sobota, 21 lutego 2015

Nie ma już wymówek i o Skarpecie słów kilka.

Zanim o wymówkach, to najpierw o Skarpecie. Chwalebna to część garderoby, do której można coś zbierać, a potem z niej wyciągnąć i komuś pomóc. W Pastelowym Kurniku można poczytać więcej, do czego zachęcam osoby, które jeszcze ( a są takie??;)) tam nie zajrzały.
A tutaj - konkrety.
I wierszyk motywujący do działania:

  Na Skarpetę nie żal czasu, na Skarpetę nie żal snu,
coś podłubiesz, prześlesz kasę, a pomożesz kotu, psu...
(Mnemo)

Teraz o wymówkach. Od jakiegoś czas śni mi się, że biegam. Moja dusza biega, bierze udział w zawodach, ale ciało oporne na ten rodzaj ruchu. Sama nie wiem, dlaczego. Podejrzewam, że w szkole na wuefie coś poszło na początku nie tak, szybka nigdy nie byłam, jeśli chodzi o biegi, a potem to już było coraz gorzej. Gry zespołowe, gimnastyka - wszystko ok., jak przychodziło do biegania, nerwy i szybka zadyszka.
Los postanowił ze mnie z lekka zakpić i postawił na mojej drodze Chłopa, który w młodości trenował lekkoatletykę i wrócił do sportu, już amatorskiego, po wielu latach przerwy. Zaczynaliśmy oboje od kijków. Jak dla mnie bezpieczne, bo nie ma zadyszki, chodzić szybko potrafię, więc pełen luz ;)
Ale chcę więcej. Skoro inni/ inne mogą, to dlaczego nie ja?
Łatwo jest nabawić się kontuzji i zrobić sobie krzywdę, przeginając z treningami. Albo zniechęcić się po kilku metrach, dostając zadyszki i kolki. To wiem. Postanowiłam podejść do sprawy ostrożnie niczym kot, delikatnie dotykając łapką nową rzecz ;) Mam stary telefon. Nic nadzwyczajnego, bo ja mam same stare telefony. Używam jednego starocia, a dwa pozostałe sobie leżą. 
W jednym mam program do biegania dla kompletnych laików, cieniasów i początkujących. Przez tyle lat nie wykasowałam go, niechętnie kasuję cokolwiek z telefonu, zresztą ;) Uczyniłam zatem krok pierwszy, a właściwie już drugi. Potem wyjaśnię.
Tym krokiem było naładowanie owego starego telefonu. Działa, bo ma nieczynną kartę SIM. Telefon odpalił, nagranie działa, czego brakuje? Słuchawek, oczywiście, bo lubię mieć wolne ręce, bieganie z telefonem w dłoni nie wchodzi w grę zatem. Kiedyś wrzuciliśmy wszystkie słuchawki do jednego koszyczka. Namierzyłam zatem koszyczek, wysypałam zawartość i znalazłam je!! Nówki nieśmigane, nigdy nie używane, bo z folijką w jednym miejscu.
Skoro więc sprzęt czekał gotowy, to nie pozostało mi nic innego, jak ubrać się odpowiednio, ustalić trasę ( po miękkim podłożu tylko) i wyjść z domu. Ten moment nastąpił dzisiaj. Nie zniechęciłam się po dzisiejszym dniu. Trening trwa około 35 minut, zrobiłam, jak mi się wydaje trochę ponad 4 km - na drugi raz policzę dokładniej, potem wróciłam do domu, wzięłam kijki 
i machnęłam jeszcze swoją traskę w liczbie około 6 km. Mam nadzieję, że coś z tego w końcu wyjdzie. Na razie chciałabym przebiec 5 km bez większej zadyszki i zatrzymywania się. Zobaczymy.
Teraz zdjęcia. Dzisiaj nie robiłam żadnych, te pochodzą sprzed kilku dni. Badylki tym razem:





A to mój sprzęt do marszobiegów:



Robi wrażenie, prawda? Ktoś może się oczywiście zapytać i słusznie, dlaczego nie wrzucę sobie tego nagrania na telefon, którego używam na co dzień? Otóż motorola bardzo niechętnie współpracuje z komputerem i szybciej będzie, kiedy ją naładuję 
i wezmę na trening. A dlaczego napisałam wyżej, to to drugi krok? Ponieważ już jakiś czas temu wydobyłam ją z niebytu, naładowałam i na tym się skończyło. Ale to było w zeszłym roku.
Na koniec, choć to jeszcze nie Wielkanoc, to ja się podzielę z Wami jajeczkiem ;) Spokojnie, na mózg mi nie padło od nadmiaru ruchu na powietrzu ;) Dzisiaj rano jedliśmy jajka na śniadanie i takie serduszko się mi pojawiło, które niezwłocznie udokumentowałam:



