piątek, 24 lipca 2026

Na działce

Wybrałam się dzisiaj na działkę - w końcu, żeby zobaczyć, co wyrosło, co rośnie, czy można już cieszyć się kolejnymi zbiorami w postaci pomidorów koktajlowych, bo takie głownie mamy w tym roku. Posianą mam też cukinię, która też już jakieś owoce wydaje. W tym roku po raz pierwszy siałam cukinię, bo do tej pory kupowałam sadzonki. I chyba lepiej siać. Mam dwie odmiany, bo wymieniłyśmy się z sąsiadką. Obie w sumie ładnie rosną.
Przywiozłam też kilka kwiatów z domu, które kiedy wzięliśmy Melę i maluchy do domu, wywiozłam do szkoły. W czasie wakacji nie są tak często podlewane, bo panie sprzątaczki mają mnóstwo innej pracy i nie ma szans, żeby co dwa, trzy dni podlewały bardziej wymagające rośliny. Zabrałam je zatem na działkę. Dwie duże doniczki z geranium, asparagus, fikus, zielistka, która dostała jakichś robali i zaczęła marnieć .... No i kaktusy z domu. Wszystko wskazuje na to, że mają się tam nieźle.
A z kaktusami sprawa wygląda tak, że jest to właściwie jedna odmiana, nie wiem nawet, jak się nazywa, ale to nieważne. Nie jestem jakąś wielbicielką kaktusów, ale tego mam od wielu lat, może i 25. Pracowałam kiedyś w małej, wiejskiej szkole, która została w pewnym momencie zlikwidowana. To znaczy w 2003 roku. W jednej z sal rósł kaktus, od którego wzięłam odnóżkę. Ta odnóżka żyje u mnie, urosła, wypuściła młode, ale że ja kaktusiarą nie jestem, to miały 
u mnie szkołę przetrwania. W tym roku, w czerwcu postanowiłam przerwać ten survival 
i porządnie je poprzesadzać, bo zaczynały odrywać się od kaktusa matecznego. Wyszło mi pięć doniczek, ustawiłam je na działce w mini szklarence no i zobaczymy, co dalej.

Nie są to zdjęcia na insta, czy inne tiktoki, czy gdzie tam się teraz ludzie promują, ale co tam ;)

Najpierw kaktusy. Nie da się ukryć, że matka potrzebuje jeszcze jakiegoś wsparcia:

 

Kolejne kwiatki:




Komarzyca, którą mam od kilku lat, parę razy mi zmarzła, ale odbija z uporem godnym podziwu :) Zimę spędza na zimowisku u moich rodziców ;)


Od kilku lat chcę w końcu mieć kwietną łąkę, wychodzi różnie. Od dwóch lat jest tam ugór, ale w tym roku postawiłam trzy doniczki. Oczywiście na zimę będę musiała je gdzieś przenieść:

I takie tam inne:





Udanego weekendu wszystkim życzę :)

środa, 22 lipca 2026

Ukochany Bałtyk

Uwielbiam nasz kapryśny Bałtyk. Nic odkrywczego nie napiszę, bo wielu z nas tak ma. U mnie do tego stopnia, że kiedy byliśmy kilka lat temu w Hiszpanii nad Morzem Śródziemnym, to po powrocie moją myślą było, że teraz trzeba jechać nad morze. I pewnie pojechaliśmy.
Teraz też się wybraliśmy, planowaliśmy tydzień. Moja noga przestała boleć, opuchlizna ładnie schodziła .... Opiekunka do kotów zamówiona, a nawet dwie opiekunki, bo ta główna pracuje w ciągu tygodnia i mogła przyjeżdżać rano i wieczorem, a po południu umówiłam się z moją koleżanką, która ogarniała wcześniej Bonusa i Frania.
A sobotę opiekunka pisze mi, że Misio wymiotuje. Raz zwymiotował, zdarza się. Ale do wieczora wymiotował kilka razy i nie jadł, był osowiały. To w takim razie wracamy w niedzielę. Ale ona mówi, że spróbuje w niedzielę zadzwonić po weterynarzach i na pewno jakiś wet przyjmuje w mieście oddalonym od naszego jakieś 25 km i tam może z naszym kotem podjechać, bo kiedyś była ze swoim. No dobrze. Miała nasze zgody i okazało się, że telefon odebrał w niedzielę nasz weterynarz, więc pojechała z Misiem do niego.
A w niedzielę pojechaliśmy do Wolina na cmentarz, gdzie pochowany jest mój dziadek. Tam rzadko kto jeździ z rodziny, bo najbliżej mieszkają w Szczecinie, więc bywa, że grób jest z lekka zarośnięty. Teraz też tak było, ogarnięcie kosztowało nas trochę pracy .... potem wróciliśmy do Mrzeżyna, tam odbywał się bieg, poszliśmy popatrzeć na start - biegliśmy w nim dwa razy. 
W efekcie, w poniedziałek, noga zaczęła mnie boleć na nowo, na nowo spuchła i koniec końców wczoraj wróciliśmy do domu. Od razu też pojechałam do lekarza, antybiotyk, jeszcze z Misiem wieczorem do weterynarza na zastrzyk, bo okazało się, że ma podwyższone leukocyty .....

I tak to się kręci. Pomijając fakt, że nad morzem wiało, lało i było zimno. Okna pogodowe jedynie się trafiały.

Nawet już nie chce mi się tego komentować.

