Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brak pomocy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą brak pomocy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 maja 2026

Nudy z kotami nie ma

Wczoraj Mysza miała zabieg kastracji, bo równo w wieku pół roku dostała pierwszą rujkę, więc 
z racji iż w domu nie jest jedynym kotem, rujka była wygaszana tabletkami i zdecydowaliśmy się na zabieg. Który sam w sobie trwał naprawdę bardzo krótko, Mysza w lecznicy była jakieś trzy godziny. Jej braciszkowie wydawali się markotni po jej wyjeździe, bo zawsze to jakiś wyłom 
w stadzie nastąpił. Za to po jej powrocie, została obsyczana i podejrzliwie obwąchana przez głownie Promyczka. Koniec końców, kocurki spędziły noc zamknięte w korytarzu, bo niestety nie dało się już inaczej ich odizolować. Dzisiaj może być powtórka, chociaż jest ciut lepiej niż wczoraj. Możliwe, że kotka dziwnie w ubranku wygląda, ale przez parę dni musi je ponosić, żeby się nie rozlizała.

Miała dzisiaj być u nas pani behawiorystka, ale jak to w moim życiu zwykle bywa - nie mogłyśmy się spotkać, ponieważ szłam znowu na maturę i kiedy wydawało mi się, że zdążę i się godzinowo zgramy, to okazało się, że przydzielono mnie do komisji, w której było jedno niedowidzące dziewczę, stąd egzamin prawie cztery godziny!!! Które owe dziewczę wykorzystało co do minuty. Zanim oburzycie się na mnie, iż tak lekceważąco piszę o kimś dotkniętym kalectwem .... a właściwie, kto chce, niech się oburza. Dziewczę albowiem za bardzo do szkoły nie uczęszczało, za to maturę oczywiście ma prawo zdawać. Poza tym, ilość godzin przeznaczonych na napisanie egzaminu jest porażająca dla komisji. Bo na polskim ww. miała prawo siedzieć godzin sześć i skrupulatnie je wykorzystała. Jak dla mnie, reguły te noszą znamiona znęcania się psychicznego i fizycznego nad nauczycielami siedzącymi w komisjach. Jest to w pełni nieetyczne. I tyle.

Poza tym trochę u nas popadało. I zrobiło się zimno. Chociaż koty wolą taką pogodę i chętniej wtedy bywają na balkonie.

piątek, 6 marca 2026

Koty w marcu

Zaczął się marzec - srarzec. Nie przepadam za tym miesiącem, bo często coś dzieje się w nim niedobrego.

Dzisiaj Mela miała kastrację. W końcu i wreszcie. Czas najwyższy, bo hormony jej buzują, musieliśmy ją odizolować od małych, bo zrobiła się agresywna w stosunku do nich. Bardzo nam to utrudniło życie, bo mamy dwupokojowe mieszkanie, w mniejszym pokoju siedzi Mela, a reszta to my i siódemka kociąt. Bo adopcje niestety idą opornie. Jutro pierwszy kotek opuszcza nasz dom i jedzie do swojego. Mam nadzieję, że zaaklimatyzuje się tam szybko i zaprzyjaźni z kotką - rezydentką. Jego brat też znalazł dom, ale jeszcze chwilę u nas pobędzie, ponieważ jego nowa opiekunka wyjeżdża teraz na urlop. A my nie chcieliśmy, żeby mały od początku siedział sam w mieszkaniu, żeby tylko ktoś do niego przychodził. No cóż, zobaczymy.

Trzymajcie kciuki. No i za kolejne domy, żeby się w końcu pojawiły.

sobota, 24 stycznia 2026

Nowy rok robi się już stary

PATOSCHRONISKO W SOBOLEWIE PRZESTAŁO ISTNIEĆ!!! WSPANIAŁA WIADOMOŚĆ, DZISIAJ NAJLEPSZA 💗

Mamy już prawie koniec stycznia. A ja codziennie sobie mówię, że dziś to już na pewno opublikuję jakiś tekst, zaczynam nawet coś czasem pisać, ale potem kasuję, bo wydaje mi się to bez sensu.
Ale cóż. Sylwester minął - nam ogromnie szybko jakoś, ponieważ poszliśmy do znajomych, dawno się nie widzieliśmy i był to czas na posiedzenie sobie i pogadanie.... to siedzieliśmy i gadaliśmy i za chwilę zrobiła się północ, a po chwili druga w nocy .... to poszliśmy do domu, 
a kawałek drogi mamy, bo mieszkamy na przeciwległych osiedlach. Poprószyło śniegiem niczym cukrem pudrem na ciasto, a po paru dniach przywaliło porządnie, jak dawno u nas tyle śniegu nie było. W zeszłym roku był moment, że padało i wiało, akurat jechałam na studniówkę, niby krajową 15, ale z pól zawiewało jak za dawnych lat.
To teraz też padało i przymroziło solidnie, że po wolnych dniach z trudem samochód odpaliłam. Ale dał radę.