Miłego weekendu zatem życzę :)

poniedziałek, 16 lutego 2015

Prawie wyłącznie pociągi

Tydzień temu wybrałam się do stolicy naszej wojewódzkiej, a Chłop mój miał do mnie dojechać po pracy. Mając jeszcze pół godziny do przyjazdu jego pociągu, poszłam sobie na peron - ileż się działo! Ile ciekawych rzeczy zauważyłam, które zazwyczaj umykają wzrokowi zapędzonego podróżnego ;) Do dyspozycji miałam tylko komórę i dzięki niej porobiłam zdjęcia :) Zakaz fotografowania na dworcu już nie obowiązuje, więc tym lepiej dla mnie. Poczułam się jak dziecko w ogromnym sklepie 
z zabawkami, któremu pozwolono te zabawki oglądać i się nimi bawić ;)

Kiedy weszłam na peron, zobaczyłam ten pociąg, gotowy do odjazdu. No to cyk:


I pojechał sobie do Wolsztyna, ale następne czekały w kolejce ;)



Odjechał sobie do Leszna.

Ale przy sąsiednim peronie zauważyłam brudaska do Szamotuł. I tak się mi podoba:



Ktoś ze środka groźnie na mnie popatrzył ;) 

A tutaj słynny peron 4a. Słynny, bo tysiące ludzi wkurza się, nie mogąc go odnaleźć, albo zmuszonych do cwału przez cały dworzec mając przesiadkę na ten przykład. Teraz w zapowiedziach, pani mówi, że peron ten znajduje się za starym budynkiem dworca. Nie wspomina jeno, że z nowego budynku to ładnych kilka minut marszu ;)
Kiedy ja szalałam z aparatem, stał tam pociąg do Jeleniej Góry. Ten czerwony. Pierwsze zdjęcie pokazuje wejście na peron 4a.



Zauważyliście tę piękną żółto - niebieską lokomotywkę manewrową? Cudo :))


A tu straszący i pusty budynek - jeśli dobrze pamiętam, swój posterunek mieli tu peronowi.


Tajemnicza tabliczka na innym budynku. Nie mam pojęcia, o co chodzi. Ale nie szukałam rozwiązania tej zagadki. Może kiedyś się dowiem.


Ale cóż. Na tor przy peronie 5 wjeżdża z rozmachem pociąg, który przywiózł mi Chłopa. To koniec sesji zdjęciowej na dzisiaj:


To nie wszystkie zdjęcia, jakie chcę Wam dzisiaj pokazać. Kolejne pochodzą z mojego przejazdu kolejowego. W piątek trzynastego było tak:



W sobotę świeciło piękne słońce:



W niedzielę też. Czeska lokomotywa o polskim imieniu Madzia, wjeżdża na nasz dworzec, ciągnąc między innym piętrowe wagony. Dawno już takimi nie jechałam, więc wsiedliśmy do jednego z nich:



Co ja na to poradzę, że lubię pociągi? Ten post to taka odskocznia od rzeczywistości. 
Wiedzieliście np., że dzisiaj jest rocznica podpisania rozejmu w Trewirze, który kończył teoretycznie Powstanie Wielkopolskie. Teoretycznie, bo Niemcy jeszcze klika miesięcy pozwalali sobie na wojenkę podjazdowo - zaczepną. Dokument ten nie zawierał albowiem daty, od której ten rozejm miałby obowiązywać. Sprytne, nie? W związku z tym nasunęły się mi różne niewesołe refleksje na ten temat.
Dodatkowo usłyszałam dzisiaj w Radiu Merkury, że były wiceprezydent Poznania, na temat którego jest ostatnio głośno, ma dostać fuchę w PKP Nieruchomości. Taaa ..... ma facet doświadczenie w tej mierze, bo odpowiedzialny był za inwestycje 
w Poznaniu np. budowę nowego dworca kolejowego. Wróc! Za budowę galerii i doklejonego doń budyneczku z kasami biletowymi i paroma krzesełkami dla podróżnych. Odpowiedzialny był również za ślimaczący się od kilku lat remont Kaponiery, czyli centralnego skrzyżowania w mieście i wielu innych, równie "sprawnie" przeprowadzonych robót. 
To ja już wolę sobie o pociągach popisać. I suchych badylkach.