środa, 15 lipca 2026

Żmija we własnym domu wyhodowana

Nie wiem, co się ostatnio dzieje, czy ktoś na mnie jakiś urok zły rzucił, czy ja sama sobie to podświadomie robię .... Promyczek ugryzł mnie lub mocno zadrapał w stopę .... boli, trochę spuchło, ledwo chodzę, bo .... boli. Oczywiście smaruję różnymi specyfikami, ale wiadomo jak to jest. Od razu to mam ranę, a jej gojenie niestety trwa.
Zaczęłam dramatycznie, to teraz opiszę, jak do tego doszło. Nie, Promyczek nie jest agresywny. Po prostu - do mieszkania wleciała osa. Nasze koty kochają polowanie na owady, więc żeby te głupole nie chciały polować na osę, to ruszyłam na nią w celu jej zatłuczenia i nadepnęłam Promyczka, który, jak to koty mają w zwyczaju, plączą się między nogami kiedy nie trzeba. A on zareagował odruchowo i obronnie. Tak się potem wystraszył tego, co zrobił, że uciekł do drugiego pokoju pod stolik i przerażony patrzył na mnie. Wzięłam go na ręce, przytuliłam, bo przecież nie jego wina w sumie. A ja się ostatnio sypię. W lutym zacięłam się mocno w palec, od lutego również boli mnie prawa ręka - od momentu pobrania krwi. Tak, wiem to dziwne, ale tak to wygląda. Możliwe, że od spania. Zaczęłam smarować ją maścią, która zawiera kamforę 
i jakaś poprawa jest. Też musi trochę to wszystko potrwać, zanim - jak mam nadzieję, wróci do pełnej sprawności.

Ktoś powie, że to wiek. Może i trochę tak, ale ja się na to nie godzę. Nie i już.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

Promyczek oraz upał vs. nasze koty

I tak maj przeszedł niepostrzeżenie w czerwiec i za chwilę czerwiec minie, pozostawiając za sobą spaloną słońcem ziemię.
Dwa tygodnie temu Promyczek miał kastrację. Po kastracji kocura raczej nie ma żadnych komplikacji. No ale Promyczek jest tym jednym na milion, u którego komplikacja pojawiła się 
i musiał być cięty po raz drugi. Najprawdopodobniej do rany weszło ziarenko piasku z kuwety, otorbiło się i niestety dało stan zapalny. Ręce mi opadły. Mam mu to miejsce teraz smarować antybiotykiem, robię to, ale kołnierza nie zakładam, bo Promyczek nie dałby rady w tym chodzić, no zobaczymy. Jakąś poprawę widzę, ciężko jednak samej go na tyle ujarzmić, żeby dokładnie obejrzeć. Może się jednak uda.
Poza tym kot szaleje, zachowuje się jak zawsze, ale czujnym trzeba być.
Weekend był ekstremalnie upalny, jak w całej Polsce. U nas w mieszkaniu temperatura wczoraj dobiła do 30 stopni, mimo rolet i wiatraka. Rolety nie były do końca zamknięte, ponieważ udusiłabym się w takim pomieszczeniu. To już wolę upał.
Koty nasze natomiast, upałów nie lubią. Nie przepadają za wielogodzinnym wygrzewaniem się na słońcu, jak to robił Franio. On kochał słońce i wytrzymywał naprawdę wysokie temperatury na balkonie. I jaki był oburzony, że w pewnym momencie musiał z niego zejść, bo płytki w paputy parzyły .... Franio ......

Tydzień temu za to pojechaliśmy w weekend nad morze. W końcu i wreszcie. Chcieliśmy sprawdzić, czy można stado zostawić samo, oczywiście z dochodzącą opiekunką. No i chyba można. Wszystko na to wygląda, że tak. Opiekunka przyszła trzy razy dziennie, dała jeść, sprzątnęła kuwety, wybawiła .... więc jest szansa, że wyrwiemy się w końcu choć na tydzień. Fakt - jest to płatna opieka, ale odkładamy na takie cele co miesiąc pieniądze. Jesteśmy naprawdę zmęczeni już i wyjazdy są konieczne.


Rok szkolny też zakończony, ze względu na wychowawstwo miałam sporo pracy, a że jestem mentorką, czyli opiekunem początkującej nauczycielki, to roboty miałam podwójnie, bo ona też ma wychowawstwo i musiałam pomóc jej ogarnąć klasyfikację, świadectwa, arkusze ocen itp. Był na to czas, ponieważ uczniowie w ostatnich dniach już do szkoły nie chodzili, albo było ich bardzo mało, więc naprawdę nie nudziłam się, bo ciągle było coś do zrobienia. Znalazłam też w końcu siły na uporządkowanie moich materiałów do lekcji, bo już ledwo to wszystko ogarniałam. W zeszłym roku nie miałam na to sił i energii. Ten rok szkolny też był dla mnie trudny, w grudniu miałam nawet taki epizod, że nie mogłam z łóżka wstać. Zadzwoniłam rano do szkoły, że biorę urlop, wyspałam się i jakoś poszło. Z naciskiem na "jakoś".
Jeszcze i tak wszystkich materiałów nie uporządkowałam, bo zabrakło mi może jednego dnia. Ale może w czasie wolnego to zrobię, bo to naprawdę bardzo pracę ułatwia.
Pomijając fakt, że jeden dzień w lipcu będę na rekrutacji w nas w szkole. Bo kiedyś, jak nie było tak sprawnego i rozbudowanego systemu, to dzieci i ich rodzice już około 5 lipca wiedziały, czy dostały się do wybranej szkoły średniej. W tej chwili, dzięki usprawniającej informatyzacji, wyniki rekrutacji są chyba 13 lipca, a bujamy się z tym prawie do końca miesiąca.
 