Kocia rodzina nadal u nas w komplecie. Kotki rosną, szaleją, tylko domów brak, jedyny jaki znają to nasz. Są bardzo ufne w stosunku do ludzi, bo kto przyjdzie, to one nie uciekają, tylko 
z zainteresowaniem obwąchują przybyłych, a niektóre pchają się na rączki i kolana. Ale demolkę też potrafią zrobić niestety .... i mam ich wtedy dość. Bo zawładnęły naszym domem i światem tak, że czasem zastanawiam się, czy to jest jeszcze mój dom, czy już niekoniecznie. Takie to mieszane uczucia we mnie się kotłują, nie ma lekko. Zresztą, a komu jest lekko? Dajcie znać 
w komentarzach, jeśli ktoś taki jest wśród nas ;)

Ferii jeszcze nie mamy, w tym roku dopiero od 16 lutego, ale oceny wystawione - z trudem mi to przyszło wielkim, ale dałam radę. Jak zawsze, tylko jakim kosztem? Mieliśmy w ferie lecieć na Fuertę, ale nie zostawimy całej czeredy na tydzień i zaliczka poszła się j....bać. Wiedziałam od początku, że ten wyjazd nie wypali. No nic, dostałam propozycję przeprowadzenia dodatkowych zajęć od marca, to ją odpracuję.

Na koniec kilka zdjęć z zimowej Wielkopolski - sprzed odwilży, która odsłoniła całą szarzyznę, śmieci, obsranych chodników i smutek tego świata, a przynajmniej mojego miasta.

Na zdjęciach nasza rzeczka i Zalew, który był kiedyś pięknym kąpieliskiem. Mocno zamarzł 
w tym roku, że odważyliśmy się wejść na lód.












piątek, 24 grudnia 2021

Franio u dentysty

Czas na składanie życzeń, a ja o kocie. Ehh, bo wymęczył mnie ten ostatni tydzień, 
a w zasadzie ostatni czas.
W zeszłym tygodniu, w piątek Franio przestał jeść. Na drugi dzień pojechałam z nim do gabinetu, gdzie pani weterynarz orzekła, że ma spory kamień nazębny i być może trzeba będzie usunąć jakieś zęby. Bo kamień czasem je tylko trzyma, a potem okazuje się, że nie ma innego wyjścia.
I tak się stało, w gabinecie byliśmy w sobotę, zabieg umówiony był na poniedziałek. 
W międzyczasie kot trochę zjadł - po lekach nie czuł widocznie dużego bólu.
Usunięto mu dwa trzonowce z dołu. Do domu wrócił ładnie wybudzony, ale wieczór był ciężki, bo miaukolił kilka godzin, chodził do kuwety co chwilę i w ogóle cyrk. Chłop mój nerwowy, nasłuchałam się, że co ja najlepszego zrobiłam, bo kot na pewno nie przeżyje - tak, tak mi mów jeszcze, sama biłam się z myślami i od razu przypominałam sobie Bonusa i jego problemy i to, że nie udało się nam wygrać walki z jego chorobą....i, że też był z nami tylko trzy lata...
Franio jakoś się uspokoił, ale następne dni spędził głównie pod łóżkiem, nie jadł, pił jedynie wodę i skubnął kilka groszków. Do kuwety też poszedł dopiero w środę, czyli cały wtorek nic.
Wczoraj wieczorem kupiliśmy mu Whiskasa - bo stwierdziłam, że może na to się skusi 
i przestanie bać się jedzenia. Naprawdę tak to wyglądało, jakby bał się jeść. We wtorek przyszła pani weterynarz do nas do domu, podała mu leki - ja nie umiem, to jakiś koszmar jest i zajrzała mu do paszczy i była w szoku, bo w paszczy czyściutko, jakby w ogóle nie miał wyrwanych zębów i szytego dziąsła po jednej stronie!
Ale jedzenia się bał.... Dopiero wczoraj zaczął jeść ... Miejmy nadzieję, że już tak będzie jadł, chociaż chciałam podać mu antybiotyk w karmie - zapomnij o tym.... inne sposoby - najlepiej wychodzi mi strzykawka do pyska, ale foch po tym jest taki, że szkoda gadać.
Cały czas pryskam w domu Felliwayem i on też zrobił swoje, bo to niejedzenie Frania miało raczej podłoże psychiczne - tzn. po tym zabiegu, bo przed to go raczej mocno bolało. Taki to egzemplarz się nam trafił.
Ta część stresu ze mnie zeszła i dzisiaj czułam się jak wypluta. Na szczęście nie ma spiny 
z Wigilią i świętami, więc chociaż to. Ze świątecznymi porządkami też nie szalałam, bo nie miałam sił i chęci. Może kiedyś...

