Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porządki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porządki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 30 sierpnia 2026

Powroty do miejsc ulubionych

W poprzednim poście pisałam szumnie o naszych domowych remontach i porządkach .... 
u idealnej pani domu wszystko byłoby już dawno skończone, wybłyszczone, poukładane, posegregowane i tak dalej .... ale nie u mnie. Owszem, przenieśliśmy się z powrotem do sypialni, koty razem z nami. To znaczy, łajzy jedne śpią tam w ciągu dnia, a z nami nie chcą. 
A dzisiaj w kuchniosalonie, kanapa na której spaliśmy przez prawie rok, została w końcu ustawiona tak, jak kiedyś stała, czyli w stanie złożonym, a koty uznały to wszystko za świetną zabawę i atrakcję. I bardzo dobrze.
Wywaliłam ze trzy worki makulatury wszelakiej, trochę luzu zrobiło się w różnych szufladach. Ale, jak to u mnie bywa - nigdy nie jest tak, jakbym chciała, bo często coś stawało mi na przeszkodzie kiedy chciałam zagłębić się w porządki, układanie, polerowanie, nabłyszczanie etc. Pojawiały się sprawy urzędowe, a że miałam jeszcze wolne, to szłam i je załatwiałam. Bo urzędy nie są czynne tak, żeby człowiek pracujący nie w urzędzie, mógł doń pójść po pracy. Fakt - niektóre pracują dłużej w poniedziałki, ale nie wszystkie i nie wszędzie da się wszystko załatwić po 15.
Ale wystarczy tego. Jest jak jest.

Tydzień temu wybraliśmy się na grzyby do Bornego Sulinowa. Kiedyś jeździliśmy tam bardzo często, bo mieliśmy dogodną bazę wypadową, której już od lat nie ma. Od nas to jakieś 200 km. Zapowiadali deszcze, burze, zimno i przez to nie pojechaliśmy na weekend nad morze, tylko 
w sobotę do Bornego. Chcieliśmy wyjechać koło piątej rano, ale lało, wiało, pospaliśmy sobie zatem ciut dłużej i kiedy wyjeżdżaliśmy, pogoda była ciut lepsza. Przez całą drogę padało, mżyło - z różnym natężeniem, ale Borne powitało nas bez deszczu. Ale jeśli chodzi o grzyby, było kiepsko. Plus taki, że pusto w lesie. Zebraliśmy pół koszyka kurek, trzy podgrzybki i to wszystko. Nie wiem, gdzie ci wszyscy ludzie wynoszą z lasu wielkie kosze grzybów .... U mnie też posucha, może we wrześniu coś się ruszy.
Ale za to pięknie kwitną w Bornym wrzosy. I nie trzeba jechać na słynne ichniejsze wrzosowiska, wystarczy wejść do lasu. Wrzosy i brzozy. Szkoda, że zdjęcia nie oddają tego piękna.

Jeszcze tylko napiszę - ku pamięci, co nam Myszunia wywinęła. Otóż zeżarła kilka kawałków wełny. Skąd wełna? Ano prułam moje niedokończone sweterki sprzed lat wielu, wielu. Myszunia siedziała przy mnie, bawiła się wełenką, a przy okazji coś tam zjadła. Nie zauważyłam tego, dopiero na drugi dzień, kiedy wyszła z kuwety i zaczęła wycierać sobie tyłek o podłogę. Kiedy chciałam zobaczyć, co jej jest, zwiała mi pod łóżko. Na szczęście kawałki wyszły z niej bez niczyjej pomocy. Jeszcze się dodatkowo zdenerwowałam, bo zanim doszło do mnie, skąd te sznurki, zapomniałam, że jedna wełna była czerwona. I w takim kolorze wyszła z Myszuni, a ja myślałam, że to krew. I tak - wiem, że mogło skończyć się operacją, bo znam takie przypadki. Ręce opadają.

Jutro do pracuni, zobaczymy, jakimi dobrymi wiadomościami na nowy rok szkolny uraczy nas pan dyrektor - to oczywiście sarkazm.

Kilka zdjęć z Bornego i nasz zbiór:









piątek, 14 sierpnia 2026

Porządki, remonty ....

