sobota, 31 stycznia 2015

Na koniec miesiąca

Poagitowałam ostatnio za ruszeniem się pospolitym z kanap, sof, foteli, dywanów, czy innych tam siedzisk. Wypadałoby teraz pochwalić się własną aktywnością, żeby nie być gołosłowną.
 To proszę bardzo. Moje chodzenie w tym miesiącu:


 Wygląda nieźle, moim zdaniem :) Bo, jak już napisałam w poprzednim poście, jakieś trybiki odpowiedzialne za ruch, w końcu zaskoczyły. Chyba. Czasy, które podałam, są ogólne, bo idąc nie włączam żadnych stoperów, czy aplikacji, tylko patrzę na zegar wychodząc. Bo po drodze robię zdjęcia ,albo staję i pacze sobie w dal, więc się nie liczy. Albo na pociągi czekam.
Co do pogody, to trochę śniegu spadło wczoraj, większość na szczęście stopniała i dobrze. 
Pooglądajcie sobie zdjęcia sprzed kilku, kilkunastu dni:








Widok na moje miasto we wtorek:


Trochę biało się zrobiło, ale potem stopniało. Dopiero wczoraj ....

Dzisiejsze popołudnie było dość emocjonujące. Kiedy szłam z kijkami, zadzwonił mój brat. Niestety nie słyszałam go za dobrze, bo w tamtym miejscu wiało i zasięg się gubił. Zrozumiałam tyle, że mam zadzwonić do rodziców, bo mama chora, ojciec chory, może do lekarza trzeba będzie z nimi jechać ... brat wyjeżdżał do pracy. Wczoraj wszystko było ok., więc co się stało? Dobrze, że go w całości nie dosłyszałam, bo zdenerwować się człowiek zawsze zdąży. Wróciłam do domu, przebrałam się w suche rzeczy 
i poszłam do rodziców, mieszkam niedaleko, dzwonić nie będę. Okazało się, że mama miała wieczorem gorączkę, dzisiaj już było lepiej, ale trochę ją to osłabiło, a ojciec - no ten się popisał. Miał problem z oddaniem moczu i nad ranem pojechał sam!! rowerem !!! do szpitala na pogotowie, czy jak to tam się teraz nazywa. Założyli mu cewnik, co przyniosło ulgę i wrócił znów sam, tym rowerem, z założonym cewnikiem do domu. No ręce opadają. Jako, że pani na dyżurze nocnym nic mu nie przepisała, 
w sensie recepty, tylko kazała kupić neofuragin, to w południe zawiozłam go ponownie na ten dyżur, był jakiś sensowniejszy lekarz, który przepisał ojcu jakiś antybiotyk plus urosept. I uspokoił go co do objawów. 
Ojciec przeziębił sobie najprawdopodobniej pęcherz, jeździ na rowerze po zakupy itp., spoci się, nie przebierze i problem gotowy. Mam nadzieję, że na tym się skończy, a w poniedziałek pojedzie oczywiście do urologa, do którego i tak umawia się na wizytę co jakiś czas.
A po co napisałam o tym? Z dwóch powodów. Po pierwsze, powtarzam się do znudzenia - trzeba o siebie dbać, a po drugie - jeśli coś Wam dolega, to proście swoje dzieci o pomoc. Czy kogokolwiek innego. Lepiej zadzwonić w nocy do nich, czy obudzić, jeśli są pod ręką w domu, niż samemu coś kombinować. Bardzo Was o to proszę.
Bo tłumaczenie jest takie, że nie będę robić komuś problemów, ale tak postępując, można zrobić jeszcze więcej kłopotów. Sobie i innym.
A tak w ogóle, to idziemy dzisiaj na studniówkę. W listopadzie i grudniu miałam zastępstwo w jednej z naszych szkół. I dostałam zaproszenie na studniówkę, którego w ogóle się nie spodziewałam :) z osobą towarzyszącą ,za którą oczywiście się płaci. Ciekawe, jak będzie ....