Nic to, udanego lata wszystkim życzę i do napisania :)

wtorek, 19 maja 2026

Mela

Pisałam, zdaje się jakiś czas temu, że odizolowaliśmy mami maluchów, bo zrobiła się agresywna do nich. Zablokowało nam to jeden pokój w mieszkaniu - mamy dwa i utrudniło życie wszystkim.
Ale w sobotę otworzyliśmy drzwi i niech się dzieje. Albo się zsocjalizuje albo trzeba będzie szukać jej nowego domu. Dziś mija czwarty dzień, koty się nie pozagryzały, aczkolwiek mruczy na nie, warczy i jak który bliżej podejdzie, to obrywa łapą. Na noc idzie spać sama, bo pewnie działoby się, a jak człowiek rano musi wstać, to dobrze jest się wyspać choć trochę.
Zobaczymy. Rady behawiorystki zadziałały na Melę średnio na jeża, dlatego zdecydowaliśmy się na ten krok. Jesteśmy już naprawdę zmęczeni tym wszystkim. Psychicznie.
Mela spędziła dzisiaj dzień na balkonie, maluchy wchodziły też tam, mami na nie burczała, ale one robią swoje. Jutro będzie gorzej, bo ja będę w pracy od rana do piętnastej, więc chyba ich nie zostawię razem, a mężu jedzie do szpitala na badania. Więc kilka dni będę w kotami sama.

To tak ku pamięci piszę.

czwartek, 7 maja 2026

Nudy z kotami nie ma

Wczoraj Mysza miała zabieg kastracji, bo równo w wieku pół roku dostała pierwszą rujkę, więc 
z racji iż w domu nie jest jedynym kotem, rujka była wygaszana tabletkami i zdecydowaliśmy się na zabieg. Który sam w sobie trwał naprawdę bardzo krótko, Mysza w lecznicy była jakieś trzy godziny. Jej braciszkowie wydawali się markotni po jej wyjeździe, bo zawsze to jakiś wyłom 
w stadzie nastąpił. Za to po jej powrocie, została obsyczana i podejrzliwie obwąchana przez głownie Promyczka. Koniec końców, kocurki spędziły noc zamknięte w korytarzu, bo niestety nie dało się już inaczej ich odizolować. Dzisiaj może być powtórka, chociaż jest ciut lepiej niż wczoraj. Możliwe, że kotka dziwnie w ubranku wygląda, ale przez parę dni musi je ponosić, żeby się nie rozlizała.

Miała dzisiaj być u nas pani behawiorystka, ale jak to w moim życiu zwykle bywa - nie mogłyśmy się spotkać, ponieważ szłam znowu na maturę i kiedy wydawało mi się, że zdążę i się godzinowo zgramy, to okazało się, że przydzielono mnie do komisji, w której było jedno niedowidzące dziewczę, stąd egzamin prawie cztery godziny!!! Które owe dziewczę wykorzystało co do minuty. Zanim oburzycie się na mnie, iż tak lekceważąco piszę o kimś dotkniętym kalectwem .... a właściwie, kto chce, niech się oburza. Dziewczę albowiem za bardzo do szkoły nie uczęszczało, za to maturę oczywiście ma prawo zdawać. Poza tym, ilość godzin przeznaczonych na napisanie egzaminu jest porażająca dla komisji. Bo na polskim ww. miała prawo siedzieć godzin sześć i skrupulatnie je wykorzystała. Jak dla mnie, reguły te noszą znamiona znęcania się psychicznego i fizycznego nad nauczycielami siedzącymi w komisjach. Jest to w pełni nieetyczne. I tyle.

Poza tym trochę u nas popadało. I zrobiło się zimno. Chociaż koty wolą taką pogodę i chętniej wtedy bywają na balkonie.

sobota, 2 maja 2026

Misio i Promyczek



też już są w swoim domu. Tym razem obeszło się bez wożenia ich gdziekolwiek, bo zostali 
u nas. Dzisiaj zapadła decyzja, mimo że nie planowaliśmy mieć czwórki kotów. Ale mój mąż, chociaż nic nie mówił, nie wyobrażał sobie oddawać Promyczka komukolwiek. To jego ulubieniec. A Misio tym swoim spojrzeniem mówił mi, że on nigdzie nie chce jechać, tylko tu jest jego dom. No i tyle.
Zobaczymy, jak to wszystko wyjdzie. Na pewno utrzymanie czterech kotów różni się od utrzymywania jednego, więc jakiś fundusz musimy sobie na ten cel utworzyć. Nie mówiąc już 
o wizytach u weterynarza. Zobaczymy ....
Różnią się od Frania tym, że nie lubią leżeć na słońcu. Franio kochał słońce, wytrzymywał na balkonie ekstremalne temperatury w południe, a te nie. Teraz wolą spać w środku, bo na balkonie pełne słońce.
W piątek byłam z Promyczkiem u weterynarza, bo wymiotował karmą, to tak się zdenerwował jazdą w kontenerku, że kiedy wracaliśmy, to dostał zadyszki. Na następny raz - oby jak najpóźniej, muszę popsikać transporter feromonami. Może coś to da.

Zrobiło się nam ekstremalnie gorąco, wczoraj byliśmy kilka godzin na działce.... 
A w poniedziałek idę na maturę z polskiego, zapowiada się więc w cholere siedzenie, bo matura z polskiego trwa w cholerę godzin. I o ile kiedyś były kanapki, nauczyciele w komisji chodzili po sali, podpowiadając trochę niektórym, to teraz dla nas jest to siedzenie jak za karę. Bo tego nie wolno, tego nie wolno i tego ..... chociaż różnie to w różnych szkołach wygląda, jak się okazuje.

