środa, 13 maja 2015

Dramatyczny poniedziałek

Trochę doszłam do siebie po mocnych wydarzeniach z poniedziałku. Nie dość, że weekend był intensywny, to początek tygodnia rozpoczął się mocnym akcentem.
Chodzi oczywiście o moje zębowe perypetie. Jak ktoś nie lubi tego tematu, to proszę nie czytać, aczkolwiek  nie będę epatować bardzo drastycznymi szczegółami.
O tym, że mam zęby byle jakie, już pisałam i wiele z Was ma podobne problemy. Ale poniedziałkowa wizyta przebiła chyba wszystkie dotychczasowe.
Jakiś czas temu złamała się mi górna siódemka. Była już i tak mocno osłabiona, bo przed kilkoma laty miałam z nią straszne problemy, bolała jak diabli i żadne środki nie pomagały do momentu jej wyleczenia, czy podleczenia. Swój żywot musiała zatem zakończyć mocnym akordem, a jakże. Moja dentystka ze smutkiem pokręciła głową i zaordynowała rwanie. Ona nie należy do nomen omen wyrywnych, ale tu niestety nie dało się nic innego zrobić. Zadziało się to przed świętami jeszcze i egzekucja przesunęła się w czasie, bo primo nic mnie nie bolało, secundo - tak się ułożyło ;)
Nadszedł więc ów poniedziałek, z ciężkim sercem pojechałam do Poznania, bo jakieś mocno czarne myśli mnie ogarnęły i miały swoją podstawę, niestety.
Sadystka przystąpiła do eksterminacji siódemki i po jakiejś pół godzinie męki okazało się, że korzenie siedzą tak głęboko, że sadystce skończyły się narzędzia, za pomocą których mogłaby rzeczone wydłubać. Nie mówiąc już o tym, że znieczulenie powoli przestawało działać ..... rzuciła więc hasło swojej asystentce: Dzwoń do doktora!, robiąc mi w międzyczasie rtg.
Tak, tak, tu konieczna okazała się interwencja zębowego chirurga ..... Wiedziałam już od dawna, że sadystka ma umowę 
z jakimś tam gościem, do którego wysyła czasem swoich najtrudniejszych pacjentów. Tym razem padło na mnie.
Na szczęście była to kwestia przejechania kilku przystanków tramwajem, bo to na tej samej ulicy, ale jak człowiek nie wie, co go czeka, to nerwy sięgają zenitu. 
Chirurg miał przyjmować od 19-stej, posiedziałam więc godzinę u sadystki, a potem pojechałam do sadysty. Gdzie przyjmuje, wiedziałam, bo to znana prywatna lecznica jest, ale wolałam jechać wcześniej i się tam rozejrzeć. Szczęściem w nieszczęściu 
i o dziwo, rozwalone dziąsło nie bolało mnie mimo, że znieczulenie przestało już działać.
Znalazłam gabinet, sadystka mi zresztą precyzyjnie wyjaśniła, gdzie to jest, usiadłam sama, ale po kilku minutach poczekalnia zapełniła się niewielkim tłumkiem nieszczęśników. Ale ja byłam pierwsza ;)
Okazało się również, że sadysta jest również laryngologiem i przyjmuje i tych i tych pacjentów, a pomieszczenie gabinetu podzielone jest przepierzeniami na trzy części. Zapowiadało się ciekawie, nigdy w czymś takim nie uczestniczyłam :))
Równo o oznaczonej godzinie, na korytarzu zjawił się gość o wzroście siatkarza i gromkim głosem spytał się, kto do laryngologa. Zgłosiło się kilka osób, poprosił do środka panią, siedzącą obok mnie - była pierwsza. Następnie kolejne pytanie: Kto do dentysty? Znowu zgłosiło się kilka osób, w tym ja. Popatrzył na mnie i spytał się: Pani od pani S.?? 
Wystraszona odpowiedziałam, że tak. No to poprosił mnie do środka, kazał usiąść na fotelu dentystycznym, otworzyć paszczę, przedtem wziął do ręki szprycę napełnioną jakimś płynem, dwa szybkie kujnięcia i poszedł do pani obok. Załatwił ją, następnie wyszedł na korytarz i ponownie zadał pytanie, kto do laryngologa, a ja siedziałam, bo znieczulenie musiało zadziałać. Sadysta dość sprawnie zajął się swoimi laryngologicznymi pacjentami, potem poprosił kolejnego nieszczęśnika do pomieszczenia nr 3 - tam też stał fotel dentystyczny i asystent doktora w pogotowiu. Nieszczęśnikiem zajął się asystent - młody chłopak krótko po studiach pewnie, a sadysta podszedł do mnie. Miło zagadał - gadał zresztą cały czas z pacjentami i wydając polecenia personelowi, potem wziął jakieś narzędzia do ręki, jakieś 5 minut roboty i po resztkach siódemki. Wywalił wszystkie trzy korzenie, pocieszając mnie, że takie głębokie osadzenie, sięgające prawie zatoki, zdarza się w najlepszych rodzinach i było po wszystkim.
I zawołał kolejną ofiarę.
Jakie wnioski wysunęłam z tego zdarzenia? 
Jeśli jeszcze raz będę miała mieć jakikolwiek ząb usuwany, to bezwzględnie najpierw zdjęcie rtg. Powinno być zrobione, miałam nawet iść u siebie, ale jakoś tak mi zeszło. Pan chirurg zrobił na mnie dobre wrażenie, więc jeśli cokolwiek miałoby być problematycznego, to do niego. Krótko i na temat, pewną ręką i fachowo.
Na szczęście nie boli mnie to wszystko jakoś strasznie, więc ok. jak po takiej masakrze. Biorę antybiotyk - niechętnie, ale co zrobić i czekam aż mi się tam wszystko zagoi do końca. Bo na razie wyglądam trochę jak ofiara przemocy domowej, 
z podpuchniętą jedną stroną twarzy ;)
Jako, że po wczorajszym nocnym deszczu jest ładna pogoda, a ja zajęta będę dopiero pod wieczór, to wyjdę sobie z kijkami na trochę i powoli. 