Udanego weekendu wszystkim życzę :)

wtorek, 27 stycznia 2015

A miałam już nie iść, czyli o mojej motywacji

Zaczęłam pisać ten post wczoraj, ale nie dokończyłam go. Mam nadzieję, że dzisiaj się uda.
A więc ;) najpierw, co zobaczyły moje zaspane oczęta dzisiaj rano, skoro świt chciałoby się napisać, ale do świtu to jeszcze z 1,5 godziny było?
Śnieg, kurde :( Dużo białego śniegu, który ładnie zasypał wszystko, co tylko mógł zasypać i padał sobie dalej. Mrozu na szczęście nie było i w tej chwili, a jest już po południu, prawie wszystko się stopiło i została chlapa na drogach i chodnikach. Pożyjemy, zobaczymy, z jakąż to tendencją szfystko się rozwinie ;)
Teraz do rzeczy, jednakże.
Jeszcze jeden post napiszę o moich ekscesach w ramach nordic walking. Weekend upłynął mi pod znakiem spacerów z kijkami, a wczoraj miałam już nie wychodzić. Ale poszłam, jakoś tak się mi zachciało, że przebrałam się i ruszyłam na moją stałą trasę. Nie zawsze tak jest, oj nie. Czasem zmuszam się do wyjścia i oczywiście nigdy nie żałuję tego. Bo po drodze zrobię jakieś zdjęcia, popatrzę sobie na pociągi, zauważę zmiany wokół domów, które mijam, obszczekają mnie psy, zaćwierkają wróble ;)
Chciałabym tym moim dzisiejszym wpisem, zmotywować wszystkie wahające się osoby. Zmotywować do ruchu, niekoniecznie nordic, bo nie każdemu musi to odpowiadać, w rzeczy samej.Wzbudzenie motywacji u siebie samej trochę trwało, łatwo nie było, ale tak od początku roku widzę i czuję, że jakiś trybik w końcu zaskoczył i ruszył z miejsca :) Oby na stałe.
Pożyjemy, zobaczymy. Dużo pracy przede mną.
Do rzeczy, jednakże. Wyciągnęłam pewną książkę na temat nordic walking, napisaną przez parę instruktorów i prekursorów tego sportu, Małgorzatę i Tadeusza Figurskich. Piszą w niej, że praktycznie KAŻDY może z kijkami chodzić. Dodając oczywiście, że osoby przewlekle chore muszą spytać się lekarzowi, czy mogą.
NW może wspomagać leczenie nadciśnienia, cukrzycy, chorób żył w nogach, czy podwyższonego cholesterolu. Z wypowiedzi instruktorki NW i rehabilitantki wynika również, że "pacjenci z chorobami stawów biodrowych, kolanowych, czy skokowych poruszali się zwykle przy pomocy kul (...), kije do nordic walkingu i marsz okazały się idealnymi zamiennikami 
i udowodniły, że mogą oni poruszać się bez kul ( oczywiście, jeśli mogą już z nich zrezygnować).
Dodatkowo, pacjenci, przy marszu z kijami, skupiają swoją uwagę na pracy ramion i rąk, zapominając, że utykają lub nierównomiernie obciążają swoją kończynę. Kije stanowią dla nich podparcie i jednocześnie odciążenie."

Jak to, co czytamy w książkach ma się do rzeczywistości?
Obiecanki odnośnie schudnięcia, lepszego samopoczucia, czy pozbycia się wielu dolegliwości?
Ma i to sporo. Mój Chłop na ten przykład. Jeszcze nie tak dawno, czyli jakieś dwa lata temu ważył prawie 90 kg, co przy jego wzroście było już lekką nadwagą. W młodości uprawiał sport wyczynowo, a potem była ogromna przerwa i papierochy. Palenie rzucił kilka lat temu i wrócił do biegania. Kondycja na początku była słabiutka, ale poprawiała się. Potem przyszła operacja, po której znów wszystko trzeba było zaczynać od nowa, ale dał radę. W 2014 roku przebiegł dwa półmaratony, nie licząc krótszych biegów. W tym planuje maraton na jesień. Nie mówiąc już o tym, że mało co go w tej chwili boli, jeśli chodzi o układ kostny.
Jakiś czas temu, po wstaniu z łóżka, musiałam się najpierw rozchodzić, bo kręgosłup, czy stawy ciężko budziły się do życia. Nawet umiarkowany ruch sprawił, że już o tym zapomniałam. Teraz chcę schudnąć ;) ale nie tylko, oczywiście.
Pewien ksiądz - rocznik mojego Chłopa, miał kilka lat temu potężny zawał, miał już nigdy nie odzyskać sprawności i prowadzić bardzo spokojny i oszczędzający tryb życia. Zaczął chodzić z kijkami, nawet na zawody jeździł i śmigał, że się kurzyło. Może nadal jeździ - nie wiem.
Przy sylwestrowym stole siedział z nami pan, starszy od nas ładnych parę lat. Odkąd zaczął biegać to schudł, unormowało się mu ciśnienie i cholesterol.
I takich historii - prawdziwych można usłyszeć wiele. Jeśli my o siebie nie zadbamy, to nikt za nas tego nie zrobi. Lekarze, jak to lekarze - różni są. Jedni zapracowani, a inni zainteresowani wciśnięciem pacjentowi leków "najnowszej generacji", kolejki przed gabinetami, kolejki do specjalistów ..... przed wieloma można zwiać na swoich nogach. Pamiętajmy o tym :) Ruszyć się z fotela, czy kanapy możemy w każdym wieku i każdy może znaleźć dla siebie coś odpowiedniego. Byle z rozsądkiem. 