Udanego wypoczynku wszystkim życzę :)

czwartek, 30 kwietnia 2026

Leosia

pojechała do swojego domu w Poznaniu we wtorek. Zawieźliśmy ją osobiście, żeby poznać jej nowych opiekunów i nowy dom. Nasz maleńtas z różowym noskiem.... który rano przychodził do mnie, kładł się na klatce piersiowej, wciskając się w szyję.

W samochodzie grzeczna, trochę wystraszona. W nowym domu schowała się początkowo za kanapę, ale ciekawość była silniejsza, więc wyglądała zza niej popiskując jak myszka. Oczywiście serce moje rozpadło się po raz kolejny, chociaż wiem, że opiekunom skradła serca od razu. Jeszcze dobrze nie wyjechaliśmy z Poznania, to już była wiadomość, że mała wyszła do nich i dała się pomiziać. Niech będzie szczęśliwa z nimi.

sobota, 4 kwietnia 2026

Piszczałek

znalazł dom aż w Warszawie. Ma fajnych ludzi jako opiekunów i wszyscy mamy nadzieję, że dogadają się z rezydentem, żeby niedługo wspólnie robić zamieszanie w domu... Odwieźliśmy go dzisiaj do jego domu. W sumie autostradą to dwie i pół godziny, bo nie było korków. A poza tym, dzielnica, w której będzie mieszkał Piszczałek jest od naszej strony, nie musieliśmy wjeżdżać do miasta, czy objeżdżać je dookoła. Oczywiście, że z ciężkim sercem go oddaliśmy, tak jak pozostałą dwójkę, ale co zrobić. Zanim dojechaliśmy do domu, dostaliśmy kilka zdjęć Piszczałka od jego opiekunów.

A dlaczego zdecydowaliśmy się na zawiezienie kota samochodem? Bo po pierwsze chcieliśmy osobiście poznać jego nowych opiekunów i dom, w którym będzie mieszkał, a po drugie była opcja zwiezienia kota do Warszawy przez wolontariuszkę z fundacji, ale pociągiem. Jakoś nie widziałam tego naszego wychuchanego pieszczoszka na dworcu pełnym hałasu .... 
a w samochodzie spał i obudził się na dziesięć minut przed przyjazdem do swojego nowego domu.

Cóż, życzę Wam wszystkim tu zaglądającym zdrowych i pogodnych świąt, a jeśli nie świętujecie, to chociaż sobie odpocznijcie.



wtorek, 31 marca 2026

Nessi

To malutka, drobniutka koteczka, przekochana jak one wszystkie .... zawieźliśmy ją dzisiaj do jej nowego domu, do Poznania. Dość pewnie wyszła z kontenerka, trafiła do kuwety i zabrała się za zwiedzanie mieszkania. Czy będzie tam szczęśliwa? Oby. Jak zawsze jestem pełna obaw 
i niepokoju.
A Misio?
Leży sobie teraz na stole ze swoją siostrą Myszą - obydwa buraski. I patrzy mi miłośnie w oczy. Relaks, spokój, jakby nigdy nic. To nie on płakał dwa dni za kanapą i zasikał mieszkanie opiekunki.

Bo czy tak wygląda zestresowany kot??



Zdjęcie jest z wczoraj, z naszego domu.

W tej sytuacji zostaje z nami. On, jako jedyny boi się obcych ludzi. Wczoraj przyszedł do nas kolega, to wszystkie koty do niego podeszły, a Misio schował się pod kanapę.
Dzisiaj za to goniły się nawzajem, trochę posyczały na siebie jeszcze i spokój.
Trzymajcie kciuki za Nessi. Opiekunami są młodzi ludzie. Mam nadzieję, że podołają.

poniedziałek, 30 marca 2026

Misio

pojechał w sobotę do swojego nowego domu, a dzisiaj wrócił do nas. Płakał całe dwa dni, siedział schowany za kanapą, siku zrobił na podłogę, mało co jadł .... i dla jego dobra, wspólnie z jego niedoszłą opiekunką postanowiliśmy, że wraca do nas. Mógł mieć naprawdę fajny dom i ogólnie byliśmy zaskoczeni, że Misio tak odważny w domu, w nowym domu wszystko od początku poszło źle. Pewnie i my zrobiliśmy błędy, bo nie zostawiliśmy mu np. kocyka, tylko jedną zabawkę .... Może powinien mieć dwie kuwety, a nie jedną .... może, może, może ..... a może powinien iść do nowego domu nie sam, tylko z kimś z rodzeństwa lub na dokocenie. Nie wiem. Dziś jego była już opiekunka go nam przywiozła, mąż mój ma urlop, więc był w domu przed południem .... Lekkie zamieszanie w stadzie powstało, muszą sobie to na nowo ułożyć, a sam Misio - luz i zadowolony z powrotu. Powitał mnie, kiedy wróciłam z pracy, wybiegł jako pierwszy do korytarza, a potem chodził za mną krok w krok.

I co tu z takim zrobić?