Życzę Wam zdrowych i pogodnych Świąt. Przeżyjcie je tak, jak chcecie przeżyć :)

U nas dzisiaj spadł śnieg - pierwsze białe święta od chyba ponad 10 lat.

niedziela, 31 października 2021

Bohater we własnym domu

Pogoda przepiękna, od jutra ma ponoć się popsuć - bo w sumie dlaczego nie? W końcu listopad, jesień i memento mori, zmiana czasu w dodatku ... czyli po czwartej jest już ciemno.
Ale nie o tym chciałam. Dzisiaj i wczoraj korzystaliśmy 
z uroków jesieni, udając się do pobliskich lasów to rowerami, to samochodem, a potem pieszo marszobiegiem ... zrobiłam parę zdjęć i je opublikuję na blogu, ale jeszcze nie dzisiaj.
Dzisiaj podzielę się z Wami historią, która spotkała nas wczoraj, w domu, kiedy wróciliśmy 
z wyjazdu cmentarno -rowerowego.
Chciałam wejść do łazienki, zapaliwszy uprzednio światło. Zamiast światła jednakowoż, rozległ się ogromny huk, z sufitu poleciało szkło i oczywiście wywaliło korki w mieszkaniu. Na to wszystko kot nasz postanowił akurat w tym momencie skorzystać z kuwety, która stoi w rzeczonej łazience. Cóż, niezbadane są kocie umysły i ich toki myślenia. Na szczęście nie pokaleczył sobie łapek, a my przystąpiliśmy do przywracania światłości w mieszkaniu.
Nic trudnego - ktoś powie. Wystarczy podnieść wajchy od bezpieczników. Ale po ich podniesieniu, światłość nie wróciła.
Nic trudnego - powie następna osoba. Wywaliło pewnie główny bezpiecznik, wystarczy wziąć klucze od piwnicy i od szafki z licznikami, zejść i włączyć.

I najpierw fakt pierwszy - niedawno, czyli nie pamiętam kiedy, ale chyba w tym roku, wymieniono zamki do szafek z licznikami i do tej szafki dostaliśmy klucze w woreczku strunowym, odpowiednio przez administrację opisanym. Nawet tenże woreczek znalazłam, bo pamiętałam, gdzie go włożyłam, wręczyłam Chłopu mojemu, żeby mógł czynić swą powinność.
I poszedł ten mój Chłop, po paru minutach wraca bez światła i mówi, że wręczony mu klucz nie pasuje do szafki. Ja mu na to, że innego nie ma, bo były wymieniane itp. ... ale może trzeba by zapytać u sąsiadów. 
Fakt drugi, krótko mówiąc - udało się znaleźć dwa klucze, u dwóch różnych sąsiadów, każdy 
z tych kluczy wyciągnięty był z woreczka strunowego i żaden nie pasował.
Tzn. pasował, ale do szafki z licznikami od korytarza, piwnicy i takich tam wspólnych części. Ciekawe, po co nam to, podejrzewam pomyłkę po prostu.
Cóż, wykonałam telefon do administracji podany do nagłych przypadków, ale dość pisząc - niewiele to pomogło, mogliśmy bez prądu czekać na gospodarza do dzisiejszego poranka. Albo 
i południa. Który to gospodarz przyjechałby z właściwymi kluczami.
Do niedawna mieliśmy gospodarza na miejscu, ale musiał zrezygnować z tej pracy, ponieważ jego chora żona dostała jakiś zasiłek i to wszystko razem plus jego renta przekroczyłoby jakiś tam próg dochodowy i zasiłek zostałby cofnięty. Tyle można zarobić jako gospodarz wspólnoty! Tylko brać tę pracę, nieprawdaż.
To tak nawiasem.
Koniec końców, Chłopu mój został bohaterem we własnym domu, ponieważ bez klucza otworzył tę nieszczęsną szafkę i podniósł wajchę od głównego wyłącznika prądu !!!
Gwoli sprostowania: szafkę otworzył odginając jakąś blaszkę, bynajmniej nie wytrychem ;) 
o fakcie tym poinformowałam panią z administracji, jak też o nie tych kluczach, które są 
w naszym posiadaniu.
To, co z sufitu zleciało nie było lampą na szczęście, lecz tylko żarówką, która rozpadła się 
w drobny mak, żeby wyjąć jej resztki z oprawki, potrzebne było coś, co je podważy.
Potem mogliśmy spokojnie zjeść obiadokolację, która oczywiście zrobił mąż mój, bo któż by inny? ;)