To się nawymądrzałam ;) Jestem, rzecz jasna realistką, a nie zaślepioną entuzjastką, naiwnie wierzącą w różnego rodzaju sportowo - odżywcze "objawienia". Rozsądek przede wszystkim :)

Myślę, że fajną rzeczą jest zapisywanie swoich osiągnięć. Chłop założył mi konto na takim jednym portalu, na którym mogę wpisywać, co robiłam, dokąd szłam, jaka była pogoda i ile czasu mi to zajęło. Konto jest widoczne tylko dla moich znajomych, czyli z Chłopem są to trzy osoby :))

A na koniec kilka motywatorów ;)


To jak? Idziemy? Tylko nie odpowiadajcie "To idźcie" ;))
Miłego wieczoru wszystkim :)

piątek, 23 stycznia 2015

Ruszajmy zatem żwawo, czyli subiektywna rzecz o kupowaniu kijków

Do napisania tego postu natchnęła mnie jedna z naszych blogowych koleżanek, która chciała nabyć kijki nordikowe i stwierdziła, że jestem odpowiednią osobą, z którą może ten zakup, a właściwie przedzakup skonsultować. Na moje barki spadło zatem wielkie brzemię odpowiedzialności, bo ekspertem w temacie nie jestem. Ale z drugiej strony, mogę opisać rzecz subiektywnie, z mojego punktu widzenia, bo kilka lat szwendam się kijkowo po lasach, osiedlach i zawodach ;)
W każdym razie, kijki zostały zakupione, koleżanka nasza, uzbrojona w wiedzę, mogła w sklepie wyłożyć swoje racje, argumenty, pogrymasić i wymagać :))
Jako, że wiosna zbliża się wielkimi krokami, a pogoda w tej chwili sprzyjać może spacerom i być może ktoś z czytających tego bloga stanie przed dylematem, jakie kijki kupić, na co zwrócić uwagę ... wiedza ta jest w internecie, ale tutaj też ją znajdziecie za moment ;)
No to jedziemy.
Przede wszystkim odróżniamy kijki do nordic walking od kijków trekkingowych. Czym się różnią?

Kijki do nordic walking:
- mają przy rękojeści rękawiczkę
- są często w całości*
- ochraniacz na końcówkę, tak zwany bucik, jest w kształcie buta.

Kijki trekkingowe:
- przy rękojeści mają tylko pasek
- są skręcane, można je złożyć
- ochraniacz na końcówkę jest okrągły.

*  Według znawców, najlepsze są kijki nieskręcane. Dlaczego? Bo w trakcie marszu się nie złożą znienacka. Poza tym, amortyzatory słychać trakcie marszu, może to komuś przeszkadzać.
Rozwinę ten temat za moment.

Proste, prawda? Czyli umiemy już odróżniać jedne od drugich.
Idziemy więc do sklepu i dostajemy oczopląsu na widok mnogości i różnorodności kijkowej. Ale my nie dajemy ponieść się tej fali zwątpienia, bo mamy silną broń. Wiedzę!
Chcemy kije do nordic, odrzucamy zatem wszystkie trekkingowe. Jedna trzecia pracy za nami.
Będzie więcej, jeśli już w domu ustalimy sobie, czy chcemy kije skręcane, czy nie.
Kiedy skręcane? Jeśli chcemy brać je w podróż, poruszamy się głównie pociągami i autobusami i pokrowiec z nieskręcanymi będzie nam przeszkadzał. Skręcone będą o połowę mniejsze i mogą zmieścić się do naszej walizki ( ale nie muszą!).
Poza tym, jeśli kijki będziemy dzielić z kimś, kto jest innego wzrostu niż my.
Logiczne, prawda?

Czyli kolejny krok za nami.

