wtorek, 16 grudnia 2014

Wędrując ...

Będąc w sobotę obok mojego przejazdu kolejowego, zauważyłam niecodzienny już na naszej trasie pociąg. Zrobiłam mu fotkę, rzecz jasna, on na mnie zatrąbił i tak każde z nas udało się w swoją stronę.


Domyśliłam się, że pociąg jedzie do Poznania, zapomniałam go jednak sprawdzić. Dopiero dzisiaj, spotkaliśmy się po raz drugi:


Okazało się, że robi kurs z Poznania do Warszawy, jako InterRegio, czyli pospieszny Przewozów Regionalnych, powoli dogorywających chyba już, niestety.
Zrobiłam jeszcze jedno zdjęcie - to chyba jakiś ekspres, spółki Intercity tym razem. Przeleciał niczym przeciąg:


Te pociągi ......

Dzisiaj przed południem, wybrałam się w odwiedziny do naszej pani doktor rodzinnej. Ile się przedtem nadenerwowałam, to szkoda gadać. Zmogło i mnie również, jakieś bóle, które mogą być nerwobólami, ale także mogą promieniować od wątroby, czy woreczka żółciowego, albo niewiadomoco. Pani doktor optuje za tym pierwszym, dała mi pierdylion skierowań, z czego dzisiaj załatwiłam EKG, które niczego niepokojącego nie wykazało. Jutro robię podejście do laboratorium, bo trzeba być na czczo, a w czwartek USG. No cóż, w życiu nie miałam USG robionego, jak również takich badań, jakie zaznaczyła na kartce dla laboratorium. W końcu kiedyś musiał być ten pierwszy raz.
Mam oczywiście swoją teorię, skąd te bóle. Kilkuletni stres i co z tego, że próbuję te sprawy jakoś ogarnąć, mając wrażenie, że nad nimi chwilami panuję. Podświadomość widocznie stwierdziła, że skoro tamte poprzednie lata należały pod względem różnych chorób i dolegliwości do rodziny, to teraz kurna ona wystąpi. Staram się jej wytłumaczyć, że niekoniecznie musi mieć rację, ale ciężko ją przekonać. Zobaczymy.
Stąd też nie chce mi się nic robić. Może się zmieni jutro, pojutrze ...
Tak jakoś się mi smętnie zrobiło i napisało, ale po pierwsze od czego mam bloga, a po drugie nie samym szczęściem i radością człowiek żyje, bo tu jest Ziemia i trójwymiar, a nie jakiś Wyraj, czy inna kraina szczęśliwości ;)

Czymcie się zdrowo.

wtorek, 9 grudnia 2014

Doczekałam się portretu własnego, Haninymi ręcami narysowanego :)

Wczoraj na dobranoc weszłam do Pastelowego Kurnika, a tam paczę - nowy portret kolejnej Kury, a ta Kura to nikt inny, tylko ja :)) Jako, że Hana jest niesamowitą obserwatorką, to w swoim rysunku ujęła wszystko, co najważniejsze: kijki, Pendolino, torebusię i jabłuszka. A do tego cała masa szczegółów, które odkrywa się po dokładnym obejrzeniu dzieła :)
Bardzo się mi podoba, do tego ta stylizacja ...... takowej nie noszę za bardzo, a już "na kijki" fcale, nic nie szkodzi. Zawsze mogę ją sobie stworzyć i na blogasku jakiś ołtfit zaprezentować, niczym wytrawna blogerka modowa :)

Dziękuję, Hanuś :))) ♥♥♥♥♥

Powoli wracam do świata żywych, a nie zombi, które niczym pendolino w te i wewte do roboty gnają. Temat pracowy jest dla mnie bardzo ciężkim do ogarnięcia, nie chce mi się na razie o szczegółach pisać, pojawiają się one w różnych komentarzach zresztą.
W każdym razie, ostatnie tygodnie mialam sporo zajęć, rozpirzonych na cały dzień, niestety. Rano coś, z powrotem do domu, dwie, cztery godziny przerwy, potem na południe. I po dwóch godzinach znowu do domu, a wieczorem kolejne zajęcia, podczas których oczy się mi już zamykały, wątek z myśli uciekał, a drobnostki doprowadzały do szału, którego okazywać nie wypadało. Nie skarżę się bynajmniej, może niektórzy tak mogą długi czas w doskonałej formie funkcjonować, ja z radością powitałam dzisiejszy, wolny dzień. Dłużej chyba nie dałabym rady.  Nawet pogoda się do tego święta dostosowała, bo wyjrzało słońce, co zmotywowało mnie do wyjścia z kijkami na swoją trasę. Kilka fotek zrobiłam, z myślą oczywiście o blogasku ;)






A co na polanie z żubrami? Zajrzyjcie od razu, bo z pięć się ich tam pasie w tej chwili :)


Czymcie się ciepło i nie dawajcie chandrze i smutkom :***

I zwyklak wielkopolski na Hanine życzenie specjalne. Fotka z dzisiejszego dnia, oczywiście:


I złamana rogatka ;) To jakiś czas temu miało miejsce, jest już dawno naprawiona, oczywiście :)



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Wspomnienie lata ...