Lipiec niepostrzeżenie przeszedł w sierpień, który też już się kończy. A w Action "helołiny" powystawiane - przesada moim zdaniem.
Jako, że moje mieszkanie już od jakiegoś czasu kwalifikuje się do jakiegoś rzewnego programu typu "pogromcy chaosu" lub "perfekcyjna pani domu" i niestety nie żartuję, to podejmuję co jakiś czas działania mające na celu ten nieciekawy stan rzeczy odmienić. Jak na razie cztery worki tekstyliów opuściło nasz dom. Chociaż w sumie to trzy, a zawartość czwartego w jakiejś części sprzedałam na vinted. Dwie paki książek wysłałam ludziom, którzy prowadzą stronę poczytaj mi. Oczywiście, gdybym się postarała, to pozbyłabym się jeszcze więcej książek, ale wszystko przede mną. A dzisiaj zrobiły mi się luzy w szufladzie z dokumentami i rachunkami, bo wywaliłam większość rachunków, które po pierwsze pochodziły sprzed ponad 10 lat, a po drugie - w większości płaciłam je internetowo, zapisując ten fakt na blankietach. Jeszcze parę miejsc grozy wyczyściłam, ale oczywiście wieloletnie zaniedbania sprząta się trudno i nie od razu. Dzisiaj mąż mój pomalował mniejszy pokój - to już totalne szaleństwo, bo nie pamiętam, kiedy ostatnio podobne wydarzenie miało miejsce. Koty żywo zainteresowane, co dzieje się za zamkniętymi dla nich drzwiami, a wcześniej pomagały w wynoszeniu różnych rzeczy z tego pokoju i radośnie hasały pod folią, którą przykryliśmy kanapę. Potem zostały jednak wyproszone z pomieszczenia, bo trzeba było otworzyć okno, a nie mamy tam siatki. Poza tym cztery koty 
i farby, pędzle, drabina .... to by się działo! Czeka więc te nasze kotki mała rewolucja w życiu, bo mniejszy pokój był naszą sypialnią, którą chcemy w najbliższym czasie odzyskać. 
I przemeblować w sposób, którego one nie znają.
Zobaczymy. Mam nadzieję, że w tym roku w końcu się uda. Bo jeszcze pierdolnik w piwnicy czeka i na działce, bo tam są jeszcze rzeczy po poprzednich właścicielach.
A w mieszkaniu, w najbliższym czasie chcemy wytapetować przedpokój!! Tapetę już mamy. Dla ułatwienia jest bez wzorów, które trzeba spasować. Myślę, że z pomocą kotów - damy radę.

poniedziałek, 23 lutego 2026

Szok

lekki przeżyłam dzisiaj, kiedy to chcąc oddać dwa worki śmieci na gminne śmietnisko, zostałam zapytana przy wjeździe, czy mam kod kjuer - wiem, że inaczej się to słowo pisze ;) Bo bez kodu to nie mogę wjechać i oddać. I o tym kodzie było pisane wszędzie i w ogóle.
Moje zdziwienie, że o co cho .... było jednakowoż szczere i przekonujące i pan (gp)szokowy - skądinąd miły człowiek, odebrał ode mnie dwa worki, w których mieściły się tekstylia i drapak oraz budka Frania, które kilka lat służyły mu za schronienie na balkonie. Obie te rzeczy były już w złym stanie i gdyby Franio żył, to i tak pewnie kupilibyśmy mu nowe, żeby mógł w kolejnym sezonie uprawiać ulubiony balkoning. Drapak stał na dworze 8 lat, deszcz, nie deszcz, zima, mróz, słońce, upał ....
Kiedy Mela z kociętami trafiła do nas, musieliśmy przeorganizować całe mieszkanie i sporo rzeczy trafiło na balkon. Nie mogłam przez to wywiesić tam prania np., co bardzo mnie frustrowało i przeszkadzało. Ale dzisiaj ogarnęliśmy z grubsza tę przestrzeń i poczułam ulgę. Oczywiście, że zostało jeszcze trochę pracy, żeby doprowadzić balkon do błysku. Mela wychodziła sobie tam zimą, maluchów nie wypuszczaliśmy, żeby się nie zaplątały gdzieś i nie poprzeziębiały. Mela była kotką, która żyła na dworze, do dziś ma grube futro, nabrała trochę sadełka, więc siedziała sobie parę minut, nawet w największe mrozy. Maluchy wyszły za to dzisiaj - trochę niepewne, trochę wystraszone, troszkę było im zimno, ale ciekawość zwyciężyła. Temperatura powietrza u nas dzisiaj to 8 stopni i nawet słońce wyszło na dłuższą chwilę. A teraz pada i jest tęcza.
Poza tym musimy wymienić siatkę, bo przy Bonusie i Franiu nie musiała być jakaś wzmacniana, bo oni nie skakali po barierkach, natomiast maluchy są trochę nieobliczalne ;) a poza tym siatka już się trochę zużyła.
Kupiłam też nową miotłę i wycieraczkę i naprawdę jestem zdziwiona ulgą, którą czuję na widok w miarę ogarniętego balkonu.
Dzisiaj rano przyjrzałam się sobie dokładniej w lustrze i z pewnym szokiem zauważyłam ogromnego siniaka w okolicy łokcia i zgięcia ręki. Prawej. Przez to, że mam przecięty kciuk i uważam, żeby rany nie zamoczyć, mycie moje przez te dwa dni było nader oszczędne. Dopiero dzisiaj doprowadziłam się do większego porządku .... ręka bolała mnie po pobraniu krwi, a chyba w sobotę albo wczoraj uderzyłam łokciem w jakąś szafkę w domu. Możliwe, że osłabienie pobraniem krwi miało taki efekt.
Ranę leczę olejkami, głównie lawendowym i na tak głębokie cięcie, jest już ładnie zaschnięta. Oczywiście cały czas pamiętam, że skaleczyłam się w czwartek i muszę uważać, żeby jej nie rozwalić.
Mąż czuje się lepiej, gorączka mu minęła, stan podgorączkowy ma jedynie, ale też i kaszel. Jako, że pracę ma na zewnątrz, to jutro jedzie do lekarza i mam nadzieję, że dostanie jeszcze zwolnienie do końca tygodnia. Nie wiem, dlaczego nie dostał od razu, grypa to nie przelewki przecież ....
Wracając jeszcze do (gp) szoku - mówiąc szczerze, gdyby nie przyjęli ode mnie dzisiaj tych worków, wywaliłabym je do śmietnika pod blokiem u nas. Staram się segregować śmieci, naprawdę, ale doprowadzone jest to wszystko do absurdu i na tym nie koniec zapewne, bo zapędy nadzorców tej planety sięgają zdecydowanie dalej. Niedawno widziałam propozycję 10? różnych koszy na śmieci. Albo kosze otwierane elektronicznie, czyli pełna inwigilacja, ile razy i gdzie wrzucasz śmieci? Fakt, niektórym by się to przydało, ale dlaczego ja mam z tego powodu mieć jakieś utrudnienia? W imię zbiorowej odpowiedzialności? Niedoczekanie.
Udanego tygodnia wszystkim życzę :)