Kilka zdjęć z moich kijkowych wędrówek, które zrobiłam w różnych porach:








Uwielbiam takie błyski słońca na wodzie :)

poniedziałek, 28 października 2019

Niestety

kotek nie przeżył. Został uśpiony dwa dni po operacji.
Tyle dobrego, że się nie męczy i nie umiera w bólu i zżerany przez muchy gdzieś na ulicy.
Ale i tak mi smutno. Nic na to nie umiem poradzić.

poniedziałek, 30 września 2019

Był sobie kotek,

a właściwie żyje nadal. Tak od razu na uspokojenie dodam.
Od sierpnia? pojawił się na moim osiedlu. Nie bał się ludzi, podchodził do nich, szedł, jakby chciał, żeby ktoś go w końcu zabrał do domu. 
Niestety, nikt go nie chciał. Na co komu taki zwykły biało - bury kot. Mały, z wynędzniałym futerkiem. 
Tak, widziałam go. Ale nie mogłam zabrać go do domu. I jak zawsze w takich wypadkach, zamrażam się, nie czuję, staram się nie myśleć. Nie do końca się mi to udało. 
W końcu kot zaczął przesiadywać pod naszym sklepem spożywczym. Przychodził rano i siedział skulony kilka godzin. Jeść na pewno dostał od kogoś. Ktoś kupił mu jakąś saszetkę, ale nadal nikt go nie chciał.
Tego było już za wiele dla mnie. W dodatku jeszcze dwa inne koty - znajdy szukały domu. Jeden - dokarmiany i zaopiekowany weterynaryjnie przez załogę innego sklepu, a drugi - ktoś go rozpaczliwie ogłaszał na miejscowym portalu. Że kot domowy na pewno, że błąka się w miejscu, gdzie jeżdżą samochody, że miziasty, więc tak prawie na pewno ktoś go wywalił z domu, bo pewnie alergia się nagle pojawiła. Albo państwo sprzedali dom gdzieś tam, przeprowadzili się do bloków, kota wzięli niby ze sobą, ale jak to tak? Kot niewychodzący? Trzeba mu balkon niezabezpieczony otworzyć, albo okno, niech wyskoczy. Może nie wróci i problem z głowy.
Pracuję w szkole średniej. Z prawie dorosłymi ludźmi. Coś kazało mi spytać się w jednej klasie, czy ktoś nie chce kota zaadoptować. Takiego z ulicy, ale w miarę oswojonego, a w ogóle to są trzy do wyboru.
Minął weekend. Maluch nadal przychodził pod sklep. Jednego dnia stwierdziłam, że muszę go sobie dokładnie obejrzeć, porobić zdjęcia, wrzucić do internetu i spróbować znaleźć mu dom. Poszłam więc rano pod sklep z franiową puszką z jedzeniem. Kotek podszedł do mnie, zjadł, co mu podałam, pogłaskać się nie dał jednak. Nic to.
W międzyczasie dowiedziałam się, że pozostałe koty znalazły domy :)
Pojechałam więc do pracy, mam lekcję z klasą, w której pytałam o adopcję, podchodzi do mnie dziewczyna i mówi, że rozmawiała z rodzicami, zgadzają się i ona weźmie kota. Mówię jej, że został taki biedak spod sklepu, mały kociak, na moje oko półroczny. Ona na to, że nieważne. Bierze tego kota w ciemno.
Dech mi zaparło ze wzruszenia, o mało co się nie popłakałam przy uczniach, ledwo wytrzymałam do końca ( to była moja ostatnia lekcja) i umówiłam się z tą uczennicą na konkretne działania. To znaczy, że jak złapię go po południu, to zawiozę do pani wet naszej, żeby stwora obejrzała, zdiagnozowała ewentualnie, rozpoznała wiek i płeć, chociaż na moje oko był to kocurek około półroczny.
Umówiłyśmy się na telefon, że jeśli go złapię, dzwonię do tej uczennicy i ona przyjdzie do gabinetu, żeby uczestniczyć w badaniu, a potem zawiozę ją do domu z kotem. Albo kot zostanie w lecznicy te dwa dni do weekendu, ponieważ dziewczyna mieszka na stancji i nie wiedziałam, czy może mieć tam zwierzęta.