wtorek, 24 marca 2026

Merlinek

jak na razie. Czyli od trzech? tygodni w swoim domu. Jego rodzina śle mi co kilka dni zdjęcia szczęśliwego kota i słowa pełne zachwytu nad nowym członkiem rodziny. Z rezydentką polubili się, nawet się już razem bawią. No i super. Takie wieści cieszą i oby tylko takie były.
Natomiast u nas Mela siedzi w osobnym pokoju już kolejny tydzień, bo się wkurzyła na młode, ale tak z konkretną agresją na nie ruszyła. W sumie nic nadzwyczajnego w przyrodzie, bo kocia matka przepędza swoje 5-miesięczne dzieci na cztery wiatry, żeby założyły swoje rodziny i między się nie parowały. Poza tym ona sama też chce już założyć kolejną rodzinę, a te by jej tylko przeszkadzały. No ale na 45 metrach kwadratowych to raczej ciężko o rozgonienie towarzystwa na cztery wiatry. Do tego kastracja nam się przedłużyła i wyszło jak zawsze. Krulewna zajmuje zatem jeden apartament, a my resztę, czyli kuchniopokój i korytarz .... Krulewna po kastracji czuje się poza tym bardzo dobrze, zrobiła się w stosunku do nas miła i miziasta, nakoankowa do tego .... w sumie dobrze, bo przesiadywania w poczekalni u weta mam serdecznie dosyć. Byłam z nią na ściągnięciu szwów, trochę powalczyłyśmy, bo szwy się już trochę wrosły, ale supełek został odcięty, część wyciągnięta, a część wyszła sama po paru dniach. No i jakoś zaczęliśmy przyzwyczajać się do nowej sytuacji, a tu wczoraj nasza Myszunia, lat sześć miesięcy ledwo co skończone, podręcznikowo weszła w rujkę. Po prostu świetnie z trzema kocurkami niekastrowanymi, jej braćmi na pokładzie. Na szczęście w tym całym pierdolniku, braciszkowie nie byli zainteresowani chowem wsobnym, do tego miałam jeszcze tabletki hormonalne, które zapodałam koteczce po konsultacji telefonicznej w koleżanką weterynarz i teraz wieczorem mała jest już spokojniejsza. Najbardziej chodziło mi o to, żeby kocurki jej nie pokryły, bo to byłaby dopiero jazda. Jeszcze jej dwie siostrzyce czekają w kolejce, ale może jedna zdąży pojechać do swojego domu. Drugą też się ktoś interesuje - niech w końcu jadą do swoich prawdziwych domów. Jeden z kocurków też ma poważną deklarację domu, mamy nadzieję, że się nie rozmyśli .... pozostały jeszcze dwa, które w najbliższych dniach planujemy wykastrować.

Co do Meli, mieliśmy konsultację z behawiorystką i będziemy próbowali włączyć ją z powrotem do stada niedługo. Mam nadzieję, że się uda, bo sytuacja nas z lekka przerosła.

niedziela, 8 marca 2026

Zawiozłam

wczoraj naszego Merlinka do Poznania, do jego nowej rodziny. W sumie już nie jest nasz. Dokumenty adopcyjne podpisane, Merlinek został członkiem sześcioosobowej rodziny, w tym pięciu ludzi i jednej kotki. Ludziom się spodobał, a z kotką jeszcze nie miał przyjemności się spotkać, bo musi nabrać zapachu tamtego domu, żeby zacząć się z nią poznawać. Mam nadzieję, że się polubią i będą razem i zgodnie w domu rozrabiać.
Rano dostałam wieści, że kot przespał nockę z jedną z córek, która dzieli z nim teraz pokój, zjadł, rozgląda się ..... i dobrze, niech mu tam będzie jak najlepiej. Chociaż nie ukrywam, że musiałam wczoraj mocno się powstrzymywać, żeby się tam nie rozpłakać. Na pożegnanie ucałowałam go, zabrałam transporterek, a on popatrzył na mnie, jakby się pytał - Hej, a ja? Naprawdę tak było.
Nowi ludzie Merlinka wyglądają na sympatycznych, normalnych, więc mam nadzieję, że intuicja mnie nie myli.

Z Mela mieliśmy jazdę o ubranko pooperacyjne. Zaczęło się od tego, że w gabinecie dziewczyny - praktykantki założyły jej to ubranko tyłem na przód. Ja tego nie zauważyłam, bo ogólnie byłam zmęczona, rozjechana, zdenerwowana i w ogóle. W drodze powrotnej Mela zsikała się i ubranko zrobiło się mokre. A ja drugiego nie miałam. Na szczęście zadzwoniłam do znajomej, która pożyczyłam mi trzy aż. Tyle, że Mela nie chciała współpracować, czemu się oczywiście nie dziwiłam, martwiło mnie tylko to, żeby jej się szycie nie rozeszło. Jakoś udało się. Ale i tak jeszcze mi coś w tym ubranku nie pasowało, ale już ją tak zostawiłam na noc. W sobotę po południu poszła w końcu do kuwety i zmoczyła drugie ubranko. Ale miałam w zanadrzu kolejne 
i stwierdziłam, że założę jej to, które znajoma zrobiła z dziecięcej koszulki. Cieńsze, lżejsze, bez szwów. W dodatku nie wkładałam jej tylnych nóg w to ustrojstwo i pojechałam do Poznania 
z Merlinkiem.

Wróciłam wieczorem, razem ze znajomą od ubranek, weszłam do Meli, a ta leży sobie wyluzowana na pufie, ubranko na podłodze, a ta cała szczęśliwa i zadowolona .... więc już jej nie zakładałam tego ustrojstwa. W sumie jakoś bardzo się tym brzuchem nie interesowała, więc co będzie, to będzie. Jutro rano okaże się, najwyżej w gabinecie jej założymy już tak, jak powinno być.
Na razie kotka je, załatwia się, jest dość spokojna, dostaje też lek przeciwbólowy 
i przeciwzapalny - z karmą.

I chociaż wydaje się to niemożliwe, ale widzę różnicę w stadku kotów, kiedy przychodzą jeść np., że jest ich mniej. A to tylko jeden kotek mniej.

Od wczoraj Mela i jedna z jej córek - Mysza są formalnie nasze. My również podpisaliśmy dokumenty adopcyjne. Chociaż tak naprawdę to nasze są od momentu zabrania ich z tych przykolejowych ruin....

