię gołębia nr 1. Właściwie historyjkę.
Działo się latem, pewnie w sierpniu. Mąż przyszedł do domu i mówi, że kotka sąsiadki ( ta, którą dokarmiałyśmy kilka miesięcy) czai się na gołębia, który siedzi pod naszą klatką. Oczywiście mąż kotkę przegonił, ale znając tego rozbójnika, wiedzieliśmy, że na pewno wróci i w końcu zapoluje. Zeszłam więc, żeby zobaczyć, co się dzieje i faktycznie. Na schodach siedział napuszony gołąbek - podlot i owoc miłości pary gołębi, które uwiły sobie gniazdo na pobliskim drzewie, a kotka czai się na niego. Pogoniłam zbója, ale to nie rozwiązało sprawy. Przejrzałam szybko internety, które wyrzuciły mi informację o wspomnianym już wcześniej azylu dla dzikich zwierząt, który mieści się jakieś 20 km od naszego miasta. Zadzwoniłam na podany numer telefonu, ktoś na szczęście odebrał, opisałam sytuację, a pani z którą rozmawiałam powiedziała, że podlot nie ma szans na przeżycie w starciu z kotem - tym, czy jakimś innym, więc jeśli przywiozę im tego gołębia do którejś tam godziny, to go wezmą, odchowają, a potem zapewne wypuszczą. Kamień z serca.
W piwnicy miałam taki kontenerek do przewożenia małych zwierząt, który znalazłam kiedyś 
w naszym śmietniku i który miałam oddać kociej fundacji. Ale z jakiegoś powodu nie oddałam. 
I teraz przydał się do przewiezienia podlota. Transporterek był zresztą trochę uszkodzony, nie domykał się, związaliśmy rączki sznurkiem i ptak był gotowy do drogi. Zawiozłam go do azylu, oddałam w dobre ręce i już.
Jedyne, co mnie zaskoczyło ,to ilość pasożytów, jakie na sobie miał, bo łaziły po transporterku. A co zauważyłam dopiero po wyjściu go z samochodu na miejscu. Pani z azylu powiedziała, że to normalne i że zaraz ptaka będą odwszawiać - bo to takie coś wszawopodobne łaziło. 
W drodze powrotnej narwałam zaraz wrotyczu i bylicy, rozsypałam w samochodzie, potem samochód wyczyściłam i chyba zioła dały radę, albo robale się nie rozpełzły, bo wszystko było 
w porządku. Na szczęście.
I takie to historie z gołębiami miały w tym roku u mnie miejsce.

Co do Frania - na razie dajemy radę bez wymiotów, chociaż oczywiście nie jest powiedziane, że za chwilę się nie pojawią. Oby jak najdłużej nie. Po Nowym Roku mamy kolejne badania krwi oraz USG i zobaczymy, co pokażą. Codziennie podaję kotu niedużą dawkę syropu przeciwbólowego i przeciwzapalnego oraz dwa razy dziennie pronefrę. I co któryś dzień steryd. Franek jest trudnym kotem do podawania leków i oględzin w ogóle, więc steryd w tabletce rozkruszam i mieszam z pastą odkłaczającą - zjada bez dyskusji. Pronefrę mieszałam z karmą, ale po krótkim czasie zaczął wybrzydzać, więc dostaje ją prosto do pyska ze strzykawki, podobnie ten syrop. Oczywiście to mu się też nie podoba, ale nie ma wyjścia. Czasem uda mu się mi zwiać i w Wigilię mnie wystraszył, bo uciekał przed podaniem mu pronefry i uderzył bokiem w szafę. Łapka zabolała, kot schował się za kanapę, mi serce stanęło i już widziałam siebie jadącą na sor do Poznania, bo w Wigilię nasz wet nie przyjmował. Na szczęście po chwili kot wylazł zza kanapy i obeszło się bez nadprogramowych wizyt.
Tak to u nas wygląda. Po lekach Franek odżył, nabrał masy, bo te trzy tygodnie temu ważył niecałe 3 kg! Zobaczymy, co dalej.

Dzisiaj u nas mgła cały dzień, o śniegu oczywiście mowy nie ma. Nie, żebym za nim tęskniła, ale byłoby ciut jaśniej.

Trzymajcie się :)

Podlot u nas na schodach

niedziela, 22 grudnia 2024

Życzenia i opowieść o gołębiach

Życzę wszystkim tu zaglądającym i komentującym jeszcze, wszystkiego najlepszego na nadchodzące świąteczne dni i wszystkiego najlepszego na nadchodzący nowy rok 
🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄🎄

Jutro szykuje się mi trochę pracy - jak większości z nas, ale chciałabym jeszcze napisać 
o gołębiach, które w tym roku kręciły się koło mnie - o dziwo. Takie trochę opowieści na koniec roku.
Tak mi się przypomniało przy okazji pisania komentarza u Jotki. Komentarz był o kiermaszach bożonarodzeniowych, a przypomniały mi się gołębie.