W ten sam dzień rano, wrzuciłam moje zdjęcia do internetu, na lokalną stronę z odpowiednią informacją. Odezwała się do mnie młoda kobieta, która w południe napisała mi, że kot siedzi nadal pod sklepem i jest jakiś dziwny, bo bardzo osowiały i nie chce jeść. Odpisałam, że mam dla niego dom, a jest osowiały bo, albo źle się czuje, albo jest już najedzony.
W każdym razie, zaraz po południu, jak wróciłam do domu, zabrałam transporterek, jedzonko, rękawiczki i ruszyłam pod sklep. Kot tam był. Leżał na widoku, pod krzakiem, zwinięty w kłębek 
i spał. Nie zwracał najmniejszej uwagi na chodzących ludzi, czy psy na smyczy. 
Otworzyłam kontenerek, naciągnęłam rękawiczki, wzięłam karmę do ręki, ludzie stojący obok odsunęli się, żeby nie przeszkadzać i czekali, co dalej.
Kot obudził się w momencie, kiedy chwyciłam go za kark i wzięłam w obie ręce. Nasyczał trochę na mnie, zapakowałam go do transporterka, chwilę się w nim pomiotał, a potem wykonałam telefon do jego przyszłej opiekunki, załadowałam do samochodu i pojechałam do gabinetu. 
Kot miauczał prawie całą drogę, ale mu mówiłam, żeby przestał się bać, bo od tej chwili jego życie się polepszyło. Będzie miał dom, tylko musimy pojechać do pani doktor, żeby go obejrzała, odpchliła, odrobaczyła itd.
Potem patrzył na mnie, a mi serce roztopiło się całkowicie i do końca.
Nie musieliśmy długo czekać na wejście, szybko też przyszła moja uczennica ze swoją koleżanką, weszły do gabinetu ... kotek był trochę wystraszony, ale kiedy pani wet zaczęła go przytulać i głaskać, on zaczął mruczeć i łasić się, domagając się głasków!
Jego stan został oceniony na dobry, wyrudziałe i brudne futerko świadczyło jednak o brakach 
w pożywieniu, dostał więc taurynę, preparat na kark pchły - robaki i pani wet stwierdziła, że kot ma jakieś półtora roku. Mnie on na tyle nie wyglądał, ale ja się na tym aż tak nie znam.
Jego przyszła opiekunka zrobiła maślane oczy na jego widok, powiedziała, że zabiera go do siebie ( potem dowiedziałam się ,że mieszka u jakiejś swojej rodziny, czy bliskich znajomych), naględziłam jej o bezpieczeństwie, oknach, drzwiach ... i ucieszyłam się po raz kolejny, że kot jest bezpieczny w domu, ponieważ pod wieczór spadł rzęsisty deszcz.
Kot spędził noc pod łóżkiem, od razu tam się schował, ale wychodził, kiedy jedzenie pokazywało się w pobliżu. Pierwszy sik był na dywanik, ale opiekunka postawiła mu w tym miejscu kuwetę 
i następne razy już ogarniał, gdzie trzeba się załatwiać.
A na drugi dzień po południu - kotek wyszedł spod łóżka, przewrócił się na grzbiet i zażądał mizianek. Spanko - tam, gdzie jest miejsce kota, czyli w łóżku z nową mamusią. Bawi się, szaleje, przytula. Od drugiego dnia pobytu w domu.
Futerko ma już czyste, ponieważ zaczął się myć, dodatkowo dwa dni po zakropieniu go, opiekunka przetarła kota wilgotną szmatką. Nie ma melancholii i skulonego przesiadywania 
w jednym miejscu.
Mam nadzieję, że tak już zostanie na zawsze.
Jestem pełna podziwu dla mojej uczennicy, która wzięła kota w ciemno, bez względu na wszystko. Myślę, że kot wniósł w jej życie wiele radości, już teraz, a ona go uratowała przed śmiercią. Bo myślę, że dwa, trzy dni i byłoby po zwierzaku. Umarłby ze stresu.
Nie napisałam tego postu, żeby się chwalić, bo nie ma czym. Chciałam podzielić się z Wami ładną historią. Dla mnie się praktycznie skończyła, ale przecież toczy się dalej. Z udziałem byłej kociej bidy spod sklepu i jej Opiekunki.