Udanego tygodnia wszystkim :)


piątek, 6 marca 2026

Koty w marcu

Zaczął się marzec - srarzec. Nie przepadam za tym miesiącem, bo często coś dzieje się w nim niedobrego.

Dzisiaj Mela miała kastrację. W końcu i wreszcie. Czas najwyższy, bo hormony jej buzują, musieliśmy ją odizolować od małych, bo zrobiła się agresywna w stosunku do nich. Bardzo nam to utrudniło życie, bo mamy dwupokojowe mieszkanie, w mniejszym pokoju siedzi Mela, a reszta to my i siódemka kociąt. Bo adopcje niestety idą opornie. Jutro pierwszy kotek opuszcza nasz dom i jedzie do swojego. Mam nadzieję, że zaaklimatyzuje się tam szybko i zaprzyjaźni z kotką - rezydentką. Jego brat też znalazł dom, ale jeszcze chwilę u nas pobędzie, ponieważ jego nowa opiekunka wyjeżdża teraz na urlop. A my nie chcieliśmy, żeby mały od początku siedział sam w mieszkaniu, żeby tylko ktoś do niego przychodził. No cóż, zobaczymy.

Trzymajcie kciuki. No i za kolejne domy, żeby się w końcu pojawiły.

poniedziałek, 23 lutego 2026

Szok

lekki przeżyłam dzisiaj, kiedy to chcąc oddać dwa worki śmieci na gminne śmietnisko, zostałam zapytana przy wjeździe, czy mam kod kjuer - wiem, że inaczej się to słowo pisze ;) Bo bez kodu to nie mogę wjechać i oddać. I o tym kodzie było pisane wszędzie i w ogóle.
Moje zdziwienie, że o co cho .... było jednakowoż szczere i przekonujące i pan (gp)szokowy - skądinąd miły człowiek, odebrał ode mnie dwa worki, w których mieściły się tekstylia i drapak oraz budka Frania, które kilka lat służyły mu za schronienie na balkonie. Obie te rzeczy były już w złym stanie i gdyby Franio żył, to i tak pewnie kupilibyśmy mu nowe, żeby mógł w kolejnym sezonie uprawiać ulubiony balkoning. Drapak stał na dworze 8 lat, deszcz, nie deszcz, zima, mróz, słońce, upał ....
Kiedy Mela z kociętami trafiła do nas, musieliśmy przeorganizować całe mieszkanie i sporo rzeczy trafiło na balkon. Nie mogłam przez to wywiesić tam prania np., co bardzo mnie frustrowało i przeszkadzało. Ale dzisiaj ogarnęliśmy z grubsza tę przestrzeń i poczułam ulgę. Oczywiście, że zostało jeszcze trochę pracy, żeby doprowadzić balkon do błysku. Mela wychodziła sobie tam zimą, maluchów nie wypuszczaliśmy, żeby się nie zaplątały gdzieś i nie poprzeziębiały. Mela była kotką, która żyła na dworze, do dziś ma grube futro, nabrała trochę sadełka, więc siedziała sobie parę minut, nawet w największe mrozy. Maluchy wyszły za to dzisiaj - trochę niepewne, trochę wystraszone, troszkę było im zimno, ale ciekawość zwyciężyła. Temperatura powietrza u nas dzisiaj to 8 stopni i nawet słońce wyszło na dłuższą chwilę. A teraz pada i jest tęcza.
Poza tym musimy wymienić siatkę, bo przy Bonusie i Franiu nie musiała być jakaś wzmacniana, bo oni nie skakali po barierkach, natomiast maluchy są trochę nieobliczalne ;) a poza tym siatka już się trochę zużyła.
Kupiłam też nową miotłę i wycieraczkę i naprawdę jestem zdziwiona ulgą, którą czuję na widok w miarę ogarniętego balkonu.
Dzisiaj rano przyjrzałam się sobie dokładniej w lustrze i z pewnym szokiem zauważyłam ogromnego siniaka w okolicy łokcia i zgięcia ręki. Prawej. Przez to, że mam przecięty kciuk i uważam, żeby rany nie zamoczyć, mycie moje przez te dwa dni było nader oszczędne. Dopiero dzisiaj doprowadziłam się do większego porządku .... ręka bolała mnie po pobraniu krwi, a chyba w sobotę albo wczoraj uderzyłam łokciem w jakąś szafkę w domu. Możliwe, że osłabienie pobraniem krwi miało taki efekt.
Ranę leczę olejkami, głównie lawendowym i na tak głębokie cięcie, jest już ładnie zaschnięta. Oczywiście cały czas pamiętam, że skaleczyłam się w czwartek i muszę uważać, żeby jej nie rozwalić.
Mąż czuje się lepiej, gorączka mu minęła, stan podgorączkowy ma jedynie, ale też i kaszel. Jako, że pracę ma na zewnątrz, to jutro jedzie do lekarza i mam nadzieję, że dostanie jeszcze zwolnienie do końca tygodnia. Nie wiem, dlaczego nie dostał od razu, grypa to nie przelewki przecież ....
Wracając jeszcze do (gp) szoku - mówiąc szczerze, gdyby nie przyjęli ode mnie dzisiaj tych worków, wywaliłabym je do śmietnika pod blokiem u nas. Staram się segregować śmieci, naprawdę, ale doprowadzone jest to wszystko do absurdu i na tym nie koniec zapewne, bo zapędy nadzorców tej planety sięgają zdecydowanie dalej. Niedawno widziałam propozycję 10? różnych koszy na śmieci. Albo kosze otwierane elektronicznie, czyli pełna inwigilacja, ile razy i gdzie wrzucasz śmieci? Fakt, niektórym by się to przydało, ale dlaczego ja mam z tego powodu mieć jakieś utrudnienia? W imię zbiorowej odpowiedzialności? Niedoczekanie.
Udanego tygodnia wszystkim życzę :)

czwartek, 19 lutego 2026

Ręce opadają

 Okazało się, że chłop mój ma grypę - normalnie nie choruje, a wczoraj go zmogła gorączka do tego stopnia, że się do łóżka położył .... 39 stopni gorączki potrafi człowieka zmóc. Koty na nim się pokładają, raz ten, raz tamten .... wszyscy sobie śpią. Dzisiaj byliśmy u lekarza, bo jednak jakieś L4 wypadałoby do pracy dostarczyć ... 