Przez kilka dni w moim mieście organizowany był jarmark świąteczny. Nie jakiś wielki, ale wybraliśmy się na niego w jakąś niedzielę - chyba dwa tygodnie temu. Wychodziliśmy już spod naszego bloku i nagle mężu mój mówi, że obok jednego samochodu jest chyba gołąb, a chwilę wcześniej uderzył w znak drogowy albo w stojący na parkingu samochód i trochę go zakręciło. Ja nie zwróciłam na to wszystko uwagi .... cofnęliśmy się, gołąb wszedł pod samochód, to stwierdziłam, że może dojdzie do siebie i jak będziemy wracać, to spojrzymy tam. Dość szybko ten kiermasz ogarnęliśmy, wracamy, gołąb nadal siedzi pod samochodem. Nieduży, biały .... początkowo myśleliśmy, że to z tych weselnych się zabłąkał.
Nie chciałam go zostawiać pod tym samochodem, wieczór już był, niedziela, ale zadzwoniłam do azylu dla dzikich zwierząt, który mieści się niedaleko naszego miasta. Z zapytaniem, co mam z tą mała zarazą pod samochodem zrobić? Telefon odebrała miła dziewczyna z tego azylu 
i powiedziała, że w takiej sytuacji to gołąb na osiedlu nocy nie przeżyje, bo go koty zjedzą i jak uda mi się go złapać i będę mogła go przechować nawet w łazience, to w poniedziałek mogę go do nich przywieźć. Albo, jeśli dojdzie do siebie, to po prostu rano wypuścić. Cóż było robić, miotła, szmaty, karton i udało się nieszczęśnika złapać. Mąż oślepił go trochę latarką, jak wydreptał spod tego samochodu, narzuciłam na niego szmatę, złapałam i do kartonu. Zanieśliśmy go do piwnicy - nasze są dość ciepłe. Gołąb dostał wodę, karton wyściełany szmatkami, miał cicho i ciemno i rano wyszłam z nim przed blok, żeby zobaczyć, jak się zachowa. Asekuracyjnie wypuściłam go blisko garaży, żeby w razie czego mi nie zwiał. Miał przekrzywioną głowę i coś ze skrzydłem. Złapałam go po raz drugi, nalałam świeżej wody 
i zabrałam w kartonie do pracy, żeby od razu po, jechać do azylu. Na zapleczu też miał dość spokojnie, ciemno, bo karton zamknięty, a po zajęciach zawiozłam go do azylu, gdzie spotkał innych nieszczęśników i pani z tegoż azylu stwierdziła, że z tego wyjdzie. Poza tym, mają całą wolierę gołębi, z których niektóre wypuszczają, a inne już tam zostają.
Dzwoniłam tam z dwa dni później, gołąb był w trakcie leczenia. Mam nadzieję, że wyszedł 
z tego, albo rządzi w wolierze do dzisiaj.
To nie jedyna historia z gołębiem, która przytrafiła się nam w tym roku.
Zdjęcia mu niestety nie zrobiłam.
Druga historia zadziała się 31.10/1.11. 
Otóż na oknach mam rolety, które na noc są opuszczane. I tak też było wieczorem 31.10. Rano słyszałam, jakby po parapecie chodził jakiś ptak. W sumie trochę dziwne, bo jak się te rolety opuści, to zakrywają prawie cały parapet, ale stwierdziłam, że widocznie kawałek tego parapetu jest wolny i tam coś po nim chodzi.
Po jakimś czasie wstałam, podnoszę roletę, a tam - między szybą, a roletą siedział gołąb! Zamknęłam go tą roletą na noc na parapecie. 
W nocy spał, a rano chciał się stamtąd wydostać, więc chodził i kombinował. Kiedy podniosłam roletę - odfrunął, zostawiwszy mi obsrany parapet 😂😂😂
Przedziwna historia. 
A trzecie spotkanie z gołębiem miało miejsce latem, ale zrobię może osobny post na ten temat.

Trzymajcie się zdrowo 💖🎄🕊️

wtorek, 28 lutego 2023

Podsumowanie lutego

Nie będę oryginalna, jeśli napiszę, że luty śmignął niczym kometa, czy bardziej może meteoryt w sierpniu. Czas podsumować ten miesiąc, jeśli chodzi o aktywność sportową.

Trochę lepiej niż w styczniu, ale doopy nie urywa.

nordic walking - 59,1 km

bieganie - 11,5 km

marsz - 3,7 km ( włączony spacer nad morzem)

Razem: 74,3 km

Ogólnie pokazuje mi, że to 11 godzin treningu, a liczba km na podstawie kroków w lutym to: 167,56.

Oczywiście było tego więcej, bo nie zawsze zegarek noszę. Zadowolona nie jestem, bo taka trochę niemoc mnie dopadła, chociaż z drugiej strony - jest ciut lepiej i większa mobilizacja. Ale dzisiaj chciałam pójść po południu, uległam jednak Franiowi, kładąc się na kanapie .... niby tylko pół godziny, a z tych pół zrobiła się ponad godzina. I już "fazula niechcemisie i pococitowogóle" włączona, ciemno na dworze i po ptokach.

Wczoraj też nic z tego, bo była akcja "kot". Otóż w piątek za moją bratową przyszedł do domu kot. Z osiedla bloków, które są w połowie drogi ode mnie do mojego domu rodzinnego. Jako, że mają już dwa koty, kot ten został odniesiony pod bloki, bo brat myślał, że jest stamtąd, z tego stada. 
Wczoraj na fejsie pojawiło się takie ogłoszenie, że nieduży kotek chodzi za ludźmi, jest zadbany, ale może jest czyjś, albo ktoś go niech weźmie do domu... no i zdjęcie tego kotka z piątku. Koniec końców poszłyśmy z bratową go wczoraj szukać. Wracałyśmy już do domu - do jej domu, było "kicianie" i chcemy przechodzić przez ulicę, a ten kotek wybiegł z budowy, przez tę ulicę, zatrzymał ruch samochodów, na szczęście nikt go nie przejechał, dobiegłyśmy do niego, samochody ruszyły, a mały dał się zapakować pod kurtkę bratowej i zaniosła go do siebie, do domu.
Kotek ma, na moje oko jakieś pół roku, jest czysty i zadbany, umie się bawić, w domu poczuł się jak u siebie, zna kuwetę.
Teraz pytanie - zwiał komuś, czy ktoś go wyrzucił?
Na osiedlu nie ma oczywiście żadnych ogłoszeń papierowych na sklepie np., w necie też cisza. 
To chyba mają trzeciego kota. Rezydentki na razie z fochem, a jedna z nich zapomniała już, że też znajdą była jakieś półtora roku temu.
No nic. Zobaczymy. Pojadą do weta, kotek się do miejsca i ludzi przyzwyczai i tyle.