środa, 1 listopada 2017

Tym razem o kotach

Może trochę nietypowy temat jak na dzisiejszy dzień, ale kto powiedział, że ma być wyłącznie cmentarnie?
Zwłaszcza, że zimno, mokro i wietrznie.
Pisałam kiedyś, że kotu nasz sikorkę na balkonie upolował ...sikorka zaplątała się wtedy w siatkę i życie niestety straciła. Za sprawą kota naszego, który fachowo ją uśmiercił i Chłopu u stóp złożył.
Wczoraj zdarzyła się druga historia z sikorką w roli głównej.
Przyjechałam albowiem do domu, około 14, a że słońce pięknie świeciło, otworzyłam balkon, żeby kotu sobie kąpieli zażył. Kot z otwartych drzwi skorzystał, usiadł sobie z boku, zadarł łebek i w jedną stronę intensywne spojrzenie swe skierował. Coś mnie tknęło i wyszłam za nim, żeby zobaczyć, na co on tak się patrzy - wiedziałam, że na pewno na jakiegoś ptaszka.
Spojrzałam i ja, a tam w siatce zaplątana sikorka się szamocze. Kotu jej nie sięgnął, bo za wysoko.
Zaczęłam ją odplątywać, nie ułatwiała mi zadania, wystraszona łapała mnie dziobkiem za palce ... Niestety bardzo mocno się tam uwikłała. Poszłam więc po nożyczki, odcięłam ją razem z kawałkiem siatki, a potem ostrożnie wycinałam żyłkę spod skrzydełek, łapek i szyi. Ptaszyna szarpała się, potem się uspokoiła, kot stawał na tylnych łapkach i miauczał - miał nadzieję na polowanko i przekąskę między standardowymi posiłkami .... chwilę to trwało. Uwolniłam w końcu sikorkę z tych wszystkich żyłek i zaniosłam ją na trawnik przed blokiem. Trochę zmaltretowana była, ale otrząsnęła się i mam nadzieję - odleciała.
Kotu musiała wystarczyć wołowina i saszetka, jej zawartość ;)

Jakiś miesiąc temu natomiast, udało się mi znaleźć domy dla trzech kotków.
Nie sama brałam w tym udział, ale zawsze ;)
Otóż mam na fejsie polubioną stronę naszych weterynarzy. Czasem zamieszczają tam ogłoszenia, że jakieś koty czy psy szukają domu. W czasie wakacji zamieścili informację ,że bodajże trzy kotki są do adopcji. Takie słodkie buraski. Po krótkim czasie został tylko jeden. Informację udostępniłam, cóż więcej mogę zrobić ...
A w jakiś kolejny dzień dzwoni do mnie koleżanka D. i odzywa się do mnie w następujący deseń: "Wiesz, dzwoniła do mnie E., bo chce zaadoptować kota. Najlepiej małego, ze względu na małe dzieci ( jej wnuki). Nie znasz może kogoś, kto ma jakiegoś kotka do wydania?"
Kotków do wydania jest cała masa, ale poleciłam jej ogłoszenie u wetów, a najlepiej, żeby E.tam się do nich udała i wtedy wszystkiego się dowie.
Wynik - burasek ma cudowny dom :) 
Po kilku tygodniach dzwoni do mnie zdenerwowana D. Niedziela, dość wcześnie rano, jedziemy z Chłopem pociągiem na jakieś zawody.
D.mówi, że jest na starym cmentarzu, a tam są dwa małe koteczki - same. I co tu teraz zrobić?
W naszym mieście nie ma tak naprawdę żadnej fundacji, która miałaby pod opieką koty, a rodzime schronisko kotów nie przyjmuje. Wyjątkowo jedynie i na chwilę.
Ona natomiast, nie była w stanie zabrać tych kotków do siebie, ja tym bardziej.
Po jakiejś chwili okazało się, że przyszedł jakiś pan - na cmentarz i powiedział D., że kotki same nie są, jest ich matka, a maluchy są cztery. On kotkę dokarmia.
Dobra, chociaż coś, maluchy nie wyglądały faktycznie na zagłodzone.
Do akcji dokarmiania włączyła się D. i Niania naszego kota. I cały czas miałyśmy w głowie to, żeby przenieść gdzieś te maluchy i ich mamę.
D.skontaktowała się z wetem swojej kotki, on dał jej namiar na swoją pracownicę, która działa w jednej z poznańskich fundacji, ale jak to często bywa, pomocy wielkiej nie uzyskałyśmy. Niestety.
Dostałyśmy tylko klatkę -łapkę, której działanie D.rozpracowała, bo osoba, która tę klatkę dała ponoć nie wiedziała, jak się nią posłużyć. Cóż, bywa ...
Kotki podrosły, mamuśka ich gdzieś zniknęła, a maluchy radośnie sobie po grobach hasały, dokarmiane przez ludzi dobrej woli, w tym przez D. i Nianię.
Wici zostały rozpuszczone, chętnych nie było, pojawiła się jedynie opcja zawiezienia kotków na wieś, do gospodarstwa. Tam miałyby ciepło ( oborę), mleko zapewne, może jakieś inne jedzenie i grupę kilku innych kotów.
Tak, tak, wiem, że te słowa wywołują sprzeciw, że jak to tak można ... ano można, bo było jasne dla nas, że na cmentarzu nie mogły zostać.
W końcu zamieściłam ogłoszenie na fejsie, na stronie naszego miasta, kompletnie zniechęcona ... po kilkunastu minutach odezwała się do mnie dziewczyna z zapytaniem o zdjęcie maleńtasów. Nie miałam takowego, napisałam jej tylko, że są czarne i puchate.
Po wymianie zdań, dziewczyna ta napisała mi, że wezmą kotki, bo mąż jej się też zgodził, ale czy mogłabym je przywieźć do nich. Oczywiście, że mogłam.
Pozostało jeszcze złapać maluchy ... krótko napiszę, że udało się nam to zrobić w kilka sekund. Jakby Ktoś nad tym czuwał.
Potem weterynarz - też długo z D. nie czekałyśmy.
Maluchy miały początek kociego kataru, dostały antybiotyki.
Zawiozłyśmy.
Młodzi ludzie z domem w remoncie, ale z dużym sercem dla zwierzaków. Mieli już dwa trochę starsze kotki, świnię na dożywociu i czekali na kozy. Oraz psica ze schroniska.
Dopóki nie wyzdrowiały i nie przyzwyczaiły się, mieszkały w dużym, nieczynnym pokoju. Miały tam ciepło i jedzenie, oraz ludzi, którzy je oswajali.
Po jakichś dwóch tygodniach, zaczęły hasać po podwórku, zakumplowały się ze starszymi kotkami. 
Może nie jest to idealny dom, taki niewychodzący i z kołderkami do spania, ale mam nadzieję, że jest i będzie dobrze.
Dostałam kilka zdjęć tych maluchów, wyglądają na szczęśliwe i spokojne - dały się z bliska sfotografować.
Zdążyłyśmy przed zimnem, ulewami i obydwoma huraganami.
A co z kotką?
Niania widziała ją na drugi dzień, jak chodziła po cmentarzu i miauczała. A tyle czasu nie było jej widać ... 
Nie wiemy, czy ma jakiś dom, być może ... 
Mam nadzieję dowiedzieć się o nią w pobliskich domach. Dobrze byłoby złapać ją i wysterylizować przynajmniej.
Zobaczymy.