Od kilku dni dmucha, mrozi, lodowate zimno przenika człowieka na wskroś, aż się nie chce z domu wychodzić ... ale trzeba, żeby na Internet zarobić ;) Aż dziw, że w sobotę ruszyliśmy tyłki na zawody do Poznania. Nawet fajnie było, a po tych pięciu kilometrach i herbatce z cytryną to nawet człowiekowi się ciepło zrobiło ;) Wczoraj wieczorem w regionalnej tiwi był krótki filmik 
z tegoż biegu i Chłop mój przez kadr przemknął niczym kometa ;)
A ja zaczęłam mieć nadzieję i wiarę, że kiedyś też tak przemknę, nie bacząc na wiek zaawansowany ;))
Ale nie o tym chciałam .... jeszcze się mi coś przypomniało. Na temat pier ..pendolino. Otóż skubany jeździ po naszych torach, ale nie jest ujęty w rozkładach. Nawet osoby bardzo dobrze poinformowane też dokładnie nie wiedzą, co i jak. Dzisiaj o mało co, a udałoby się. Zabrakło mi 10 minut, a dorwałabym zarazę na przejeździe. Może przestanę na niego tak brzydko mówić, to zezwoli mi na kilkusekundową sesję fotograficzną ;)
Przez to zimno sięgnęłam w końcu do letnich zdjęć i to tych słonecznych, z miejsca, które chyba najbardziej się mi podobało. Czyli Halstatt w Austrii. Bardzo ciekawa miejscowość, leżąca w regionie Salzkammergut. A skoro w nazwie jest sól, więc kopalnia tejże w pobliżu jest. Nie byłam w niej, natomiast w tym urokliwym miasteczku spędziliśmy kilkadziesiąt chwil.
Przez wieki całe dostęp do niego był dość ograniczony - górami lub jeziorem. Stosunkowo niedawno - nie pamiętam kiedy, ale pewnie na przełomie19./20. wieku, wybito tunel w górze ( pod górą?) i miasteczko otworzyło się na przyjezdnych. I vice versa ;)
Ze względu na te warunki, Halstatt jest specyficzne. I przepiękne :) Podziwiajcie te widoczki na zdjęciach :)

Najsampierw plenery ogóle. Te z pociągami zostały zrobione przed miasteczkiem. Pociągi muszą być, nie? ;)







Domy przyklejone są do skał, wygląda to niesamowicie. Każdy centymetr ziemi musiał zostać wykorzystany. Nawet drzewom owocowym nie pozwolono swobodnie się rozrastać na wszystkie strony, tylko sadzone są przy ścianach domów. Na jednym zdjęciu będzie to widać.







Te dwa zdjęcia zostały zrobione na halsztadzkim rynku. Kilka lat temu zeszła tędy lawina błotna. Przecięła rynek, przeleciała przez drzwi restauracji widocznej na drugim zdjęciu i wylądowała w jeziorze, bo restauracja została tak zbudowana, że ma korytarz na oścież.



Poniższe zdjęcie pokazuje nie jakąś dróżeczkę w góry, tylko główną ongiś arterię miasta. Tak, tak ...


A teraz dla każdego ( prawie) coś miłego, więc najpierw będzie coś dla koleżanek moich blogowych - złomiarek zapalonych, bo o Was myślałam, robiąc te zdjęcia Hano i Mnemo głównie :)) Ale i dla innych, ukrytych również te zdjęcia są ;))
Fajne nie? ;)




Ale to nie wszystko, bo dojrzeliśmy JĄ w okolicy sklepu spożywczego. Dla siebie więc strzeliliśmy fotkę i dla szfystkich kociar :) Na wygląd to koteczka, ale na 100% pewni nie byliśmy ;)


Mieszkają tam kociarze bo zaraz obok:


O Halstatt można sobie w necie poczytać wiele ciekawych rzeczy, a najlepiej tam jechać i podziwiać na żywo te widoki. Oczywiście wiem, że miasteczko jest piękne latem i dla turystów, natomiast mieszkańcom żyje się tam chyba dość trudno. Trochę jak w skansenie, bo konserwator zabytków nie pozwala na radykalne przebudowy i zmiany. W tej chwili, stałych mieszkańców jest ok.700.
Na koniec ciekawostka. Może część z Was słyszała, że Chińczykom tak się Halstatt spodobał, że zrobili dokładną dokumentacje miasteczka i u siebie postawili identyczne. Burmistrz tego prawdziwego Halstatt był na początku oburzony, że jak to tak można, bez pozwolenia i w ogóle, ale potem stwierdził, że to doskonała promocja miasta i Chińczycy będą chcieli zapewne obejrzeć oryginał. Faktycznie, jest ich mnóstwo, działa nawet restauracja chińska.
Mam nadzieję, że choć trochę zapomnieliście o zimnie za oknem i wróciliście do miłych wspomnień z Waszych urlopów 
i wyjazdów, kiedy było ciepło i przyjemnie na dworze :)