A chłop mój ma końcówkę zapalenia płuc. Pani doktor dała mu jeszcze tydzień zwolnienia L4, żeby się doleczył.

Trzymajcie się zdrowo 💗💖💝  


poniedziałek, 8 listopada 2021

Kolejna mordownia dla zwierząt zamykana? Edit - mordownie...

Pewnie niektórzy z Was trafili już na informację, że prokuratura, policja i organizacje zwierzęce weszły do kolejnego pseudoschroniska dla zwierząt w Wojtyszkach, woj. łódzkie.
Radysy udało się zamknąć w czerwcu, przyszedł czas na Wojtyszki i mam nadzieję, że tu będzie tak samo.
Oczywiście, że sprawa może ciągnąć się latami, część winnych za ten stan rzeczy za to nigdy przed sądami nie odpowie, ale część na pewno tak. 
Priorytetem są teraz zwierzęta, głównie psy, zwożone tam niemalże z całej Polski. Jak to możliwe, zapytacie? Jas też się dziwiłam ...
Jest to możliwe przez bandę tępych, głupich, chciwych lub tchórzliwych urzędasów gminnych, którzy podpisywali umowy z tym akurat miejscem i za czym szedł oczywiście konkretny hajs. Psy miały z tego niewiele, ale bandyci zza biurek - ciepłe posadki i kasę na konta.
Jeśli chcecie wspomóc tę akcję i Pogotowie dla Zwierząt to podaję link do zrzutki: 
https://www.ratujemyzwierzaki.pl/odbieramy-psy-z-wojtyszek
Jeśli kogoś dziwi tak ogromna suma, to niech sobie obejrzy film podsumowujący akcję 
w Radysach, link jest w opisie powyższej zrzutki.
Oczywiście zlecą się trolle, które będą negować tę akcję, wybielać winnych, oczerniać ludzi 
z organizacji zwierzęcych ... nikt idealny nie jest, ale chyba w tym wypadku nie ma co im dawać wiary. Zresztą, każdy ma swój rozum i niech robi, jak uważa. I myśli, co chce.
Dobrze, że coś tak wielkiego się u nas w Polsce dzieje, co ma szansę na poprawę losu zwierząt.

Tu jeszcze kolejny link, do kolejnej akcji zamykania kolejnej mordowni, mniej może znanej niż te dwie wielkie:
https://www.ratujemyzwierzaki.pl/bystre

Udanego tygodnia wszystkim życzę, spokoju przede wszystkim, bo układy planet są ciężkie 
w tym akurat tygodniu. Kto chce, niech nie wierzy, albo wierzy. Zobaczymy :)

czwartek, 18 czerwca 2020

Czy to początek końca dla tych zwierzaków?

Wczoraj przeczytałam na fejsie wiadomość, która mnie ucieszyła i mam nadzieję, że akcja, która się rozpoczęła, zostanie doprowadzona do samego końca. Dla dobra tysięcy nawet - jak się szacuje, psów w schronisku mordowni, w Radysach.
Wielu z Was słyszało o tym miejscu, które jest hańbą w naszym kraju. 
Wczoraj - wedle przekazu jednej z organizacji zwierzęcej, rozpoczęła się tam szeroka akcja 
z prokuratorem i policją na czele. Oby doprowadzono ją do tego, że właściciele schroniska zostaną surowo ukarani za swój wieloletni i haniebny proceder, a ci, którzy wspierali również otrzymają swoją zapłatę - jeszcze w tym życiu, na Ziemi.
Tu macie link do akcji z pomocą, ale jest tam opis tego, co się wczoraj zaczęło dziać: https://www.ratujemyzwierzaki.pl/ratujemy-psy-ze-schroniska-w-radysach
Jako osoba niewierząca i podejrzliwa, daleka jestem od hurraoptymizmu, ale mocno kibicuję tym biednym zwierzakom, by w końcu znalazły dobre domy i godne życie.

Mało mam sił ostatnio, ale dziś kończymy tę nierówną walkę, to znaczy oceny wystawiłam już 
w poniedziałek, dzisiaj zdalna rada klasyfikacyjna i prawie koniec.
Prawie, bo jeszcze muszę przebrnąć przez akcję drukowania świadectw - nigdy tego nie robiłam, jeszcze jakiś protokół na dzisiaj - ponoć e-dziennik ma mi go sam wygenerować, ale nie chce ze mną współpracować w tej kwestii. Lekceważę go, bo napiszę ten protokół sama, nie ma co za bardzo na elektronikę li i jedynie liczyć.
Potem jeszcze egzaminy zawodowe - jestem w komisjach i na początku lipca może zacznę urlop. Do kiedy? Tego jeszcze nie wiem. Może dzisiaj się dowiem.
A ponoć tyle wolnego mam. Kto ma, to ma - nie mówię, że nie.
W każdym razie liczę na regenerację sił, trochę mi w tym pomaga pobyt na RODOS, bo po pobycie tam czuję się trochę lepiej, w sensie nie tak zmęczona.