środa, 18 lutego 2026

Ferie, ferie ....

 i dzisiaj już połowa pierwszego tygodnia. Postanowiłam sobie, ale tak bez spiny, że codziennie zrobię coś, co pomoże uporać się mi z pierdolnikiem w domu. By pozbyć się w większości tego, co niepotrzebne, a zagraca przestrzeń. Nie jest to łatwe z siódemką rozbrykanych kociąt, ale możliwe. Oczywiście zaczynam coś robić, kiedy kociątka sobie słodko śpią, ale już po chwili jedno oczko otwarte, drugie, trzecie, czwarte, uszka na sztorc i jeden po drugim chcą pomagać. Cóż ..... spryskiwacz daje radę i ciekawskie zapędy futrzaków hamuje. Czasem wystarczy pokazanie butelki z wodą i już wiedzą, że nie wolno. 

Mimo, że ferie to dzisiaj poszłam na badania okresowe. Nie lubię ich, bo uprzedziłam się - nie tylko ja do doktórki, która je robi. Ma skubana jakieś chody w gminach i powiatach, że tylko z nią podpisują umowy. Chociaż teraz się uspokoiła, jest uprzejma i profesjonalna. A w okresie plandemii wymyśliła sobie, że przed badaniami każdy ma pokazać jej paszport srowidowy!!!! Jak to przeczytałam na e-dzienniku, to myślałam, że z krzesła spadnę. Akurat te badania miała mieć moja koleżanka z pracy, która też nie przyjęła wiadomego preparatu .... Emocje były ogromne, powiedziałam jej wtedy, żeby wystąpiła z oficjalnym pismem do dyrektora o wyjaśnienie tej żenującej sytuacji. No to paszport nie był w wyniku tej interwencji potrzebny, ale podczas badania pytała, czy ktoś zaczepiony. I koleżanka miała z nią ostrą dyskusję na ten temat, to znaczy powiedziała, iż nie udzieli jej tej informacji. W wyniku tego dostała zgodę na cztery lata :)))) Ja byłam kilka dni po niej i już nie było mowy o żadnych czepionkach .... 

Po południu pójdę odebrać wyniki badania krwi i zaświadczenie. Mam nadzieję, że wszystko tam będzie w porządku. Bo jak mi ciśnienie pani przy rejestracji zmierzyła, to miałam przedziwne, bo to niższe 135!! Ale w gabinecie, zmierzone tym słuchawkowym było już normalne - jak na mnie, bo dla pani doktor i tak za wysokie. Ale 130 - 140 to mam całe życie. 