I takimi historiami chciałam się z Wami podzielić.

sobota, 18 lipca 2015

Ciąg dalszy podróży, ale też o bezsilności i waleniu głową w ścianę

Najpierw o tej bezsilności. Niecałe dwa tygodnie temu, moja koleżanka wybrała się na wywczasy do modnej obecnie miejscowości, niedaleko mojego miasta. Ktoś z jej rodziny ma tam dom i w wakacje dostaje klucze i tam sobie wypoczywa. Koleżanka ma dwa koty - domowe i zabrała je ze sobą. 
Pierwszego dnia jeden z nich zwiał. Wakacje rozpoczęły się nieciekawie zatem. Po dwóch dniach okazało się, że kot żyje i siedzi u sąsiada w kupie drewnianych palet. Sąsiad okazał się w porządku gościem, ponieważ pozwolił na wejścia na swoją posesję - działka zresztą ogromna, a chłopak ma duży luz, jeśli chodzi o jej zagospodarowanie. Ale mniejsza o nią.
Nie będę budowała opowiadania pełnego napięcia, bo nie chce mi się, bo sama się w tę historię trochę zaangażowałam 
i energii straciłam.
Kot wrócił wczoraj, późnym wieczorem do domu. Cały,zdrowy, tylko z lekka odchudzony, chętny na mizianki i przytulaski. 
Nie wiem tylko, czy koleżanka ma na to chęć ;)
W ciągu tych dni poruszone zostały wszelkie służby, które z definicji mają pomagać zwierzętom i jak myślicie, ile z nich wyraziło chęć pomocy, jeśli chodzi o wywabienie kota spod tej sterty, albo choćby wspomogło jakąś radą, czy gotowością pożyczenia klatki - łapki?
Otóż, żadna. Tak, dobrze przeczytaliście - ŻADNA.
Nie chce mi się opisywać, co koleżanka usłyszała podczas tych rozmów, te wykręty, czy idiotyzmy - nie ma sensu się nad tym teraz rozwodzić. Ale to było straszne, uwierzcie. Kolejne pomysły i rozbijanie się o ścianę obojętności. Miejscowe schronisko kotami rzekomo się nie zajmuje, z Poznania nie przyjadą, bo nie mają ludzi, weterynarz zaproponował hycla - debil, a wszelkie fundacje - sracje ..... wybaczcie, ale te, do których dzwoniła - zero chęci najmniejszych. Jedna pani, trzy dni temu - coś tam obiecała w temacie klatki, ale tylko na obietnicach się skończyło - niestety.
Kto pomógł w końcu? Właścicielka hodowli, z której koleżanka ma swoje kociambry. Babka czuje po prostu temat, podjęła dwie próby wywabienia kota z kryjówki - prawie się udało, poza tym poradziła, żeby zabrać spod tych palet jakiekolwiek jedzenie, zostawić humanitarnie wodę. Ciekawe, że ten sam pomysł przyszedł i mi do głowy i miałam rano koleżance go przedstawić. Pani z hodowli była szybsza ;)
Poza tym, w ostateczności, ściągnęłabym klatkę od Gosianki ♥, której chyba w czwartek o kocie pomarudziłam przez telefon 
i maila ;) i która na szczęście jest już niepotrzebna :)) - klatka, oczywiście.
Do tego doszły osoby, które wspierały koleżankę w inny, niefachowy sposób, ale to też ważne.
Ta sytuacja pokazała mi wyraźnie, w jak bardzo czarnej d ....upie nasz kraj jest, jeśli chodzi o pomoc zwierzętom. Może Wy macie inne doświadczenia, ja mam takie, niestety.
Na szczęście dobrze się skończyło. Kot sam przylazł do domu, reagując na wołanie.

