poniedziałek, 25 maja 2015

Miss mokrego podkoszulka

Co to za dzień wczoraj był! I nie mam na myśli wyborów, którymi się jakoś nie ekscytowałam, aczkolwiek udział w nich wzięłam. Nie, nie, o wyborach pisać nie będę, bo nie mam ochoty, wystarczy podziałów między nami.
Do rzeczy zatem. Jak pisałam w poprzednim poście, wzięliśmy z Chłopem wczoraj udział w gonitwie za Lwem w Tarnowie Podgórnym. Impreza zorganizowana z dużym rozmachem, wzięło w niej udział mnóstwo ludzi, ale jakoś nie czułam się stłamszona tłumem, ponieważ jest tam dużo miejsca dla wszystkich.
Gmina należy do najbogatszych w Polsce, organizatorzy biegów nawiązali współpracę z wieloma sponsorami, pogoda dopisała 
i oboje zadowoleni wróciliśmy do domu.
Oboje z Chłopem biegliśmy na 7 km. On pobiegł niczym pantera, albo gepard bardziej ;) robiąc życiówkę, a ja w tempie zbliżonym do slow jogging ( wymyślił to i rozpropagował pewien Japończyk ) pokonałam cały dystans bez zatrzymywania się 
i bez kolki :) Do piątego kilometra biegłam, potem siły mnie trochę opuściły, więc szłam, żeby też oszczędzić się na finał i dobiec do mety, a nie dowlec się, czy też być ściągniętą z trasy przez służby medyczne. Taki był mój plan na ten rok, po wnikliwej analizie mojego zeszłorocznego występu na tej samej imprezie.
Trasa biegnie przez miasto, było gorąco, większość biegło się na odkrytym terenie, ale ja ciepłolubna jestem :) Biegnie się fajnie, bo jest mnóstwo kibiców, którzy czynnie dopingują - to naprawdę bardzo pomaga :) Poza tym wielu mieszkańców dzieliło się z nami swoją wodą, robiąc kurtyny wodne z węży ogrodowych, czy wystawiając miski z wodą, w których można było zanurzyć ręce i się ochlapać. Organizator zapewnił punkt z wodą, ale mieszkańcy wystawili też swoje :) I chwała im za to :))
Osobiście wbiegałam radośnie pod prawie każdy prysznic i to bardzo pomagało mi zebrać siły, orzeźwiało mnie i motywowało do dalszego biegu. Pod koniec jeszcze kot mi przez drogę przebiegł, nie czarny, ale śliczny, puszysty czarno - biały, taki duży, jak Bonus :) To na szczęście.
A potem się zdziwiłam, że już koniec, bo zaraz wbiegamy na stadion - siłą rzeczy nie pamiętałam całej trasy. Na luzie, 
z uśmiechem, nie za szybko, przybijając piąteczkę z Lwem ( człowiekiem za niego przebranym, rzecz jasna ;)) i jednym 
z organizatorów, szukając wśród kibiców Chłopa i reszty załogi. Byli, a jakże i wydarli się do mnie, żebym przyspieszyła, to się jeszcze załapię na lepszy czas. Ich doping był na tyle silny i przekonujący, że wydarłam ostro do przodu i zdążyłam :))
Niezbyt się to mojemu organizmowi spodobało, ale jakoś się opanowaliśmy i po chwili odpoczynku mogłam poszukać moich biegaczy.
To było naprawdę piękne :)
Jeśli chodzi o bieganie, jestem ciągle na etapie przekonywania mojej podświadomości, że może się nam udać, że nie zamierzam forsować organizmu, tylko powolutku polepszyć jego wydolność. Jeszcze niestety tak do końca nie dała się przekonać 
i kombinuje, jak koń pod górę. Ale cóż, z kijkami się prawie udało, tak na 80-95 % wiemy, że damy sobie nieźle radę, a tu potrzebna jest jeszcze mentalna praca.
Pożyjemy, zobaczymy, jakie owoce wyda.

Dostaliśmy takie oto medale ( z kryształkiem Svarowskiego) i koszulki. W bonusie macie Bonusa, uskuteczniającego kolejną poranną toaletę ;)



Myślę, że po przeczytaniu postu, tytuł stał się jasny - z przymrużeniem oka, oczywiście, bo bez przesady z tym całkowicie mokrym podkoszulkiem ;)

Miłego dnia wszystkim życzę :) ( Trochę zakwasów mam po weekendowych wyczynach, ale to nic. Zakwasy fajne są ;))

sobota, 23 maja 2015

Polowanie na różową lokomotywę

Tytuł tego postu jest dosłowny - prawie ;) nie jest bynajmniej tytułem żadnego filmu. A może i szkoda ...
W każdym razie, jakiś czas temu ujrzałam to niespodziewane zjawisko na torach i postanowiłam zrobić mu zdjęcie. Dżender, nie dżender ,ładnie wygląda - moim zdaniem. Chłop mówi, że to lokomotywa Siemensa, pod tym różowym lakierem jej nie poznałam.
Polowałam na nią trzy dni. Nie, żebym specjalnie czaiła się z aparatem przy "moim" przejeździe, ale podczas kijkowych spacerów miałam telefon w zanadrzu.
Pierwszy strzał był taki:

Taki sobie w sumie, bo pod słońce.
Potem w porze wieczorowej już, trzy dni później:


Aż wreszcie, dwa dni po mojej traumatycznej wizyty u sadystów, jakby w nagrodę ;)


Nawet nie wiedziałam, że ta różowość jest reklamą pewnej sieci komórkowej. To ostatnie zdjęcie nawet się mi podoba.Nie jest łatwo zrobić jej zdjęcie, ponieważ w tym miejscu pociągi jeżdżą bardzo szybko, ekspresy przemykają tylko z gwizdem. Czasem, 
z jakichś powodów technicznych mają tak zwane zwolnienie, wtedy jest łatwiej, nie mając do dyspozycji dobrego aparatu.
Dzisiejszy post okraszony będzie kolejowymi zdjęciami, które zrobiłam "na kijkach".
Zapraszam do oglądania i zachwycania się okolicznościami przyrody. Zdjęcia zostały zrobione w pierwszej połowie maja, dlatego jest tak żółto.