Cóż .... co do porządków, to ogarnęłam długopisy i ołówki, kredki itp. W końcu kupiłam takie półeczki jak pod prysznic czasem są - przyklejane i przykleiłam je w szafie, która nie do końca jest udana, w której jest komputer. A wczoraj wyrzuciłam rzeczy, które zalegały przy maszynie do szycia. Niestety, od dłuższego czasu jej nie używam ..... Co dzisiaj będzie? Jeszcze nie wiem. 

Ogólnie spać mi się chce, bo źle spałam z powodu tych badań. Jak to u mnie często bywa - nakręciłam się negatywnie i od paru dni byłam z tego powodu bardzo nerwowa. Bez sensu - wiem.

Udanego dnia wszystkim życzę :)

sobota, 26 sierpnia 2023

Co u mnie?

Post dla wszystkich, co tu jeszcze zajrzą i przeczytają :)
Agniecha wrzuciła parę dni komentarz z takim pytaniem, odczytałam go dzisiaj i ze spamu wyciągnęłam.
Pewnie i Wam również podobnie jak mi, czas zapitala z prędkością światła. Jest nowy dzień, człowiek pokręci się w kółko, śniadanie, net, kot i już popołudnie, a nawet wieczór. Szczerze mówiąc - przerażające. Niedawno był czerwiec, zaczynał się mój wolny czas, a tu już koniec 
i tak naprawdę nie wiem, kiedy to minęło. I czuję się zmęczona.
Dwa tygodnie byliśmy nad morzem, w tym miejscu co zawsze. Pogodę mieliśmy taka sobie, upałów nie było akurat wtedy, ale czas spędziliśmy dość aktywnie. Łącznie z prawie codzienną kąpielą w morzu :) to pozytyw mojego morsowania. Chociaż znam morsów, którzy latem się nie kąpią w naszym Bałtyku, bo woda jest im za zimna. A dla niektórych woda w październiku, czy listopadzie jest znowu za ciepła.
Cóż ... jakiś czas temu stwierdziłam, że dlaczego mam się ograniczać i dla mnie sezon kąpieli 
w morzu, czy jeziorze trwa cały rok. Swoją drogą, niedługo u nas będzie możliwość morsowania w lodzie 😂
Chyba kiedyś pisałam, że niedaleko mojego miasta jest taka specjalna strefa morsowania. Mieści się na terenie kompleksu hotelowo - restauracyjno - konnego. Jest tam stawek do morsowania, dwie sauny i jacuzi zewnętrzne. I to jacuzi ma być wypełnione pokruszonym lodem, do którego można wejść. Nie wiem, czy się zdecyduję, z jednej strony chciałabym, ale 
z drugiej - może jeszcze nie ten moment.

A dzisiaj wylądowaliśmy z Franiem u pani weterynarz naszej, na cito, bo zauważyłam że pod ogonem ma coś jakby wygryzione - dokładnie nie widziałam, bo Franio to kot niedotykalski 
i widząc moje zainteresowanie, od razu zwiał. Okazało się, że to pchły!!!!
Wywaliłam jego domki, część legowisk, resztę piorę i czeka mnie praca z parownicą, by wyczyścić kanapy, krzesła i nie wiem, co jeszcze .... wycieraczkę sprzed drzwi też wywaliłam.
Tak szczerze, to nie mam sił na takie porządki ... do prania używam też olejku tea tree, a do parownicy wleję pewnie ocet lub olejek miętowy, bo wyczytałam, że działają odstraszająco na pchły. Ogólnie to ręce mi opadły.
Skąd się wzięły? Ano zewsząd. Tym razem padło na nas.

Dzisiaj u nas mocno padało, trochę pogrzmiało - deszcz potrzebny już był, bo po ostatnich dostawach wody, wszędzie było już bardzo sucho. Na ogrodzie też już podlewałam swoje pomidory. Po bodajże dwóch latach prób i błędów, mogę powiedzieć, że coś urosło na krzaczkach. Oczywiście idealnie nie było, ale progres nastąpił. Jeśli będzie mi dane, to 
w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej 💗 🍅🍅🍅

W tym roku też mam więcej roślin na balkonie i ogólnie w domu ... to takie przypomnienie sobie tego, co lubię, a nie słuchanie innych - a na co ci tyle kwiatów, to tylko robota z nimi jest. Straszne, ile w nas takich słów i cudzych przekonań drzemie, a my się temu poddajemy. Staram się takie coś wychwytywać i bacznie się temu przyglądać. Na ile jest to moje przekonanie lub skąd się ono wzięło i czy mi służy.