piątek, 13 lutego 2015

Noszę sie z tym od środy

U GosiAnki dziś od rana post o dobrych ludziach. Osobiście bujam się z tym tematem od - nawet nie środy, tylko od zeszłego tygodnia. 
Pisałam jakiś czas temu o rowerowym wyczynie mojego ojca. W poniedziałek po owej sobocie ( czyli już prawie 2 tyg. temu) okazało się, że to nie zwykłe zapalenie pęcherza, tylko problem wielu starszych panów, czyli prostata. Która to była od lat pod kontrolą urologa, rzecz jasna, a pod koniec stycznia zdecydowała dać czadu.
Ojcowy urolog - z miasta wojewódzkiego, powiedział mu, że tu jedynie operacja i jeśli on miałby ojca wziąć do swojego szpitala, to dopiero w kwietniu. Niby kwiecień to niedługo, ale ... właśnie.
Jako, że do naszego miasta przyjeżdża jeszcze jeden urolog z województwa - pracuje w innym szpitalu, to brat pojechał do tego szpitala, żeby się o rzeczonego spytać, gdzie przyjmuje, bo może szybciej dałoby radę do tegoż szpitala przyjechać na wizytę. Pani, 
z którą brat rozmawiał zaproponowała innego lekarza. Bo ten wyżej wymieniony jest za bardzo zaganiany i jeszcze parę szczegółów dorzuciła - jest to prawda, bo i ojciec i bratowa mieli z nim do czynienia już wcześniej.
W każdym razie, pani ta umówiła wizytę w zeszły piątek, a w poniedziałek był telefon z tego szpitala, że ojciec ma przyjechać doń w czwartek ( czyli wczoraj) i dzisiaj zapewne będzie operowany. To chyba dobrze, bo sytuacja ta życiu nie zagraża, ale jego komfort pogorszyła i to bardzo.
Jestem naprawdę zbudowana postawą tej pani, która popchnęła sprawę ostro do przodu - można? Można.

Poniedziałek i wtorek były dość mocno zawirowane. Poniedziałek szczególnie. Okazało się, że ojciec ma brać zastrzyki przeciwzakrzepowe. Pani podała nazwę, trzeba było iść do rodzinnego ( Poniedziałek!!! Pełnia sezonu grypowego!!!) po receptę, a potem ewentualnie do zabiegowego, żeby zastrzyk został zrobiony, albo zrobić go samemu.
Jako, że poniedziałek miałam wolny ( rozmrażałam lodówkę!!), zadzwoniła do mnie mama, czy nie pojechałabym z ojcem, żeby to wszystko załatwić. Do przychodni nie można było się w ogóle dodzwonić - przeziębiona bratowa próbowała, bo chciała się zarejestrować do lekarza. Skoro już pojedziemy, to ją zarejestruję.
W rejestracji niemiła niespodzianka - do żadnego lekarza nie ma już numerków!! A receptę - to proszę wejść sobie bez kolejki do jednego lub drugiego lekarza. Nosz ............. sobie wejść, jasne .... ja, która nienawidzi tłumów i wpychać się do kolejki nie umie. Ojciec też nie potrafi. Zresztą osłabiony był po tym wszystkim.
Ale za chwilę robię drugie podejście do rejestracji i pytam się, co ma zrobić chora osoba ( bratowa) w tej sytuacji - urlop brać, czy co?? 
Nie wiem, co się stało, bo kobita mówi, że jeszcze jeden numerek został do lekarza X. 
Bratowa zarejestrowana, ale przed drzwiami gęsto. Cholera. Kichający i kaszlący tłumek. W końcu mówię ojcu, żebyśmy pojechali prywatnie do sąsiadki - lekarki z tej samej przychodni, która pracę zaczynała po południu. Jesli będzie w domu, to poprosimy o wypisanie recepty, a jak nie, to za dwie godziny bratowa pójdzie do lekarza X. i bez łachy i proszenia się komukolwiek, ojciec wejdzie razem z nią.
Sąsiadka w domu była, receptę wypisała ( rodzice chodzą do niej, zresztą), kasy nie wzięła. Ulżyło mi. Pojechałam wykupić te zastrzyki, a potem załadowałam towarzystwo do samochodu i zawiozłam do przychodni. Zastrzyk został zrobiony, rodziciel zawieziony do domu, a po godzinie pojechałam po bratową.
Nie wiem, ile kursów zrobiłam, niczym DHL ;) Najważniejsze, że załatwiliśmy.
We wtorek zaliczyliśmy jeszcze krótką wizytę na izbie przyjęć - przed południem, więc teoretycznie najpierw lekarz rodzinny powinien wystawić skierowanie (!!!!), ale przyjęli ojca i udzielili pomocy. Na dyżurze był chirurg, którego pamiętałam z zeszłego roku, przy którym Smerf Maruda to największy na świecie optymista :))) ale gość jest bystry i nawet się ucieszyłam, jak go zobaczyłam. A na jego marudzenie jakoś jestem uodporniona ;)
Mam nadzieję, że na tym niemiłe niespodzianki się skończyły, chociaż pewności nie ma.
Tak się jakoś składa, że w ostatnich latach, prawie co roku, ktoś z rodziny ląduje w szpitalu. Chłop mój, brat, bratowa, Młody. Mama była dwa dni na rozbijaniu kamieni, mnie w tym spisie nie ma i niech tak zostanie, kurde.
Nie wiem ,dlaczego tak się dzieje, czy jakieś odczynianie musiałoby być? Oczyszczanie? Jakieś pomysły macie może? Pytam poważnie.

Dzisiaj piękne słońce u nas. Mam nadzieję, że uda się mi wyjść sobie na kijki, wczoraj byłam :)
Miłego dnia wszystkim życzę :)
Szukajmy więc dobrych ludzi wokół i dobrych zdarzeń.