Te dwa ostatnie pociągi jechały prawie jednocześnie. Jeden w kierunku zachodnim, a drugi wschodnim.

A teraz cztery zdjęcia, jakby w dwóch seriach i pytanie z serii " znajdź kilka różnic" :)) Ma ktoś ochotę? Zdjęcia zostały zrobione w ciągu dwóch dni, nie w jednym.





Ciekawe, czy ci sami maszyniści jeżdżą na tej trasie i widząc mnie z komórką, zasłaniają szyby :))) Albo wręcz przeciwnie ;) I tak ich nie widać najczęściej. W sensie, że szyby są ciemne, a nie, że ich tam nie ma ;)

Zrobiłam też kilka zdjęć samych torów w promieniach słońca w różnej fazie.






Kierunek wschód - zachód, a ostatnie zdjęcie to podniesiona rogatka, oczywiście :) Fascynujące urządzenie, swoją drogą ;) Niestety do tej pory nie miałam okazji obejrzeć, jak wygląda w środku i jak działa. Wiem - walnięta jestem ;)

Dzisiaj brałam udział w kameralnych dość zawodach biegowo - kijkowych, w miejscowości położonej niedaleko mojego miasta. Chłop mój biegł na dychę, a ja z kijkami na 5 km. Trasa fajna była, bo biegła peryferiami miasteczka, chociaż w pewnym momencie było ciężko, bo zrobiło się duszno, słońce prażyło jak na patelni, a podłoże stanowiła kostka brukowa, ale bardzo nierówna. Z wyniku jestem zadowolona, myślę, że mogę go jeszcze poprawić, jeśli będę chciała, tylko na tę chwilę nie mam pomysłu jak. Pewnie jakaś siłownia nie byłaby zła ;)
Chłop też zadowolony. W dodatku dla nordikowców, których było niewielu, gmina podarowała drobne upominki, bo nie byliśmy klasyfikowani medalowo, jak biegacze. To było bardzo miłe i tak stałam się posiadaczką m.in. dużego parasola, kubka, długopisu. Te rzeczy zawsze się przydadzą i przy okazji będę tę gminę promować, nosząc ów parasol. Chociaż nie jestem jej mieszkanką, ale to nic. Moja bliska rodzina tam mieszka.
Jutro natomiast, w Zielone Świątki, rozpoczynamy lato, goniąc Lwa w Tarnowie Podgórnym za Poznaniem, jadąc od naszej strony. W przeciwieństwie do dzisiejszej, jutrzejsza impreza zgromadzi kilka tysięcy ( chyba ok. 3) biegaczy i ma dużo większy rozmach. Byliśmy tam w zeszłym roku, ja biegłam na 7 km, a Chłop kibicował, bo zapisała się wtedy na półmaraton - ze względu na swoją operację w nim nie biegł.
Jutro oboje lecimy na 7 km. Zobaczymy, jak to będzie.

I na koniec - w nagrodę dla wszystkich, którzy przeczytali tego posta, obejrzeli zdjęcia, zadumali się i zdobyli na refleksję ;) - Bonusik portretowo. Zdjęcie zrobił nasz kolega biegowy.


Udanego wieczoru i miłej niedzieli :))

wtorek, 19 maja 2015

Coś szyciowego w końcu

Maszyna kurzem zarosła straszliwie, bo przez ostatnich kilka miesięcy już nie była używana, nie licząc jakichś drobnych przeszyć mężowskich sportowych ciuchów, do których zakupiłam specjalnie nitkę w kolorze żółto - oczojebnym. I to było wszystko. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka - głównym jest to, że nie mam w domu miejsca i za każdym razem muszę targać maszynę i wszystko na stół w kuchni, zatem nie chce mi się, poza tym trudno się mi jakoś ogarnąć z wszystkim, powoli wspinam się ku zaszczytnemu mianu Chujowej Pani Domu. I Chłop mi się zbiesił wczoraj, bo mięcha zażądał i to byłoby na tyle, jeśli chodzi o przejście na wegetarianizm. Może jeszcze nic straconego, tym niemniej dzisiaj na obiad będą schabowe z pyrami 
i buraczkami. Ehhh .....
Wracając jednakże do spraw szyciowych. Postanowiłam uszyć traktorek z polaru dla chorego Kuby i wysłać mu na urodziny. Pisałam o nim trzy posty temu. 
O dziwo - udało się. Może idealnie nie jest, bo przednie koło mogłoby być większe, ale bez przesady. Trochę mi te koła problem sprawiły, zostały w końcu przyszyte jak trzeba, całość wypchana kulką silikonową i gotowe.
Tak to wygląda:



Na drugim planie Bonus, który obwąchał przytulankę, a potem położył się na swoim miejscu. Zjeść jej się nie da, więc nie ma co się nią ekscytować.
A tu jeszcze jedno zdjęcie łakomczucha na tle pustych miseczek. 


Biedny, mały i głodny kotecek ..... ;)

Znikam zatem do zajęć gospodarskich, bo zawodowe odrobiłam rano, skoro świt.
U nas wieje, pewnie jakąś burzę przywieje.
Mam sporo zdjęć roślinno - pociągowych, ale coś nie mam weny do ich obrobienia i wrzucenia na blog. Może się w końcu uda.

Miłego dnia wszystkim :)