Zapisałam się też na zawody biegowe, bo trochę więcej biegam, z kijkami oczywiście też chodzę, zobaczymy jak to z kondycją będzie. Z tym moim bieganiem, to też ciekawa sprawa jest - obecnie na etapie takim, że ta moja rzekoma słabość jest też wynikiem pewnych wydarzeń 
z dzieciństwa. Mocno zakopanych, ale nie muszę ich odkopywać, ważna jest świadomość. Tak to widzę. Na odkopanie przyjdzie może czas.

No i tyle byłoby na dziś.

Trzymajcie się wszyscy zdrowo 💖🧡💖🧡💗

środa, 31 lipca 2019

Porządne porządki??

Niektórzy mówią "porzomne". Też ładnie :) Bardzo lubię zresztą, gwary i takie różne smaczki językowe.
Lipiec nam przeleciał, w międzyczasie rocznica bloga, jakoś na początku miesiąca była, 6 lat minęło, jakkolwiek trochę rozpędu straciłam. Ale dobra ...
Miałam i mam postanowienie takie, że w końcu i wreszcie pozbędę się z mojego domu niepotrzebnych rzeczy, w tym kurzu. Zaczęłam plan ów realizować, idzie mi dość ciężko, przyznam. Ale jakieś efekty są. Nie jestem do końca zadowolona, nic na to nie poradzę, że brakuje mi cierpliwości.
Wywiozłam wór papierów do spalenia, drugi - większy wywaliłam do kosza na makulaturę, poluzowało się w szafce jednej i czterech szufladach, które były naładowane różnościami tak, że różności owe same z nich wyskakiwały niemalże. W wyniku selekcji, z czterech naładowanych szuflad zrobiły się dwie, jedna pół i jedna wolna. W szafce podobnie. Pokażę zresztą zdjęcia, żeby się trochę pochwalić, trochę może zmobilizować do dalszych działań ...
Wczoraj -szafa ubraniowa i pełen worek rzeczy do oddania lub wyrzucenia. W szafie niby luźniej ;) kot zaglądał tam po porządkach, coś mu nie pasowało. Dzisiaj było już ok. Wcisnął się do środka, umościł, może kłaczyć dalej ;)
Tak, jak pisałam, cierpliwości u mnie ostatnio za grosz. Pogoda, zmęczenie, wyłażący stres wieloletni, menopauza?? Może wszystkiego po trochu, stąd takie tam postoje. Nic na siłę, dotarło to do mnie w końcu. Jak się lat kilka coś zbierało, to nie usunie się tego w ciągu kilku dni. Takie cuda to tylko w programie o perfekcyjnej pani domu, który zresztą lubiłam oglądać. Ja i moje mieszkanie doskonale wpisalibyśmy się w konwencję, tak poza tym ;) Łącznie z łzawą opowieścią i prawdziwym, nieudawanym płaczem, jak to w każdym z odcinków było.
Przemiany doznały też szafki kuchenne i blaty. Nie mam, niestety kredensu, do którego mogłabym wstawić szkło, jak to w każdym, szanującym się domu być powinno ;) :)), w szafkach zajmuje to dużo miejsca .... nabyłam zatem kartony i powkładałam tam np.kieliszki, zostawiając sobie ich kilka, żeby były pod ręką. Od razu więcej miejsca ;) Na blatach też stały różne rzeczy, jakieś herbaty, kawy, zorganizowałam im inne miejsce. Trochę dziwnie mi ta pustka wygląda, ale przyzwyczaję się ;) 
Sprawa jest rozwojowa, zresztą i pewnie się jeszcze wiele pozmienia.
A tak z innej beczki .... pochwaliłam Frania, że taki grzeczniejszy się zrobił i nas nie budzi. Taaaa ..... Wieczorem i w nocy robi się chłodniej, to i kot ożywia się....
Od piątku będzie z ciocią - nianią, bo my w końcu wyjeżdżamy. Nad morze ... tym razem chcemy być trochę dłużej i więcej pojeździć po Wybrzeżu. Zobaczmy, jak się uda.

To teraz trochę zdjęć ;)


Taka sobie szafeczka, otwieram i wszystko leci z niej


Wyrzucam wszystko na stół - czegóż tu nie ma!
Stare paragony z 2015 roku ...

Otwieram białe, kartonowe pudełko i co tam mamy? Rzeczy do przeżycia niezbędne?
Faktycznie niezbędne i do życia konieczne przez tyle lat.
A pod nim? 
Też jakiś niezbędnik!

Koszulki może już nie mam ;)

Tak więc zatem ;) widać, jak bardzo są mi te "skarby" potrzebne. Nie wiem, dlaczego to przechowywałam.
Ale już ich nie ma. Miałam w szafce tej moją pracę licencjacką i magisterkę. Włożyłam je do kartonu, ale tak sobie myślę, że je wyrzucę, bo nie są mi potrzebne. Oprawione też nie są, licencjat jedynie jest zbindowany.

