piątek, 14 marca 2014

Szpitalne macki

Nie przywiązuję żadnej wagi do trzynastki, absolutnie nie uważam jej za pechową liczbę, chociaż wczorajszy dzień dostarczył nam wielu złych emocji i zdarzeń, chociaż czy do końca były takie złe - chodzi mi o wydarzenia, to chyba jednak nie.
Post będzie o naszej, powiatowej służbie tak zwanej zdrowia.
Mąż od tygodnia ma bóle żołądka. Był u rodzinnej, ma porobione badania USG, na którym nie wyszło nic nadzwyczajnego, zrobił badania krwi i moczu - tam wiadomo, niektóre parametry są pozawyżane, ale to nic dziwnego przy stanie zapalnym, jakimś tam.
Wczoraj z tymi wynikami poszedł jeszcze raz do rodzinnej. Ta je przeanalizowała, wypisała skierowanie na gastroskopię i na koniec wizyty stwierdziła, że dobrze byłoby, gdyby męża zobaczył chirurg, obmacał mu wątrobę, śledzionę, tak dla pewności. 
Ze skierowaniem poszliśmy więc na izbę przyjęć do naszego szpitala. Samo wejście wzbudzić może strach i niemiłe skojarzenia, idzie się plątaniną piwnicznych korytarzy, kierując się strzałkami.
Doszliśmy w końcu, poczekaliśmy chwilę na chirurga, przyszedł młody gość, przystąpił do badania, a potem się zaczęła jazda. Badanie krwi, na wyniki czekamy godzinę. Po tej godzinie, gówniarz mówi, żebyśmy poszli na USG, pierwsze piętro. USG zrobione, nic nadzwyczajnego nie wykazało. Schodzimy, a ten nas wysyła na RTG - drugie piętro. Nosz kurwa, jakby nie można było od razu.
Przeszliśmy przez plątaninę korytarzy, zrobione. Schodzimy na dół i czekamy. Czekamy. Czekamy. I kurwa, czekamy.
A na koniec gówniarz wcisnął nam plik papierów - miał już chyba koniec dyżuru i spieszył się do domu - może ostatni autobus mu za chwilę odjeżdżał o godzinie 15.30, rzucił szybko kilka zdań i wyszedł, zostawiając nas w oszołomieniu. Tych z izby przyjęć chyba też, mimo, że przyzwyczajeni są do różnych rzeczy, które tam się dzieją.
W tym pliku papierów było skierowanie na gastroskopię w trybie pilnym i skierowanie do szpitala na oddział wewnętrzny, bo na chirurgię nie ma podstaw, a tam jednak z tą wątrobą coś jest na rzeczy i dobrze byłoby się jej przyjrzeć. 
Bujaliśmy się z tym wszystkim prawie 4 godziny. 
Koniec końców, mąż stwierdził, że do szpitala nie idzie, dzwoniłam na gastroskopię, to terminy są na maj, a jak kobiecie powiedziałam, że mam skierowanie od tegoż lekarza w trybie pilnym, ta musiała skonsultować to z nim, po czym zarzuciła mi kłamstwo, bo doktor jej powiedział, że dzisiaj mieliśmy zgłosić się na oddział do szpitala i nic więcej. Nosz kurwa, chyba umiem czytać i widzę DWA skierowania, a nie jedno.
Taka to spychologia i brak odpowiedzialności.
Ciekawe, dlaczego mnie to nie dziwi??

Mąż ma jutro wizytę u irydologa, mam nadzieję, że chłop z oczu mu wyczyta więcej i dokładniej niźli te ichnie aparatury i mam nadzieję, że zaleci jakieś zioła, które pomogą, a nie zamaskują tylko objawy. Zresztą to nie pierwsza wizyta u tego lekarza.
Poza tym zadzwoniłam do koleżanki, która pracuje w środowisku medycznym w Poznaniu i obiecała namiar na sensowną panią gastrolog, która pracuje w jednym z poznańskich szpitali. Bo z naszego mam, niestety nie najlepsze wspomnienia i nie najlepszą opinię o ludziach tam pracujących. Naprawdę, jestem daleka, żeby się do kogokolwiek uprzedzać, ale kolejne zderzenie 
z molochem pod nazwą szpital powiatowy, w tej opinii mnie tylko utwierdza.

A dlaczego napisałam, że nie do końca było to takie złe doświadczenie?
Bo z radością wyszliśmy stamtąd, o własnych siłach i na własnych nogach, było pięknie, ciepło, wróciliśmy do domu i nawet pukający młotkiem sąsiad nie był w stanie mnie wkurzyć, ani żaden nieudolny kierowca na drodze. Wyrwaliśmy się tym cholernym mackom i mam nadzieję, że na zawsze.

piątek, 7 marca 2014

Post z cyklu: Podróże kształcą.