Stoimy zatem przed wystawką z kijami i paczymy na .... nie, nie, nie kolor, to na końcu ;)
Jeśli wybraliśmy nieskręcane, to musimy wiedzieć, jaką długość kija wybrać. To bardzo ważne.
Jak to obliczyć? Najprościej i najłatwiejszy do zapamiętania chyba, będzie wzór: wzrost x 0,7.
Jeśli chcemy dokładniej - proszę bardzo:
- niewyczynowe chodzenie dla początkujących: wzrost x 0,66
- wyczynowe: wzrost x 0,68
- albo coś pośrodku: wzrost x 0,67.
 Wszystkie te sposoby podawane są na różnych stronach internetowych i w książkach dotyczących NW. Do wyboru, do koloru ;)
Nieskładane kije mają długości co 5 cm, czyli np. 110, 115 itd. 
Uzbrojeni w powyższą wiedzę i obliczenia paczymy;) sobie na skład kija : ile i czy w ogóle ma włókno węglowe, czyli szukamy określenia "carbon". Im więcej, tym lepiej, bo kije są wtedy lżejsze. Droższe również, no ale ;)
Paczymy również na rękojeść. Najlepsza jest z korka, bo dłoń się tak nie ślizga i nie poci, a korek ten pot też wchłonie i dłoń - no właśnie, jest stabilniejsza ;)
Pozostajemy przy rękojeści, bo tu wisienka na torcie, czyli wypinana rękawiczka. Po co nam wypinana rękawiczka? Po to, żeby było wygodnie sięgnąć np. do kieszeni po chusteczkę lub aparat, bez ściągania całości, lub wywijania kijem na wszystkie strony.
Jeśli chodzi o końcówki. W tej chwili preferowane są w kształcie ostrza - my przy swoich mamy okrągłe. Które są lepsze? Trudno mi powiedzieć, ostrzami łatwiej wbić się w podłoże, ale okrągłe też dają radę. Jeśli nie planujemy wyczynowego chodzenia ( na razie ;) ), to niech nam ta różnorodność końcówek snu z powiek nie spędza ;)
Dobrnęliśmy prawie do końca. Wytypowany sprzęt bierzemy w dłoń, zakładamy rękawiczkę ( zwracamy uwagę na oznaczenia: prawa, lewa) i zwracamy uwagę, czy ramię tworzy kąt prosty z przedramieniem.
Jeśli do tego kolor kijków się nam podoba, to nie pozostaje nam nic innego, jak je nabyć i ruszyć w teren.
Tylko przed ruszeniem, popatrzcie, jak wygląda prawidłowy chód. To bardzo ważne. I jeśli będziecie spacerować po miękkim terenie, to zdejmijcie buciki, nie swoje, tylko nakładki :)) Te przydadzą się na asfalt lub beton.
Z tymi bucikami - autentyczna historyjka. Pewna moja znajoma wybrała się z nami do lasu na kijki. Ruszamy, ja do niej: Buciki zdejmij!
Ona spojrzała na mnie jak na wariatkę i mówi: - No, co ty??!! 
Wyjaśniłam jej, o które buciki chodzi, uśmiałyśmy się obie.

Jeszcze słów kilka na koniec. Producenci kijów wymyślają różne bajery przy nich. Możecie na nie trafić :) Jest to np. możliwość ściągnięcia bucików za pomocą takiej dźwigienki. Nie musimy się więc schylać, szukać dla nich miejsca w kieszeniach, czy dotykać brudnych. Zakładanie odbywa się analogicznie. Przydatne, kiedy chodzimy po mieszanym terenie i chcemy jak najlepiej wykorzystać możliwości kijków.
Nie dalej, jak wczoraj, w naszej lokalnej telewizji widziałam kijki, które można regulować, ale tylko w obrębie 10 cm. To dla wyczynowców. Wchodzisz pod górkę, skracasz, schodzisz - wydłużasz. Taki bajer.
Teraz kwestia ceny. W miarę dobre kijki kosztują już od 120-150 zł. Nie trzeba kupować markowych, bo czasem pojawiają się niemarkowe w różnych lidlach itp. Te z Lidla są niezłe - koleżanka sobie kupiła kiedyś ( słomiany zapał ), pewnie niedługo będą mieli w sprzedaży, więc jeśli ktoś nie jest pewien swojej wytrwałości i zapału, może je sobie kupić, bo są tańsze. 

Chyba o wszystkim najważniejszym napisałam. Jeśli macie ochotę podyskutować o tym w komentarzach - proszę bardzo :) Nie jestem kijkowym, wielkim ekspertem, ale jakąś tam wiedzę wypracowałam sobie przez ostatnie lata. Zawsze się też czegoś ciekawego dowiem.

Miłego weekendu wszystkim życzę :)