Koniec końców, rzeczona szafka wygląda tak:


 Może nie są to dokonania na miarę Nobla, ale cóż ... Każdy ma swojego tak na dobrą sprawę.

Przed wyjazdem muszę jeszcze ogarnąć sypialnię, kupiliśmy nową półkę na pierdulitka ( czyli figurki kotów), wiszącą, żeby łatwiej było wjechać odkurzaczem. Franio z lekka zaniepokojony, co się w domu dzieje, chyba nie lubi zmian, tak mi się wydaje. Ale coś musi czasem zmienić się, jakieś feng -shui domowe. Tak to osobiście czuję i odczuwam wewnętrzny imperatyw do przeprowadzenia tych zmian.

Trzymajcie się ciepło, do zobaczenia ♥♥♥

sobota, 1 grudnia 2018

I tak nadszedł grudzień ...

Życie zawodowe zajmuje mi ostatnio sporo czasu i zabiera sporo sił, oraz chęci do robienia 
i opracowania zdjęć, o pisaniu postów nie wspominając ... niedawno był początek listopada, a tu koniec miesiąca. 
Bonusa nie ma trzy miesiące, tęsknota niewiele się zmniejszyła, chociaż wiem, że to irracjonalne, ale nic nie poradzę, póki co.
Franio robi się coraz bardziej miziasty, chętnie przychodzi na kolana, podstawia główkę do głaskania, lubi żeby go gonić i rzucać mu myszę do zabawy. Ale charakterek to on ma, nie da się ukryć. Asertywność - stopień najwyższy :)) Odpowiada mu życie domowe, na balkon rzadko wychodzi, bo zimno. A Franio lubi ciepełko, lubi wejść pod kocyk, lubi leżeć w słońcu ...
Musi niestety czasem zostać pół dnia sam w domu, ale innego wyjścia nie ma. Wyśpi się za wszystkie czasy ;) Chyba, że jakichś kumpli do domu sprasza, aczkolwiek nie lubi innych kotów, więc chyba nie.
Nocki nadal mamy, jakie mamy, ponieważ kotek nasz lubi sobie w nocy pobiegać i pomiaukolić ... nie mówiąc o tym, że często, kiedy gaśnie światło, nowe siły weń wstępują, mimo głębokiego snu chwilę przed ;)
No nic, zamykamy drzwi od pokoju, gdzie śpimy, ale miauki słychać i tak dość dobrze. Jakoś próbujemy to ogarnąć. Franio przeżył traumę z powodu utraty domu, więc trzeba dać mu czas na dojście do siebie.

Dzisiaj też spadło u nas trochę śniegu! I mrozik był, ale jutro już chyba będzie cieplej, bo jest duża mgła.
Zaczęliśmy też morsować, drugi sezon ... jak człowiek z tymi wszystkimi świrusami polata, to chociaż przez tę godzinkę zapomina o wszystkim i dobrze się bawi.
Jutro też chcemy jechać, wymoczyć się w chłodnej wodzie, stawy przestają boleć przynajmniej ...

I tak byłoby na tyle odkurzania bloga ;)
Franio zagania nas do łóżka - sam pewnie sobie polata jeszcze ;) a ja dzisiaj rozmroziłam 
i umyłam lodówkę ...
Wyczyn to nie lada, ponieważ dawno już tego nie robiłam, warstwa lodu w zamrażalniku mogłaby konkurować z lodami Arktyki i Antarktydy, jeśli chodzi o ilość i grubość ...aż dziw, że ta lodówka jeszcze działała. Chyba ze strachu przed nami, że ją wyrzucimy, jeśli przestanie, albo ze starej przyjaźni ;)
Tym niemniej wspomogłam się suszarką - chociaż nie powinno się tego robić, bo gdybym czekała na samodzielne stopienie się tych lodów, to do teraz bym tego nie skończyła. A bałaganu przy tym ile ... każdy wie, kto to robi ;)
W lodówce zrobiło się jakoś jaśniej, przestrzenniej, a ona sama przycichła. I ponoć mniej prądu zużywa ;)
Tak to mnie dzisiaj naszło.