Tak się złożyło, że wczoraj musiałam odwiedzić moją dentystkę, niestety. Nic do niej nie mam, fajna i kompetentna z niej kobieta, ale sam przebieg wizyty jest mało komfortowy, nie mówiąc już o uszczupleniu zasobów pieniężnych. Mówi się jednakże trudno, mus to mus, nie o tym będę pisać, jednakże.
Do Poznania jeżdżę zazwyczaj pociągiem i tenże środek lokomocji wybrałam. I dziwnych osobników spotkałam. Najpierw przy kasie biletowej. Gdy przyszłam, stało tam kilka osób, jakaś kobieta kupowała bilety na jutro, o coś tam panią kasjerkę wypytywała, bo bilety były na drugi dzień, chwilę to trwało. Moją uwagę zwrócił osobnik płci męskiej, trzeci w kolejce. Kręcił się, wiercił, wzdychał, jakby miał robaki w tyłku, albo ktoś go od spodu przypalał, tudzież się czegoś naćpał ... Kobieta odeszła od kasy, a facet za nią spytał się o bilet miesięczny, ile kosztuje i o coś tam jeszcze, w końcu poprosił o sprzedanie miesięcznego. Osobnik płci męskiej dostał prawie furii, uderzył pięścią w stojący obok automat do kawy, zaczął głośniej wzdychać, dreptać 
w miejscu, ale się w końcu doczekał. Zamiast od razu poprosić, co tam chciał, wyleciał z paszczą do kasjerki, dlaczego nie ma automatu biletowego, bo przecież tutaj stał, a teraz on musi czekać w kolejce .... Kasjerka nie dała się wciągnąć w pyskówkę, zapytała tylko, dlaczego on do niej ma pretensje, jak mu się to nie podoba, to może złożyć zażalenie do Poznania, bo to racja 
i osobnik po tej kilku zdaniowej wypowiedzi poprosił o bilet do Poznania NAUCZYCIELSKI !
Ręce mi opadły, że taki świr pracuje w szkole i naucza dzieci lub młodzież, a pani w kasie nie omieszkała tego skomentować, że pan jest nauczycielem, a nie potrafi się zachować. Miała rację.
Świrusa widziałam jeszcze jak latał po peronie, gdy pociąg został wcześniej zapowiedziany i śmiał był nie nadjeżdżać po kliku sekundach. Nie mam pojęcia, w jakiej szkole ten debil uczy, ale tylko współczuć jego uczniom i współpracownikom. Chyba, że po przekroczeniu progu swej placówki edukacyjnej, zmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W co osobiście nie wierzę.
Cóż, załatwiłam, co miałam załatwić u dentystki, poskarżyła się, że nie ma swojego zaufanego dentysty ( szewc bez butów chodzi ;)), a swój rozwalony przez kilku konowałów i bolący ząb, powierzyła swojemu technikowi protetycznemu, który stanął na wysokości zadania i na razie jest ok. Swoją drogą, ja trafiłam na nią dzięki ogłoszeniu w gazecie, zupełnie przypadkowo, czasem los nas skieruje w dobre strony.
Nadszedł czas powrotu, a w pociągu usłyszałam rozmowę upiornej dziewoi, lat 20 plus ze swoją znajomą, lat 50 plus. To był koszmar. Dziewoja rozmawiała z ową znajomą o swoim życiu uczuciowym, które wiedzie z chłopakiem z gospodarstwa rolnego. Znajoma starała się nakłonić dziewoję, żeby dokładnie przemyślała sobie sens trwania w tym związku, gdyż na gospodarstwie trzeba ciężko fizycznie pracować, a pracy nigdy nie ubywa, bo zwierzęta, bo ziemia, nie mówiąc już o zajęciach domowych. Na to dziewoja buńczucznie, że ona nie ma najmniejszej ochoty zasuwać w oborze, czy na polu i ona od razu to z teściową i mężem ustali i ewentualnie może coś w domu zrobić. Wszystkie te jej mądrości okraszone były przerywnikami w postaci wulgaryzmów, 
w celu wzmocnienia ekspresji, zapewne.
A teściowej to ona powieeeee .... że ...... i tu następowała seria, jakże przekonujących argumentów za niebrudzeniem sobie rączek przez dziewuszysko. 
Wysiadłam naprawdę zniesmaczona po tym, co usłyszałam, nie podsłuchiwałam, gdyż rozmawiały bardzo głośno. Straszne takie pustaki, które we łbie tylko echo mają.
Tak to się dokształciłam w sensie socjologicznym ;)

Zmieniając temat. Upiekłam drugi chleb na zakwasie, według innego przepisu, dodając ziarna czarnuszki. Wydaje mi się, że ten poprzedni lepiej się wypiekł i lepiej smakował. Może ciut za dużo tej czarnuszki sypnęłam. Poza tym, męża rozbolał żołądek po zjedzeniu tego chleba .... nie mam pojęcia, dlaczego.