Miłego dnia wszystkim życzę :)

P.S. Jak chcecie, to podzielcie się swoimi strasznymi chwilami w gabinetach dentystycznych. To było najgorsze, chociaż chwile grozy przeżywałam również w podstawówce. Tam to były sfrustrowane sadystki!!!
Bo, kiedy poszłam do liceum, to gabinet - owszem był, ale nikt już tam nie przyjmował i może wtedy te zęby, przez nikogo nie kontrolowane, poleciały. Dostać się do ośrodka było trudno, a i pańcie odwalały tam robotę jak mogły - byłam raz chyba. Ratunkiem była nowo powstała spółdzielnia albo prywatne wizyty. Szkoda gadać .....

sobota, 9 maja 2015

Kot się za mną stęsknił, chyba.

Nie było mnie w domu dwa dni. W piątek i sobotę wizytowałam pewne miasto na DOLnym Śląsku w celach służbowych. 
Z różnych względów były to ciężkie dni i dawno tak się nie cieszyłam z powrotu do domu, do Chłopa i kota, oraz spokoju 
i swojego świata.
Sama jazda w te i nazad była bardzo męcząca, mimo, że to nie ja siedziałam za kierownicą i nie ja przeciskałam się między tirami, mimo wygodnego samochodu. Dolnośląskie nie jest na końcu świata, to raptem sto parę kilometrów od nas, pokonanie ich zajęło nam dzisiaj niecałe trzy godziny, wczoraj trzy i pół. Krajowa jedenastka zapchana czym się tylko da. Brakowało jeszcze tylko furmanek ciągniętych przez konie. Dlatego wolę pociągi, mimo wszystko. Ale teraz się nie dało, organizacyjnie.
Chłop mi doniósł, że Bonus był nieswój, nie chciał iść spać, siedział w korytarzu, a potem obudził go o 3.30 ... a mówiłam futrzastemu, że dzisiaj wrócę! Cóż, stado mu się rozpierzchło, stan liczebny się nie zgadzał i co tu zrobić ;)
W drodze powrotnej dopadły mnie objawy choroby lokomocyjnej, do eskalacji nie doszło, bo poprosiłam o zatrzymanie się -napatoczyło się centrum handlowe pod Ostrowem, wyszłam z samochodu ze zdrętwiałymi przedramionami - przedziwne uczucie, na miękkich nogach, ale po kilkunastu krokach przeszło mi. W centrum była apteka, w której kupiłam coś przeciwko objawom, przesiadłam się do przodu i już spokojnie dojechałam do domu. A w domu spłukałam wszelkie syfy podróżne solą bocheńską ,którą Chłop kupił mi, kiedy pojechał biegać w kopalni. Sól wygląda jak smalec z żurawiną. I pozostawia na skórze taki tłustawy film, ale nie wysusza przez to skóry. Fajnie było wykąpać się u siebie :)))
Rozpadało się u nas i rozgrzmiało, ale powietrze zrobiło się takie miłe, nawet w mieście.
Bonus burzy się nie boi, bo siedzi na balkonie i łapie krople wody. N|ie, żebyśmy mu wody w miseczce żałowali, taka samodzielnie upolowana smakuje widocznie lepiej ;)
A jutro idę na wybory. I biorę swój długopis ;) Po co swój? Poczytałam o tym na jednym z ulubionych blogów i może w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Desperacja? Poczucie bezsilności?
Pewnie wszystko po trochu, a poza tym w głowie się mi kręci od jazdy, dwóch dni poza domem i wielu innych spraw.
Na koniec, takiego kotka spotkałyśmy dzisiaj, wychodząc rano z hotelu. Śliczny, tylko trochę kulał i żal mi się go zrobiło, chociaż może niesłusznie. Po pyszczku widać, że to kocur ;)
Spokojnych snów wszystkim życzę, a jutro Chłop mój loto wef swarzynckim szpocie. Ja jadę jako obsługa trasy i kibic.