Nie wiem, kiedy wymodzę następny post, życzę zatem zaglądającym udanego grudnia :)
O świętach nie myślę, bo mnie nie cieszą od paru lat. Niestety.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Balkonowo - mrówkowo - iglakowo

Upały nie odpuszczają, aczkolwiek u nas dzisiaj jest ciut, ciut chłodniej, wieje wiaterek, a w nocy popadało jakieś 5 minut może i zagrzmiało gdzieś z daleka. Z racji, że była trzecia w nocy, nie włączałam internetu, żeby sprawdzić gdzie są te burze.
Taki wiec sobie temat wymyśliłam i potraktuję go dosłownie, bez już żadnych aluzji, żaluzji 
i innych rolet.
Odkąd skończył się rok szkolny, mam szczere chęci, by w końcu uporządkować pierdolnik w domu, który nagromadził się przez lata mego przygnębiającego półbezrobocia, ale tak średnio mi się chce. Aczkolwiek ostatnie tygodnie trochę mnie do aktywności zmobilizowały, zaczęłam więc jakiś czas temu od balkonu.
Wyglądał koszmarnie. Zeschnięte rośliny z poprzedniego sezonu, jakieś liście, płytki też już czystością nie grzeszyły ... 
Zrobiłam kilka zdjęć tej hańby ;) Ale może wrzucę je na koniec postu ;)
Jeszcze w czerwcu, uszykowałam sobie niezbędne sprzęty typu worki plastikowe na śmieci, rękawice, sekator, kupiłam ziemię do kwiatów, farbę do drewna i zabrałam się do dzieła.
Zeschnięte rośliny wyrzuciłam bez sentymentu, paru bidulkom, przy których widziałam jakieś oznaki życia, dałam szansę, przesadzając do nowej ziemi i pojemników. Smętne pergole koloru nieokreślonego pomalowaliśmy na ciemny brąz. Wiklinowe koszyki na fioletowy.
Dokupiliśmy dwa nieduże, składane krzesełka i mały stolik...
I teraz wygląda to wszystko w miarę sensownie.
Nie mam jakichś wielkich zdolności dekoratorskich, ale co tam - w końcu można na tym balkonie usiąść, wypić kawę i gościa tam posadzić ;)
Zrobiło się trochę ciaśniej, kiedy wystawiam suszarkę z praniem, ale w końcu coś za coś.
A czemu mrówkowo?
Widzicie na zdjęciach taki sporawy koszyk jak do pyrów? ( czyli ziemniaków po polsku rzecz ujmując ;)) I emaliowany garnek, w którym rośnie sobie kozłek, czyli waleriana?
Otóż w koszyku jest gniazdo małych mrówek, a na roślinie są mszyce ... czyli obora dla mrówek 
i ich "krowy". Ustaliłam z nimi, że mają mi do domu nie wchodzić - próby były, ale rozprawiłam się z nimi dość radykalnie i tak sobie koegzystujemy.
Tak naprawdę to bym się ich pozbyła, ale bez rozwalania im gniazda i zabijania tych pożytecznych stworzeń. Niestety nie mam żadnej działki, na którą zawiozłabym ten kosz i go po prostu z tym gniazdem zakopała. Tak więc na razie tak to wygląda.
A iglakowo?
Nie chciałam za dużo doniczek na balkonie, ale pewnego dnia mąż mój przywiózł z pracy kilkanaście mały sadzonek świerku i sosny. Oczywiście nigdzie ich nie ukradł,ani z lasu nie wykopał, tylko były to samosiejki, które rosły w tłuczniu, w torach. A oni je po prostu musieli powyrywać.
Jak widać - nie wszystkie się przyjęły, ale w razie czego stanę przed świętami na zieleniaku 
i posprzedaję te, które zaczęły rosnąć :))) 
Mówiłam Chłopu, że kasa im w tych torach rośnie ;) gdyby mieli trochę miejsca, to mogą powsadzać te małe roślinki do doniczek, a potem na dworcu sprzedać ;) w listopadzie, albo grudniu. Uczciwe ,z korzeniami, a nie jak to zazwyczaj bywa, wszystko ucięte, byle święta przetrwało.
Ale nie mają tam miejsca, więc cały plan poszedł w niebyt ;)
Oczywiście z tą hodowlą to mały żarcik był ;)

To teraz parę zdjęć "po", a potem kilka "przed". 
Pewnie, że nie ma się czym chwalić, ale zostawię to sobie "ku pamięci" ;)







Mrówki w akcji

Może jeszcze w tym roku dojrzeją?

Cynia


Ulubione miejsce kota

A teraz - jak było "przed". Wrażliwi zamykają oczy i przewijają stronę do dołu ;)







Tych ostatnich zdjęć komentować litościwie nie będę ;)

Czyli pojawiła się nadzieja, że podobnie postąpię z resztą domu, trochę zaczęłam już robić, idzie powoli, ale może do końca wakacji się mi uda.
I napiszę jeszcze, że w sprawach zawodowych nastąpiły u mnie kolejne zmiany ...
Parę dni temu zadzwonił do mnie dyrektor szkoły, z której zwolniono mnie kilka lat temu 
i .... zaproponował powrót. To jest już ktoś inny - tzn.inna osoba wygrała konkurs dyrektorski.
W dodatku mam uczyć przedmiotów zawodowych, czyli oznacza to dla mnie naukę 
i przypomnienie sobie tego, czego nauczyłam się w czasie moich pierwszych studiów ...
Życie pisze naprawdę zadziwiające scenariusze ... 
Zgodziłam się, ponieważ jest to praca na miejscu i nowe wyzwanie, aczkolwiek tam w Poznaniu źle mi nie było, tylko trochę czasu zajmowały mi dojazdy. I to przeważyło tak naprawdę.