A ja chciałam dzisiaj zgnieść puszkę od kociej karmy i bardzo mocno skaleczyłam się krawędzią. Nie dość, że ręka mnie boli po wczorajszym pobraniu krwi, to kciuk przeryty blachą  i owinięty opatrunkiem niczym kukiełka. 

Ręce opadają. Chociaż oczywiście wiem - ludzie mają gorsze problemy, no ale ....

Ze sprzątania zbyt wiele nie wyniknęło, odsunęłam tylko kanapę w "kocim pokoju" i znalazłam tam iście archeologiczne pokłady zabawek, żwirku z kuwet, a nawet jakiejś mojej biżuterii, którą kociątka skądś, kiedyś wywlokły.

Słońce dzisiaj u nas świeciło, ale rano było jakieś minus osiem. 

środa, 18 lutego 2026

Ferie, ferie ....

 i dzisiaj już połowa pierwszego tygodnia. Postanowiłam sobie, ale tak bez spiny, że codziennie zrobię coś, co pomoże uporać się mi z pierdolnikiem w domu. By pozbyć się w większości tego, co niepotrzebne, a zagraca przestrzeń. Nie jest to łatwe z siódemką rozbrykanych kociąt, ale możliwe. Oczywiście zaczynam coś robić, kiedy kociątka sobie słodko śpią, ale już po chwili jedno oczko otwarte, drugie, trzecie, czwarte, uszka na sztorc i jeden po drugim chcą pomagać. Cóż ..... spryskiwacz daje radę i ciekawskie zapędy futrzaków hamuje. Czasem wystarczy pokazanie butelki z wodą i już wiedzą, że nie wolno. 

Mimo, że ferie to dzisiaj poszłam na badania okresowe. Nie lubię ich, bo uprzedziłam się - nie tylko ja do doktórki, która je robi. Ma skubana jakieś chody w gminach i powiatach, że tylko z nią podpisują umowy. Chociaż teraz się uspokoiła, jest uprzejma i profesjonalna. A w okresie plandemii wymyśliła sobie, że przed badaniami każdy ma pokazać jej paszport srowidowy!!!! Jak to przeczytałam na e-dzienniku, to myślałam, że z krzesła spadnę. Akurat te badania miała mieć moja koleżanka z pracy, która też nie przyjęła wiadomego preparatu .... Emocje były ogromne, powiedziałam jej wtedy, żeby wystąpiła z oficjalnym pismem do dyrektora o wyjaśnienie tej żenującej sytuacji. No to paszport nie był w wyniku tej interwencji potrzebny, ale podczas badania pytała, czy ktoś zaczepiony. I koleżanka miała z nią ostrą dyskusję na ten temat, to znaczy powiedziała, iż nie udzieli jej tej informacji. W wyniku tego dostała zgodę na cztery lata :)))) Ja byłam kilka dni po niej i już nie było mowy o żadnych czepionkach .... 

Po południu pójdę odebrać wyniki badania krwi i zaświadczenie. Mam nadzieję, że wszystko tam będzie w porządku. Bo jak mi ciśnienie pani przy rejestracji zmierzyła, to miałam przedziwne, bo to niższe 135!! Ale w gabinecie, zmierzone tym słuchawkowym było już normalne - jak na mnie, bo dla pani doktor i tak za wysokie. Ale 130 - 140 to mam całe życie. 

Cóż .... co do porządków, to ogarnęłam długopisy i ołówki, kredki itp. W końcu kupiłam takie półeczki jak pod prysznic czasem są - przyklejane i przykleiłam je w szafie, która nie do końca jest udana, w której jest komputer. A wczoraj wyrzuciłam rzeczy, które zalegały przy maszynie do szycia. Niestety, od dłuższego czasu jej nie używam ..... Co dzisiaj będzie? Jeszcze nie wiem. 

Ogólnie spać mi się chce, bo źle spałam z powodu tych badań. Jak to u mnie często bywa - nakręciłam się negatywnie i od paru dni byłam z tego powodu bardzo nerwowa. Bez sensu - wiem.

Udanego dnia wszystkim życzę :)

niedziela, 15 lutego 2026

Miał być dom

 ponieważ ktoś zainteresował się jednym z naszych kociąt, ale domu nie będzie. Po rozmowie, jaką przeprowadziła wolontariuszka w imieniu fundacji, okazało się, że nie ma o czym rozmawiać. Nie będę pisała o szczegółach dlaczego, ale niestety nie. Wolontariuszka ta zjadła zęby na kotach, jeśli tak można napisać, więc wie, co mówi. Mnie samej zaświeciłaby się czerwona lampka. Wiadomo, nie zawsze wszystko można wychwycić i najbardziej doświadczeni mogą się mylić ....

Zatem - komu takie słodzinki? Akurat nie o nie było zapytanie, ale obie koteczki są maleńkie i tak słodkie, że serca roztapiają. Do tego bardzo rezolutne, skoczne, kochające głaski                i zabawę? Leosia to mała gosposia, bo interesuje ją wszystko, co dzieje się w kuchni. Nessi za to uwielbia zabawę z wędką i piłeczki. Chociaż te ostatnie - żebym nie wiem, ile ich dała kotkom do zabawy, to giną w jakiejś Narni lub innej czarnej dziurze. 