Zyczę Wam zdrowia i do zobaczenia - mam nadzieję wkrótce na Waszych blogach również :)

czwartek, 31 października 2019

Dla Bonusa




i tych wszystkich moich, i nie moich zwierzaków. 
Dla tych, które stanęły bezpośrednio na mojej drodze, dla tych, które poznałam tylko internetowo, czy w jakiś inny sposób.
Dla Waszych zwierzaków, o których kiedykolwiek czytałam.
A dzisiaj już z nami ich nie ma.
Drugi rok już takie światełko jest dla nich.

Tak szczerze mówiąc, nie wierzę za bardzo w jakieś Tęczowe Mosty, czy w niebo, dokąd po śmierci udają się nasze zwierzaki. To znaczy, fajnie byłoby, gdyby było, ale mi - jako prawie stuprocentowemu niedowiarkowi, trudno w to uwierzyć.
Nigdy żaden z moich zwierzaków mnie nie odwiedził we śnie. A jeśli nawet, to skąd miałabym wiedzieć, że to on, a nie ktoś podający się za niego? Ot, takie zwyczajne dylematy.

O ludzkich zmarłych też pamiętam. Cały rok praktycznie. Bywam na  cmentarzach, gdzie są pochowani, ale bez fanatyzmu. Widzę przez lata, jak niszczeją niektóre nagrobki, albo chowani są na tych miejscach nowi zmarli. I stawiane są kolejne, nowe pomniki. Często wyglądające jak faktyczny pomnik. Ale oczywiście, nie jest moją sprawą, kto i jak wydaje swoje pieniądze. Stwierdzam tylko fakt.

Takich dziwnych kilka dni nastało. 

poniedziałek, 28 października 2019

Niestety

kotek nie przeżył. Został uśpiony dwa dni po operacji.
Tyle dobrego, że się nie męczy i nie umiera w bólu i zżerany przez muchy gdzieś na ulicy.
Ale i tak mi smutno. Nic na to nie umiem poradzić.

poniedziałek, 21 października 2019

Kolejna kocia historia

ale już nie tak radosna, póki co.
A dlaczego ją opisuję? Bo tak.
Zdarzyło się dzisiaj, kiedy byłam jeszcze w szkole. Dzwonek na przerwę przed ósmą godziną lekcyjną. Wyszłam na dyżur, który mam przed wejściem do budynku szkoły. Stoję, świeci piękne słońce, nagle widzę dziewczynę, która niesie małego, czarnego kota. 
Co się okazało? Szła do koleżanki i znalazła to małe nieszczęście na ulicy, przy naszej szkole. Małe nieszczęście nie mogło ruszać łapką, miało mokry tył, jakby się obsikał i na tym zasikanym futrze muchy złożyły jaja. Na szczęście musiało to stać się niedawno, bo larw nie było. Nie miał też widocznych ran zewnętrznych.
Serce mi stanęło, bo tak naprawdę to nie wiedziałam, co robić. Dziewuszka nie z naszej szkoły nawet, ale z rozpaczą w oczach mówi, że przecież nie mogła tego kota tak zostawić. 
Koniec końców, jedna z moich koleżanek dała nam karton dla kota i powiedziała, że trzeba zadzwonić do Straży Miejskiej, albo do schroniska, bo gmina ma obowiązek zaopiekowania się bezpańskimi zwierzętami, kiedy tej pomocy potrzebują. Zadzwoniłam więc do Straży, na szczęście w naszym mieście można się do nich w miarę szybko dodzwonić. Pani strażniczka miejska powiedziała, że zawiadomi schronisko i ktoś po tego kota przyjedzie. Zabrałam więc malucha z kartonem do klasy - akurat miałam lekcję z klasą, do której chodzi dziewczyna, która adoptowała kota spod sklepu, chwilę poczekałam i pani strażniczka mi oddzwoniła, że pan ze schroniska zaraz podjedzie.
Wiem, kto to jest, bo nasza mieścina znowu nie jest tak jakoś duża .... zabrał kota do lecznicy, która ma podpisaną z gminą umowę...
Wieczorem dzwoniłam tam, żeby się spytać, co z kotem ... miał prześwietlenie, złamana kość udowa, będzie miał robiony zabieg operacyjny jutro/pojutrze. I z tego, co zrozumiałam, to raczej 
w Poznaniu. Powinno być dobrze.
Może jutro spotkam pana weta, to może mi więcej powie niż przez telefon i to kilkanaście minut przed zamknięciem lecznicy. 
Wrzuciłam informację na naszą lokalną stronę, ale wątpię, żeby znalazł się właściciel zwierzaka. Zwłaszcza, że ma w perspektywie kosztowne leczenie. Cuda czasem się zdarzają, jakkolwiek tu w to powątpiewam. 
Oby ta operacja się udała, kot nie cierpiał i znalazł najlepszy dom na świecie. 
Oczywiście najlepszy byłby mój, bo serce moje rwie się do tego czarnego futra, ale nie da rady, bo Franio dostałby wścieklicy pewnie. Kotek może mieć około 5-6 miesięcy na moje oko. Jakiej jest płci - nie mam pojęcia. Wydaje mi się, że kocurek.
Pomyślcie o nim ciepło, proszę.