Jak się Wam moja praca balkonowa podoba?
Może coś mi jeszcze podpowiecie? ;) A w kwestii mrówek? ;)

Miłego dla Was na nowy tydzień :)

piątek, 22 kwietnia 2016

Ciągnie mnie do łóżka

Kiedy wymyśliłam sobie powyższy tytuł, zauważyłam, że jest wieloznaczny. I dobrze :) I o to chodzi.
Mam nadzieję, że zaciekawiłam Was, czytających i zadajecie sobie gorączkowe pytania: Kto ją ciągnie? Co ją tam ciągnie? Zwariowała?? Zmienia profil bloga? Ale powinno może być "od lat 18"?

Cóż ... ostatnimi czasy, kot nasz Bonus czarny z niebieskim połyskiem, ciągnie mnie do łóżka :))
Kiedy jestem w domu, to często chce, żeby za nim pójść, biegnie, prowadząc mnie do sypialni, a tam wskakuje na łóżeczko i czeka aż ja usiądę przy nim, albo - jeszcze lepiej, położę się :)))
Przy tym pogłaszczę, pomiziam, a on może się wtulić i mrucząc, przymknąć oczy i sobie trochę pospać.
Niestety, zazwyczaj nie mam czasu na takie karesy ;) 
Może za mało czasu z nim spędzam, za mało miziania ,że tak się zachowuje?

Dzisiaj śniło mi się, że z Chłopem mym jestem w podróży, on mówi do mnie, żebym wzięła plecak na plecy, bo sam bierze coś innego. Z wielkim trudem zarzuciłam plecak na plecy, dosłownie czułam jego ciężar, z 10 kilo ważył jak nic... budzę się, a Bonus na ręce mi leży całym swym ciężarem :))) 
Pewnie wtedy, gdy mocowałam się z plecakiem, kot układał się na mnie ;)

Dzielnie pomaga mi podczas porządków. Wzięłam się w zeszłym tygodniu za szafę, bo ubrania się mi nie mieściły, nic nie mogłam znaleźć i żeby ją zamknąć, trzeba było kolanem dopychać.
Z moim pomocnikiem poszło szybciutko i sprawnie.
A wyglądało mało zachęcająco. Uwaga, pokazuję mój bajzel po wywaleniu z szafy jej zawartości ;)





Najpierw na krześle, a potem w samym środku rozpierduchy - prawdziwy Książę Bałaganu :)) A jaki spokój miał przy tym :))

Potem jeszcze odsunęłam tapczan i wyciągnęłam odkurzaczem pierdyliony kocich kłaków i kłębów kurzu - Bonus też przy tym był - po wyłączeniu wyjącego stwora, rzecz jasna ;)
Dzisiaj dokończyliśmy dzieła. Umyłam okno i zmieniłam firanki - zapachniało świeżością :)
Najpierw wyrzuciłam kota z pokoju i zamknęłam drzwi, bo bałam się, że wskoczy na parapet przy otwartym oknie i nie zdążę go chwycić. Później go wpuściłam, bo okno było już zamknięte, ale został zewnętrzny parapet. 
Powiedziałam Bonusowi, że nie wolno skakać, a on położył się na łóżku i nadzorował moją pracę. A ja jego zachowanie ;)
Czyż nie jest genialny?? Najmądrzejszy i najpiękniejszy??
Oprócz Waszych kotów, rzecz jasna ;)

Na początku kwietnia zrobiłam zdjęcia mirabelce, stojącej niedaleko mojego bloku. O dziwo, życie zachowała, ale może dzięki temu, że stoi obok placu zabaw i na terenie Spółdzielni Mieszkaniowej.
Bo deweloperzy nie pozwalają sobie na takie marnotrawienie miejsca ....
Pokażę Wam te fotki, bo po co mają się zmarnować na dysku ;)





Teraz po kwiatkach nie ma śladu, ale kwitną przecież inne drzewa. Trzeba się tylko z tego betonu i pozbruku wydostać ...

Udanego weekendu wszystkim życzę :)
I pamiętajcie o Dniu Ziemi :) 
Nie tylko dzisiaj ;)