A obecnie działamy w kierunku pozbycia się świerzbowca. W sobotę zapakowaliśmy cały zwierzyniec w cztery transportery i pojechaliśmy do gabinetu weterynaryjnego, bo zaniepokoiły mnie brudne uszy u kotów. Zdobywam się odznakę smarowaczki kocich uszu, a łatwe to nie jest, bo towarzystwo za bardzo współpracować nie chce. Ale jakoś sobie radzę. Może nie tak idealnie jak weterynarz, czy ktoś bardziej wyćwiczony w te klocki ....

Dzisiaj byliśmy na wystawie kotów rasowych, która odbywała się w naszym mieście. Mam mieszane uczucia co do kupowania rasowych zwierzaków, bo wychodzę z założenia, żeby raczej adoptować a nie kupować, ale świat jest jaki jest i zawsze będą chętni na rasowego kota czy psa. Ktoś z moich znajomych kupił sobie rasowego brytyjczyka krótkowłosego - z wszelkimi papierami i był to wydatek ponad 5 tys. Kolega, który ma hodowlę kotów, dał za kilkumiesięczną koteczkę prawie 10 tys. Więc jeśli ktoś sprzedaje dużo taniej, to powinno wzbudzić podejrzliwość, czy to nie jest jakieś pseudo. 

Na tej wystawie było ponad 200 kotów. Najbardziej rozśmieszyły mnie devon rexy - koty totalnie z kosmosu. Słodkie i tak brzydkie, że aż piękne ;)

Poczyniliśmy zakupy, bo stoisk z kocimi i nie tylko kocimi akcesoriami było sporo i naszym kotom kupiliśmy nowy drapak z kartonu, ale taki porządny, bo robiony przez młodych ludzi, którzy je sprzedawali. I w gratisie pani dała nam jeszcze jeden, jak usłyszała, ile mamy kotów. Bo oni oczywiście też kociarze. Kotki dostały też nową wędkę i smaczki. 

A od jutra mam dwa tygodnie wolnego, bo u nas zaczęły się ferie.


niedziela, 8 lutego 2026

Nie sądziłam,

 że opieka nad więcej niż jednym kotem, nad małym stadkiem kotów - jest tak trudna. Jakby wszystko się sprzysięgło przeciwko. Tak, mam za swoje. Nawet wypłakać się nie mam jak i komu, bo przecież sama chciałam. No to mam.

sobota, 24 stycznia 2026

Nowy rok robi się już stary

PATOSCHRONISKO W SOBOLEWIE PRZESTAŁO ISTNIEĆ!!! WSPANIAŁA WIADOMOŚĆ, DZISIAJ NAJLEPSZA 💗

Mamy już prawie koniec stycznia. A ja codziennie sobie mówię, że dziś to już na pewno opublikuję jakiś tekst, zaczynam nawet coś czasem pisać, ale potem kasuję, bo wydaje mi się to bez sensu.
Ale cóż. Sylwester minął - nam ogromnie szybko jakoś, ponieważ poszliśmy do znajomych, dawno się nie widzieliśmy i był to czas na posiedzenie sobie i pogadanie.... to siedzieliśmy i gadaliśmy i za chwilę zrobiła się północ, a po chwili druga w nocy .... to poszliśmy do domu, 
a kawałek drogi mamy, bo mieszkamy na przeciwległych osiedlach. Poprószyło śniegiem niczym cukrem pudrem na ciasto, a po paru dniach przywaliło porządnie, jak dawno u nas tyle śniegu nie było. W zeszłym roku był moment, że padało i wiało, akurat jechałam na studniówkę, niby krajową 15, ale z pól zawiewało jak za dawnych lat.
To teraz też padało i przymroziło solidnie, że po wolnych dniach z trudem samochód odpaliłam. Ale dał radę.

Kocia rodzina nadal u nas w komplecie. Kotki rosną, szaleją, tylko domów brak, jedyny jaki znają to nasz. Są bardzo ufne w stosunku do ludzi, bo kto przyjdzie, to one nie uciekają, tylko 
z zainteresowaniem obwąchują przybyłych, a niektóre pchają się na rączki i kolana. Ale demolkę też potrafią zrobić niestety .... i mam ich wtedy dość. Bo zawładnęły naszym domem i światem tak, że czasem zastanawiam się, czy to jest jeszcze mój dom, czy już niekoniecznie. Takie to mieszane uczucia we mnie się kotłują, nie ma lekko. Zresztą, a komu jest lekko? Dajcie znać 
w komentarzach, jeśli ktoś taki jest wśród nas ;)

Ferii jeszcze nie mamy, w tym roku dopiero od 16 lutego, ale oceny wystawione - z trudem mi to przyszło wielkim, ale dałam radę. Jak zawsze, tylko jakim kosztem? Mieliśmy w ferie lecieć na Fuertę, ale nie zostawimy całej czeredy na tydzień i zaliczka poszła się j....bać. Wiedziałam od początku, że ten wyjazd nie wypali. No nic, dostałam propozycję przeprowadzenia dodatkowych zajęć od marca, to ją odpracuję.

Na koniec kilka zdjęć z zimowej Wielkopolski - sprzed odwilży, która odsłoniła całą szarzyznę, śmieci, obsranych chodników i smutek tego świata, a przynajmniej mojego miasta.

Na zdjęciach nasza rzeczka i Zalew, który był kiedyś pięknym kąpieliskiem. Mocno zamarzł 
w tym roku, że odważyliśmy się wejść na lód.