A tu, u naszej koleżanki blogowej, Hany  - taka śliczna kicia do adopcji. Może ktoś? Jak wiecie, do dobrego domu dojedzie :)


niedziela, 5 sierpnia 2018

Balkonowo - mrówkowo - iglakowo

Upały nie odpuszczają, aczkolwiek u nas dzisiaj jest ciut, ciut chłodniej, wieje wiaterek, a w nocy popadało jakieś 5 minut może i zagrzmiało gdzieś z daleka. Z racji, że była trzecia w nocy, nie włączałam internetu, żeby sprawdzić gdzie są te burze.
Taki wiec sobie temat wymyśliłam i potraktuję go dosłownie, bez już żadnych aluzji, żaluzji 
i innych rolet.
Odkąd skończył się rok szkolny, mam szczere chęci, by w końcu uporządkować pierdolnik w domu, który nagromadził się przez lata mego przygnębiającego półbezrobocia, ale tak średnio mi się chce. Aczkolwiek ostatnie tygodnie trochę mnie do aktywności zmobilizowały, zaczęłam więc jakiś czas temu od balkonu.
Wyglądał koszmarnie. Zeschnięte rośliny z poprzedniego sezonu, jakieś liście, płytki też już czystością nie grzeszyły ... 
Zrobiłam kilka zdjęć tej hańby ;) Ale może wrzucę je na koniec postu ;)
Jeszcze w czerwcu, uszykowałam sobie niezbędne sprzęty typu worki plastikowe na śmieci, rękawice, sekator, kupiłam ziemię do kwiatów, farbę do drewna i zabrałam się do dzieła.
Zeschnięte rośliny wyrzuciłam bez sentymentu, paru bidulkom, przy których widziałam jakieś oznaki życia, dałam szansę, przesadzając do nowej ziemi i pojemników. Smętne pergole koloru nieokreślonego pomalowaliśmy na ciemny brąz. Wiklinowe koszyki na fioletowy.
Dokupiliśmy dwa nieduże, składane krzesełka i mały stolik...
I teraz wygląda to wszystko w miarę sensownie.
Nie mam jakichś wielkich zdolności dekoratorskich, ale co tam - w końcu można na tym balkonie usiąść, wypić kawę i gościa tam posadzić ;)
Zrobiło się trochę ciaśniej, kiedy wystawiam suszarkę z praniem, ale w końcu coś za coś.
A czemu mrówkowo?
Widzicie na zdjęciach taki sporawy koszyk jak do pyrów? ( czyli ziemniaków po polsku rzecz ujmując ;)) I emaliowany garnek, w którym rośnie sobie kozłek, czyli waleriana?
Otóż w koszyku jest gniazdo małych mrówek, a na roślinie są mszyce ... czyli obora dla mrówek 
i ich "krowy". Ustaliłam z nimi, że mają mi do domu nie wchodzić - próby były, ale rozprawiłam się z nimi dość radykalnie i tak sobie koegzystujemy.
Tak naprawdę to bym się ich pozbyła, ale bez rozwalania im gniazda i zabijania tych pożytecznych stworzeń. Niestety nie mam żadnej działki, na którą zawiozłabym ten kosz i go po prostu z tym gniazdem zakopała. Tak więc na razie tak to wygląda.
A iglakowo?
Nie chciałam za dużo doniczek na balkonie, ale pewnego dnia mąż mój przywiózł z pracy kilkanaście mały sadzonek świerku i sosny. Oczywiście nigdzie ich nie ukradł,ani z lasu nie wykopał, tylko były to samosiejki, które rosły w tłuczniu, w torach. A oni je po prostu musieli powyrywać.
Jak widać - nie wszystkie się przyjęły, ale w razie czego stanę przed świętami na zieleniaku 
i posprzedaję te, które zaczęły rosnąć :))) 
Mówiłam Chłopu, że kasa im w tych torach rośnie ;) gdyby mieli trochę miejsca, to mogą powsadzać te małe roślinki do doniczek, a potem na dworcu sprzedać ;) w listopadzie, albo grudniu. Uczciwe ,z korzeniami, a nie jak to zazwyczaj bywa, wszystko ucięte, byle święta przetrwało.
Ale nie mają tam miejsca, więc cały plan poszedł w niebyt ;)
Oczywiście z tą hodowlą to mały żarcik był ;)

To teraz parę zdjęć "po", a potem kilka "przed". 
Pewnie, że nie ma się czym chwalić, ale zostawię to sobie "ku pamięci" ;)







Mrówki w akcji

Może jeszcze w tym roku dojrzeją?

Cynia


Ulubione miejsce kota

A teraz - jak było "przed". Wrażliwi zamykają oczy i przewijają stronę do dołu ;)







Tych ostatnich zdjęć komentować litościwie nie będę ;)

Czyli pojawiła się nadzieja, że podobnie postąpię z resztą domu, trochę zaczęłam już robić, idzie powoli, ale może do końca wakacji się mi uda.
I napiszę jeszcze, że w sprawach zawodowych nastąpiły u mnie kolejne zmiany ...
Parę dni temu zadzwonił do mnie dyrektor szkoły, z której zwolniono mnie kilka lat temu 
i .... zaproponował powrót. To jest już ktoś inny - tzn.inna osoba wygrała konkurs dyrektorski.
W dodatku mam uczyć przedmiotów zawodowych, czyli oznacza to dla mnie naukę 
i przypomnienie sobie tego, czego nauczyłam się w czasie moich pierwszych studiów ...
Życie pisze naprawdę zadziwiające scenariusze ... 
Zgodziłam się, ponieważ jest to praca na miejscu i nowe wyzwanie, aczkolwiek tam w Poznaniu źle mi nie było, tylko trochę czasu zajmowały mi dojazdy. I to przeważyło tak naprawdę.