A jak usuwacie kleszcze swoim zwierzakom? Bo jednego koleżanka namacała, a w internecie festiwal pomysłów w tym temacie .... ja też nie wiem ....

Co do wspomnień z podróży, to opuśćmy już Sanremo, wystarczy i jedźmy dalej. Dłuższy postój zaplanowano w Cannes. Tam miła odmiana :) owszem, miasto zatłoczone, zawalone samochodami i turystami, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Doszliśmy do słynnego pałacu filmowego, do schodów z czerwonym dywanem, na którym trzeba było zrobić sobie zdjęcia :)) a nuż się kiedyś przydadzą ;)
Za tym pałacem ciągnie się aleja, mile zacieniona, mająca ok. 4 km. Do tego, w ramach tej alejki biegnie pomarańczowy pas wykładziny dla biegaczy, poza tym widoki morza, plaży .... i najdroższych hoteli, w których mieszkają gwiazdy przyjeżdżające na festiwal. Niektóre apartamenty są na stałe zarezerwowane, przewodnik nasz mówił, że najbardziej prestiżowe są te z balkonami od ulicy. Trzeba się w końcu pokazać reporterom i zwykłym śmiertelnikom i mieć chwilę chwały ;)
W każdym razie - podobało się mi tam. Przy okazji, pobujaliśmy się na huśtawkach :))

Zapraszam do obejrzenia zdjęć:

Najpierw wzgórze Mont Chevalier , na którym mieści się kościół Notre - Dame i zamek - Chateau - Musee de la Castre. Zamek pochodzi z XI/XII wieku, zbudowany został przez mnichów. A samo Cannes stało się modne w połowie XIX wieku:







Ratusz:



Pałac filmowy i jego okolice:




Ktoś z Was może wie, jak się nazywa to drzewo? Z takimi białymi kwiatkami?



Port:



Helikoptery co chwilę lądowały i wzbijały się w powietrze. Nie mam pojęcia, kogo, lub co przewoziły ;)



Mewy takie same, jak u nas ;)



Wzdłuż drogi wjazdowej do Cannes ciągną się plaże - zostały utworzone przez człowieka, ponieważ naturalny brzeg morza jest tutaj skalisty, oraz linia kolejowa - miałam nadzieję, że zobaczę jakieś pociągi i owszem, nawet jakieś zdjęcia zrobiłam z okien autobusu:

Znowu dużo zdjęć ;)












Dwa ostatnie zdjęcia to domy jeszcze w Cannes - bardzo się mi takie podobają, chociaż niekoniecznie chciałabym w nich mieszkać ;) Mają w sobie dużo uroku, mimo podniszczonej elewacji i takiż okiennic.

Spory mi ten post dzisiaj wyszedł. Miłego wieczoru życzę wszystkim i udanej niedzieli :) 
Mam nadzieję, że u Was nawałnic nie ma i nie będzie.