wczoraj naszego Merlinka do Poznania, do jego nowej rodziny. W sumie już nie jest nasz. Dokumenty adopcyjne podpisane, Merlinek został członkiem sześcioosobowej rodziny, w tym pięciu ludzi i jednej kotki. Ludziom się spodobał, a z kotką jeszcze nie miał przyjemności się spotkać, bo musi nabrać zapachu tamtego domu, żeby zacząć się z nią poznawać. Mam nadzieję, że się polubią i będą razem i zgodnie w domu rozrabiać.
Rano dostałam wieści, że kot przespał nockę z jedną z córek, która dzieli z nim teraz pokój, zjadł, rozgląda się ..... i dobrze, niech mu tam będzie jak najlepiej. Chociaż nie ukrywam, że musiałam wczoraj mocno się powstrzymywać, żeby się tam nie rozpłakać. Na pożegnanie ucałowałam go, zabrałam transporterek, a on popatrzył na mnie, jakby się pytał - Hej, a ja? Naprawdę tak było.
Nowi ludzie Merlinka wyglądają na sympatycznych, normalnych, więc mam nadzieję, że intuicja mnie nie myli.
Z Mela mieliśmy jazdę o ubranko pooperacyjne. Zaczęło się od tego, że w gabinecie dziewczyny - praktykantki założyły jej to ubranko tyłem na przód. Ja tego nie zauważyłam, bo ogólnie byłam zmęczona, rozjechana, zdenerwowana i w ogóle. W drodze powrotnej Mela zsikała się i ubranko zrobiło się mokre. A ja drugiego nie miałam. Na szczęście zadzwoniłam do znajomej, która pożyczyłam mi trzy aż. Tyle, że Mela nie chciała współpracować, czemu się oczywiście nie dziwiłam, martwiło mnie tylko to, żeby jej się szycie nie rozeszło. Jakoś udało się. Ale i tak jeszcze mi coś w tym ubranku nie pasowało, ale już ją tak zostawiłam na noc. W sobotę po południu poszła w końcu do kuwety i zmoczyła drugie ubranko. Ale miałam w zanadrzu kolejne
i stwierdziłam, że założę jej to, które znajoma zrobiła z dziecięcej koszulki. Cieńsze, lżejsze, bez szwów. W dodatku nie wkładałam jej tylnych nóg w to ustrojstwo i pojechałam do Poznania
z Merlinkiem.
Wróciłam wieczorem, razem ze znajomą od ubranek, weszłam do Meli, a ta leży sobie wyluzowana na pufie, ubranko na podłodze, a ta cała szczęśliwa i zadowolona .... więc już jej nie zakładałam tego ustrojstwa. W sumie jakoś bardzo się tym brzuchem nie interesowała, więc co będzie, to będzie. Jutro rano okaże się, najwyżej w gabinecie jej założymy już tak, jak powinno być.
Na razie kotka je, załatwia się, jest dość spokojna, dostaje też lek przeciwbólowy
i przeciwzapalny - z karmą.
I chociaż wydaje się to niemożliwe, ale widzę różnicę w stadku kotów, kiedy przychodzą jeść np., że jest ich mniej. A to tylko jeden kotek mniej.
Od wczoraj Mela i jedna z jej córek - Mysza są formalnie nasze. My również podpisaliśmy dokumenty adopcyjne. Chociaż tak naprawdę to nasze są od momentu zabrania ich z tych przykolejowych ruin....
Udanego tygodnia wszystkim :)
Wiele potrzeba cierpliwości i serca.
OdpowiedzUsuńPodziwiam was nieustająco...
jotka
Czasem jej brakuje już. Jak się kotełki nakręcą i rozkręcą zanadto.
UsuńSzczęścia dla Merlinka, żeby dokocenie się udało!
OdpowiedzUsuńNo tak, te ubranka nie są lubiane, jak nie wylizuje tego miejsca to bedzie dobrze.
Nowi opiekunowie Merlinka już kotki zapoznali i wszystko jest na dobrej drodze. Oby tak dalej, to niedługo obydwa koty będą się razem bawić i szaleć po domu. Z Melą byłam dzisiaj u kontroli i na szczęście jest dobzre, nie rozlizała sobie tego.
UsuńŚwietnie!
UsuńJesteś niesamowita, piękna i inspirująca!!! Niech Merlinek jest szczesliwy w nowym domu. Ja wierzę, ze zapamięta swą pierwszą przyjaciółkę, czyli Ciebie.
OdpowiedzUsuńMela i jej zadowolenie z siebie bez ubranka bardzo mnie rozbawiło. Pozdrawiam i tule obie do serca. 🤗🤗🫶🫶❣️❣️
Dziękuję :) Ciekawe, czy będzie nas pamiętał .... ale najważniejsze, żeby był zdrowy i szczęśliwy. Z Melą byłyśmy dzisiaj na kontroli, wygląda to dobrze, więc nie będę jej zmuszać do chodzenia w ubranku.
UsuńFajnie, że jeden z kotków znalazł już nowy domek, ale rozumiem też twój smutek, gdy musiałaś go zostawić...Człowiek się przywiązuje chcąc nie chcąc i zwierzątka też sie przywsiązują. To są takie przykre momenty w życiu. Nie da sie ich uniknąć, bo inaczej człowiek miałby w domu istne kocio-psie sfory. Coś jak Violetta Villas. Na szczęście zwierzaczki szybko zapomną i przestaną tęsknić. A Tobie życze by reszta kotków też wywędrowała wkrótce do nowych domów. Bo tak to powinno być i tak byłoby najlepiej...Nie wiedziałam, że podpisuje się jakieś dokumenty adopcyjne dla przygarnietych przez siebie, znalezionych kotków, że wszystko musi być formalizowane. Czemu właściwie służą te dokumenty?
OdpowiedzUsuńUściski serdeczne dla Ciebie, lLdko!
Dostałam dzisiaj i wczoraj zdjęcia oraz filmiki Merlinka, na których bawi się i ogólnie odważnie chodzi po domu. Zapoznał się już z rezydentką i wygląda to nieźle. Violettą Villas to ja nie chcę być, bo nie mam na to sił. A z tymi dokumentami chodzi o to, że kotki pod opiekę wzięła jedna z poznańskich fundacji, a my zostaliśmy ich domem tymczasowym. Finansują nam karmę, żwirek, czy wizyty weterynaryjne. W dokumentach zatem wszystko musi się zgadzać, toteż podpisaliśmy umowy adopcyjne na Melę i jej córkę, która u nas zostaje. To była w zasadzie formalność, bo obie przecież zostały przez nas zabrane z ulicy i od początku praktycznie są pod naszą opieką.
UsuńAcha, dzieki za wyjaśnienie. Już rozumiem. I przepraszam za moje literówki. Coraz częściej mi się to zdarza. Chyba mózg mi w szybkim tempie rdzewieje!:-))
UsuńRaptem jedna Ci się zdarzyła ;)
UsuńPierwsze koty za pł...znaczy się do nowego domu, superowsko, niech mu tam dobrze będzie!
OdpowiedzUsuńDobrego samopoczucia życzę i czasu na poszukanie wiosny :)
Dziękuję Marija :)
Usuń