A chleb wyglądał tak:



Dzisiaj kupiłam chleb w sklepie. 

Z innych niusów. Zapisałam się na ten ..... bieg. W maju. Dystans ok.7,5 km, chłop zamierza zawalczyć o dystans półmaratoński. Stwierdził albowiem, że ongiś przeszedł na zawodach w nordic 20 km, to teraz, co, nie przebiegnie? Jak nie przebiegnie, to przejdzie :)) 
A ja? Dychę sobie spokojnie łykam, to co, siedem i pół nie przebiegnę? Może nie przebiegnę, ale przejdę :)) 
W związku z powyższym, wybiegłam z chłopem na lekki trening, przedwczoraj i nawet mocno się nie zziajałam. Prawie cały czas powolutku biegliśmy, a zrobiliśmy ok. 4 km. To do maja dam chyba radę, przygotować się na tyle, żeby plamy nie dać, nie?
Kijków nie zarzucam, w żadnym wypadku, kalendarz imprez kijkowo - biegowych jest bardzo bogaty, grafik mamy dość szczelnie od kwietnia do czerwca wypełniony ;) i nie koniec na tym, rzecz jasna.
Pożyjemy, zobaczymy.
Bieganie jest czymś nowym dla mojego organizmu, gdyż nigdy nie lubiłam biegać, sama nie wiem, dlaczego. Może w szkole mnie zniechęcili? Przecież najszybsza nie muszę być.

Trzymajcie się zdrowo i ciepło :)

wtorek, 4 marca 2014

Chleb na Podkoziołek

Może najpierw wyjaśnię, co to Podkoziołek., bo nie wszyscy znają chyba to określenie. U nas, czyli w Wielkopolsce tak nazywają się po prostu ostatki. Nazwa pochodzi od koziołka, który był elementem zabawy w ostatni dzień karnawału. A dlaczego koziołek? Jak nietrudno się domyślić, symbolika tkwi głęboko w czasach przedchrześcijańskich i powiązana jest mocno z płodnością, seksem. Ale nie o tym chciałam pisać, informacji na ten temat jest trochę w sieci, można sobie poszukać :)

Wczoraj upiekłam chleb. Nie wyszedł mi może jakiś super i wspaniały, bo zużyłam nań trochę starawą mąkę żytnią, dodałam chyba ciut za dużo wody, no i mój piekarnik to piekarnik z fochami, aczkolwiek nie było tak źle z nim.
Kilka lat temu sama zrobiłam zakwas, nie zużyłam go do końca, bo zapał mi minął. Jak pisałam w poprzednim poście, na warsztatach dostaliśmy po małej porcji, podkarmiałam go regularnie i część zużyłam na zrobienie zaczynu.
Wtedy, czyli kilka lat temu znalazłam fajną stronę o pieczeniu chleba, mam ją w ulubionych zresztą i stamtąd wzięłam przepis na chleb codzienny. Przygotowania trzeba zacząć dzień wcześniej, przygotowując zaczyn. To nic trudnego.
Oto mój niedoskonały jeszcze wypiek:





Tego pęknięcia nie powinno być, następnym razem będzie może lepiej ;)

W moich ulubionych mam również zakwasową mapę Polski. Nie wiem, na ile jest aktualna, ale może akurat ktoś w pobliżu będzie mógł się nim podzielić. Mój zresztą też rośnie, dokarmiam go świeżą mąką razową, wczoraj miałam z nim poważną rozmowę na temat rośnięcia, wziął sobie do serca moje prośby i uwagi ;) w razie czego mogę się nim podzielić. 
Kretowata - jeśli chcesz, to daj znać tylko :)

Wczoraj również - pracowity ten poniedziałek miałam, wzięłam się za porządki w sypialni. W sensie odkurzania, odsuwania łóżka itp. Mebli tam wiele nie mamy, kilka półek, na nich gromada kotów, a na kotach mnóstwo już kurzu było. Z rozpędu umyłam okno - widać było różnicę przed i po ;) i zastanawiam się, jak tu dobrać się do szafy. Nie, żeby zamknięta była, czy drzwi się zacięły. Nic z tych rzeczy ... 
Zobaczymy, nie ucieknie mi przecież.
Takie mam czasem napadowe chęci, czy potrzeby porządkowania ;)

Miłego dnia wszystkim :)