Jak się Wam moja praca balkonowa podoba?
Może coś mi jeszcze podpowiecie? ;) A w kwestii mrówek? ;)

Miłego dla Was na nowy tydzień :)

sobota, 23 stycznia 2016

Żubry na Polanie w Białowieży

Poprzedni post wyszedł mi emocjonalny, dlatego żubrów już do niego nie dodawałam.
Co innego ten. 
Od kilku dni, prawie codziennie włączam stronę z kamerą w Białowieży. I wydaje się mi, że w tym roku, do paśnika przychodzą głownie żubry. O ile kiedyś wieczorami obserwowałam świniaki, jelonki, to teraz pasie się tam spore stado królów i książąt Puszczy.
Obejrzyjcie sobie moje skany ze strony żubry online.








Dwa ostatnie skany są z dzisiaj. W tej chwili na Polanie pasie się sporo żubrów.
Nasz koleżanka z Podlasia doniosła, że oprócz obrazu jest jeszcze dźwięk. Faktycznie. Czasem słychać jakieś ptaszki i szum wiatru.

Na koniec coś z życia odkurzacza ;) mojego. Dwa dni temu wciągnął skarpetkę! W życiu się mi takie coś nie zdarzyło. I jak to często bywa, skarpetka utkwiła w bardzo ciekawym miejscu, a mianowicie tam, gdzie kończy się giętka część rury, a zaczyna kawałek plastikowej, u mnie lekko pod skosem - tam dołączam zazwyczaj drugą rurę - metalową. 
Jak się domyślacie słusznie, nijak nie szło francy wyciągnąć, bo z jednej strony trudno przebić się przez całą giętką część, 
a z drugiej skos.
Skończyło się na cięciu części giętkiej i sklejeniu jej taśmą pakową. 
Dzisiaj wyciągnęłam z szafy kilka rzeczy do prasowania. Nagromadziło się tego od ... nie wiem, kiedy. Zrobił się miły luzik, który został wykorzystany przez Bonusa - ta część ciuchów nie jest jeszcze tak bardzo zakłaczona ;))
Szafa woła o porządki, bo ja już prawie niczego tam znaleźć nie mogę. Ciekawe, niby odkłada się rzeczy na swoje miejsca, a po jakimś czasie i tak masz bałagan, i tak. To na pewno krasnoludki, które, jak wszystkim wiadomo - siedzą w szafie i ubrania zwężają. Oraz wszystko mieszają.
Przedwczoraj wyciągnęłam na światło dzienne coś, co zaczęłam szyć prawie dwa lata temu. Wczoraj skończyłam - pokażę 
w kolejnym poście. 
Drobiazg, bo podkładki pod kubek, ale musiało tyle czasu odleżeć. Materia stawiała silny opór, trochę krzywo wyszło, nie mówiąc o tym, że nici, akurat w tych kolorach mi zabrakło i musiałam dokupić. Bywa.
Dzisiaj też się za coś zabiorę.

Udanego weekendu wszystkim życzę :)

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Be Be, czyli ....

Blubry* o Bonusie ;)
Tak, w ramach odkurzania bloga, bo jeśli chodzi o mieszkanie, to mi się nie chce.
Tak, jak się obawialiśmy, Bonus bardzo źle reaguje na wystrzały petard. O dziwo, burzy się nie boi, bo bywało, że siedział sobie na balkonie i patrzył w dal. No chyba, że znienacka i głośno grzmotnęło.
Petardowe szaleństwo już się zaczęło. Mimo wyraźnego przepisu, który reguluje, kiedy można strzelać, cała masa półgłówków już teraz wali.
W sobotę dwa razy rozległ się potworny huk, niestety Bonus był wtedy na balkonie. Przestraszony zwinął podłogę za sobą, wleciał do drugiego pokoju najpierw pod łóżko, potem do szafy i dość długo tam siedział, patrząc na człowieka przestraszonym wzrokiem.
Nie mam pojęcia, co to za debile tak waliły i gdzie dokładnie, za drugim razem wyleciałam na balkon, wypuściłam w eter kilka bardzo grubych słów i bluzgów, pewnie pół osiedla mnie słyszało, bo o mury  wszystko się obija - nie ma się czym chwalić, rzecz jasna, ale czasami człowiek musi ...
W niedzielę natomiast - kompletna cisza. Ani jednego wystrzału. Nigdzie w pobliżu. Normalnie cud jakowyś się zdarzył!! Podejrzewam, że sąsiedzi debili postraszyli policją, albo zadzwonili, gdzie trzeba i półgłówki się uspokoiły. Może.
Albo im łapy poodrywało. 
W każdym razie, po konsultacjach, nie będę dawała Bonusowi żadnych środków uspokajających, tylko spróbujemy jakoś na trzeźwo ten czas przeżyć. Na szczęście ma gdzie się schować. Niuniek malutki nasz ♥
A druga historyjka jest śmieszna - dla mnie i Chłopa, przynajmniej;)
Bonus obudził mnie o jakiejś nieludzkiej porze dnia kilka dni temu, robiąc porządki na moim stoliku nocnym, szukając tam czegoś, albo przestawiając - trudno mi powiedzieć, bo o takiej porze, to człowiek mało przytomny jest. 
Zainteresowałam się oczywiście jego poczynaniami i stwierdziwszy, że bawi się czymś drobnym, schowałam pod poduszkę moje kolczyki i uwaga - jedną zatyczkę do uszu, bo czasem muszę w nich spać. Drugiej nie mogłam znaleźć. Jakoś do rana przekimaliśmy, a ja zaczęłam szukać tej drugiej zatyczki. I nigdzie jej nie było. Pomyślałam sobie, że może Bonus ją zjadł, mało możliwe, ale zawsze ... niepokój lekki był. Mimo wszystko.
Tak minął dzień, położyliśmy się spać i słyszymy, jak kotecek nas, w przedpokoju reklamówką szeleści. No kurcze - on raczej nie bawi się czymś takim .... a rano znalazłam na reklamówce zaginioną zatyczkę :))))
( W worku tym miałam swoje buty sportowe).
Złodziejaszek zatyczkowy, jeden ;)))
A Wasze zwierzaki coś ciekawego podebrały, czy też podbierają Wam do zabawy?