wtorek, 5 maja 2015

O mało co do zderzenia nie doszło .... przeze mnie ;)

Od kilku dni zbieram się, żeby coś na blogu napisać  i ciężko idzie. Wczorajsza pełnia wyzwoliła w końcu jakieś dziwne napięcie, niechęć, smutek, które ogarnęły mnie jakiś czas temu. Tak to już jest, że uczucia te przychodzą czasem i na glebę rzucają. Punktem kulminacyjnym było wydarzenie, które skończyło się - ku mojemu zdziwieniu, dobrze. Otóż miałam coś do przetłumaczenia, tekst niby niezbyt długi, ale ciężki, bo naszpikowany prawniczo-handlowymi treściami. Ślęczałam nad nim jeszcze w niedzielę, pilnie klikając w ikonkę zapisywania, żeby całej pracy nie posłać w kabelki. Niestety komputer nie wytrzymywał napięcia i kilka razy się mi zawiesił. Po odwieszeniu, tekst istniał, przerzuciłam część na pendriva, zrobiłam drugą kopię na pulpicie, a późnym wieczorem wyłączyłam edytor. Kiedy chciałam sprawdzić, czy wszystko mam, okazało się, że nie mam. Całe dwie niedzielne godziny poszły się walić. To mnie naprawdę podłamało. W poniedziałek zasiadłam do tej pracy jeszcze raz i coś mnie tknęło, aby włączyć ten drugi tekst, który skopiowałam na pulpit również. I tam było wszystko, co zrobiłam w niedzielę. Cóż, pełnia minęła, punkt kulminacyjny, niczym w noweli nastąpił ,zobaczymy, co będzie dalej.
A teraz będzie weselej, o zderzeniu przeze mnie ;)
Kwiecień pod względem sportowym był bardzo słaby, raptem 9 dni. Maj rozpoczęłam intensywniej, oby ta tendencja się utrzymała i żebym zdrowotnie dała radę.
Dzisiaj wieczorem również ruszyłam  z kijkami, dochodząc do takiego miejsca, w którym droga się teoretycznie kończy, właściwie dwie się schodzą przy bramie dawnego PGR-u. Można tam wjechać, bo ciąg dalszy drogi wiedzie przez to gospodarstwo, wieś 
i wyjeżdżamy na główną. Ja tamtędy nie chodzę, tylko się cofam.
Stoję więc przy tej bramie na rozstaju dróg, patrzę, od strony mojego osiedla jedzie samochód, więc czekam aż przejedzie, z tej drugiej drogi też zbliża się samochód, który - wydaje mi się, że miał znak "ustąp pierwszeństwa" ( nie chciało się mi dzisiaj sprawdzać, czy to był ten znak, przekręcony przez półgłówkowatych osiłków). Oba jadą i niewiele brakło, a zderzyłyby się, ponieważ te pierwszy zatrzymał się obok mnie, a ten drugi - młody kierowca - nie wiem, co myślał. Może o tym, u kogo skombinować kasę na fajki, albo gdzie pobzykać bez zobowiązań?
Na szczęście nic się nie stało, a gość który się przy mnie zatrzymał, spytał się z miłym uśmiechem o drogę na Gniezno. No to mu powiedziałam, jak ma jechać, chłop życzył mi miłego dnia i pojechał w swoją stronę. Chyba się mu moje, to znaczy moja koszulka podobała, bo jest z takiego jednego biegu w Poznaniu, a samochód miał poznańską rejestrację ;)
Ot, taka sytuacja ;)
Zdjęć mam sporo w komórce, ale dzisiaj nie chciało się mi ich obrabiać, więc będą na następne posty. W roli głównej pociągi 
i kwiatki.
Kociamber ma się dobrze. Jest niezawodnym budzikiem około 4-4.30 rano. Jak ma fazę na niespanie, to potrafi kilka razy po nas przebiec, ostatnio zamykamy więc drzwi od pokoju. Do dyspozycji ma resztę mieszkania, niech robi tam, co chce ;) Zbój jeden, sierściuch ;) 
Poza tym, zrobił bardzo dobre wrażenie na naszych znajomych, którzy odwiedzili nas półtora tygodnia temu. Bonus z godnością pełnił honory domu,goście nasi stwierdzili, że to pierwszy czyjś kot, który nie chowa się przed obcymi, tylko im towarzyszy. 
Komentarz mój: oczywiście, że hrabiątko nie będzie chowało się przed ludźmi w swoim domu. Musi wiedzieć, co się dzieje, prawda?
W tej chwili ucina sobie drzemkę przed pójściem spać, na wiadomym fotelu, który muszę z nim dzielić ;)

Spokojnego wieczoru wszystkim życzymy :)