Na koniec porcja żuberków, bo kto rano wstaje, ten ma żubry na ekranie ;)


Najpierw dwa się przepychały:


 A potem trzy:


A wczoraj wieczorem - zwyczajowe przeganianie świniaczków:


Udanego poniedziałku wszystkim życzę :)

*Blubry - dla niezorientowanych w gwarze wielkopolskiej, to pierdoły, bzdury, ale też gadanina.
Np. Blubry Starego Marycha - taka audycja kiedyś była w Radio Merkury. Czyli Stary Marych snuł różne opowiastki o sobie, swojej żonie, znajomych, wszystko w gwarze poznańskiej.

piątek, 18 grudnia 2015

Odkurzając bloga, podglądamy

Jak w tytule. Trochę chęci, pomysłów brakuje, ale zawsze można wspomóc się żubrami :) Zwłaszcza, że dawno nic o nich nie było, a ja sama rzadko coś na polanę zaglądam.
No nic. Nadrobimy to. W tej chwili kamera skierowana jest na kulki z pokarmem dla ptaków, na których harcuje całe stado sikorek, a wcześniej wróbelków.
Wczoraj wieczorem za to, chwyciłam żubry i przemykające jelonki, oraz świniaczki:






A w listopadzie chwyciłam takie żubry:




Doczytałam na fejsie, że to białe na sierści jednego jest jakąś chorobą skóry, którą miał obejrzeć weterynarz. Nie wiem, jak to się skończyło.

A tutaj żubry marcowe, z poprzedniego sezonu podglądactwa:



A łosia przy lizawce pokazywałam?


Za oknem nieśmiało słońce przebija i bardzo dobrze. Ja tam za zimą i śniegiem nie przepadam, żadnego nastroju świątecznego nie musi być - w postaci tego białego czegoś. I już.
Trochę więcej ostatnio przy maszynie zasiadam, bo niedawno zrobiłam sobie mały kącik ( koncik;)) do pracy. Mieści się 
w sypialni, na stół został zaadaptowany stolik od telewizora, który dzięki Chłopu memu przeszedł pewną metamorfozę. 
A tak poza tym bliżej mi do ChPD ( Chujowej Pani Domu), a PPD zatarłaby z radością rączki, widząc pierdolnik w domu i ciesząc się na akcję edukacyjną, czy bardziej motywacyjną, bo wyedukowana to jestem dostatecznie w kwestii porządków itp.
Gotowania już mniej, bo wczoraj zaserwowałam Chłopu pierogi ze sklepu, rzecz jasna, które się mi z letka rozgotowały. Zjadł, co miał zrobić, bo to spokojny człowiek jest i może już głodny był ;)
Poza tym - odchudzamy się, Bonus też. Ważenie kota będzie po zimie, ale mam wrażenie, że troszkę się zmniejszył. 
Ja natomiast, zważę się przed świętami, a potem - też po zimie :))
I tak to czas szybko zapierdala sobie leci.

Na koniec informacja: osoby, które brały udział w zabawie i adresy przysłały - proszę wyczekiwać przesyłki. Wczoraj część poszła, dzisiaj zamierzam wysłać resztę. Za wszelkie usterki, co do zawartości serdecznie przepraszamy ;)

Miłego dnia wszystkim życzę :)

P.S. O zooplusie przypominam, przez banerek u Gosianki :) U niej ruch w interesie, kolejne słodkości do zsocjalizowania i odchuchania przybyły. Zobaczcie, jeśli jeszcze ich nie widzieliście :)

sobota, 18 lipca 2015

Ciąg dalszy podróży, ale też o bezsilności i waleniu głową w ścianę

Najpierw o tej bezsilności. Niecałe dwa tygodnie temu, moja koleżanka wybrała się na wywczasy do modnej obecnie miejscowości, niedaleko mojego miasta. Ktoś z jej rodziny ma tam dom i w wakacje dostaje klucze i tam sobie wypoczywa. Koleżanka ma dwa koty - domowe i zabrała je ze sobą. 
Pierwszego dnia jeden z nich zwiał. Wakacje rozpoczęły się nieciekawie zatem. Po dwóch dniach okazało się, że kot żyje i siedzi u sąsiada w kupie drewnianych palet. Sąsiad okazał się w porządku gościem, ponieważ pozwolił na wejścia na swoją posesję - działka zresztą ogromna, a chłopak ma duży luz, jeśli chodzi o jej zagospodarowanie. Ale mniejsza o nią.
Nie będę budowała opowiadania pełnego napięcia, bo nie chce mi się, bo sama się w tę historię trochę zaangażowałam 
i energii straciłam.
Kot wrócił wczoraj, późnym wieczorem do domu. Cały,zdrowy, tylko z lekka odchudzony, chętny na mizianki i przytulaski. 
Nie wiem tylko, czy koleżanka ma na to chęć ;)
W ciągu tych dni poruszone zostały wszelkie służby, które z definicji mają pomagać zwierzętom i jak myślicie, ile z nich wyraziło chęć pomocy, jeśli chodzi o wywabienie kota spod tej sterty, albo choćby wspomogło jakąś radą, czy gotowością pożyczenia klatki - łapki?
Otóż, żadna. Tak, dobrze przeczytaliście - ŻADNA.
Nie chce mi się opisywać, co koleżanka usłyszała podczas tych rozmów, te wykręty, czy idiotyzmy - nie ma sensu się nad tym teraz rozwodzić. Ale to było straszne, uwierzcie. Kolejne pomysły i rozbijanie się o ścianę obojętności. Miejscowe schronisko kotami rzekomo się nie zajmuje, z Poznania nie przyjadą, bo nie mają ludzi, weterynarz zaproponował hycla - debil, a wszelkie fundacje - sracje ..... wybaczcie, ale te, do których dzwoniła - zero chęci najmniejszych. Jedna pani, trzy dni temu - coś tam obiecała w temacie klatki, ale tylko na obietnicach się skończyło - niestety.
Kto pomógł w końcu? Właścicielka hodowli, z której koleżanka ma swoje kociambry. Babka czuje po prostu temat, podjęła dwie próby wywabienia kota z kryjówki - prawie się udało, poza tym poradziła, żeby zabrać spod tych palet jakiekolwiek jedzenie, zostawić humanitarnie wodę. Ciekawe, że ten sam pomysł przyszedł i mi do głowy i miałam rano koleżance go przedstawić. Pani z hodowli była szybsza ;)
Poza tym, w ostateczności, ściągnęłabym klatkę od Gosianki ♥, której chyba w czwartek o kocie pomarudziłam przez telefon 
i maila ;) i która na szczęście jest już niepotrzebna :)) - klatka, oczywiście.
Do tego doszły osoby, które wspierały koleżankę w inny, niefachowy sposób, ale to też ważne.
Ta sytuacja pokazała mi wyraźnie, w jak bardzo czarnej d ....upie nasz kraj jest, jeśli chodzi o pomoc zwierzętom. Może Wy macie inne doświadczenia, ja mam takie, niestety.
Na szczęście dobrze się skończyło. Kot sam przylazł do domu, reagując na wołanie.

A jak usuwacie kleszcze swoim zwierzakom? Bo jednego koleżanka namacała, a w internecie festiwal pomysłów w tym temacie .... ja też nie wiem ....

Co do wspomnień z podróży, to opuśćmy już Sanremo, wystarczy i jedźmy dalej. Dłuższy postój zaplanowano w Cannes. Tam miła odmiana :) owszem, miasto zatłoczone, zawalone samochodami i turystami, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Doszliśmy do słynnego pałacu filmowego, do schodów z czerwonym dywanem, na którym trzeba było zrobić sobie zdjęcia :)) a nuż się kiedyś przydadzą ;)
Za tym pałacem ciągnie się aleja, mile zacieniona, mająca ok. 4 km. Do tego, w ramach tej alejki biegnie pomarańczowy pas wykładziny dla biegaczy, poza tym widoki morza, plaży .... i najdroższych hoteli, w których mieszkają gwiazdy przyjeżdżające na festiwal. Niektóre apartamenty są na stałe zarezerwowane, przewodnik nasz mówił, że najbardziej prestiżowe są te z balkonami od ulicy. Trzeba się w końcu pokazać reporterom i zwykłym śmiertelnikom i mieć chwilę chwały ;)
W każdym razie - podobało się mi tam. Przy okazji, pobujaliśmy się na huśtawkach :))

Zapraszam do obejrzenia zdjęć:

Najpierw wzgórze Mont Chevalier , na którym mieści się kościół Notre - Dame i zamek - Chateau - Musee de la Castre. Zamek pochodzi z XI/XII wieku, zbudowany został przez mnichów. A samo Cannes stało się modne w połowie XIX wieku:







Ratusz:



Pałac filmowy i jego okolice:




Ktoś z Was może wie, jak się nazywa to drzewo? Z takimi białymi kwiatkami?



Port:



Helikoptery co chwilę lądowały i wzbijały się w powietrze. Nie mam pojęcia, kogo, lub co przewoziły ;)



Mewy takie same, jak u nas ;)



Wzdłuż drogi wjazdowej do Cannes ciągną się plaże - zostały utworzone przez człowieka, ponieważ naturalny brzeg morza jest tutaj skalisty, oraz linia kolejowa - miałam nadzieję, że zobaczę jakieś pociągi i owszem, nawet jakieś zdjęcia zrobiłam z okien autobusu:

Znowu dużo zdjęć ;)












Dwa ostatnie zdjęcia to domy jeszcze w Cannes - bardzo się mi takie podobają, chociaż niekoniecznie chciałabym w nich mieszkać ;) Mają w sobie dużo uroku, mimo podniszczonej elewacji i takiż okiennic.

Spory mi ten post dzisiaj wyszedł. Miłego wieczoru życzę wszystkim i udanej niedzieli :) 
Mam nadzieję, że u Was nawałnic nie ma i nie będzie.