wtorek, 7 lipca 2015

Dlaczego w Poznaniu gaśnie światło, a Mickiewicz macha nam na pożegnanie. Udajemy się do Lindau.

Ten nieco może barokowy tytuł wymyśliłam, żeby oddać to, co działo się przed naszym wyjazdem na wycieczkę, której celem miała być Hiszpania, oraz zwiedzanie różnych miejsc po drodze.
Podróż nasza zaczęła się w porze bardzo przeze mnie nie lubianej, gdyż o drugiej w nocy, kiedy to udaliśmy się na lokalny dworzec, żeby dojechać do Poznania. Nie lubię tak wyjeżdżać, bo nie wiadomo, czy położyć się spać na chwilkę, czy czuwać, 
a i tak człowiek niewyspany jest. My położyliśmy się spać.
Bonus wstał radośnie z nami, chociaż widział walizki i wiedział zapewne, że za moment jego życie się zmieni ;) Zostawiliśmy kota w domu i podjechaliśmy po Personel Zastępczy w osobie mojego brata wtedy, PZ odwiózł nas na dworzec, zabrał nasz samochód i pojechał do Bonusika, kładąc się na chwilkę spać. PZ albowiem, pracuje w Poznaniu i kiedy zaczyna pracę o 6 rano, to jedzie pociągiem ok. 4.30. Cała logistyka zatem została w ruch wprawiona ;)
W Poznaniu, ze względu na trwający od lat remont Ronda Kaponiera, czyli centralnego skrzyżowania, musieliśmy dojść do miejsca, na którym stoją krzyże upamiętniające Poznański Czerwiec'56, oraz pomnik Adama M. Zrobiła się 3.30, zimno było jak diabli i ciemno, gdyż równo o tej godzinie zgasły wszystkie latarnie. Przedziwne są te rzekome ruchy, mające na celu jakieś tam śmieszne oszczędności, doprawdy. I w takich to warunkach, w miejscu bardzo historycznym i newralgicznym ostatnio, kuląc się 
z zimna - ja przynajmniej, doczekaliśmy się autobusu, który miał zawieźć nas w cieplejsze regiony Europy.
I faktycznie, im dalej na południowy zachód, tym robiło się cieplej i milej - w autobusie był termometr, pokazujący temperaturę na zewnątrz.
Pierwszym naszym dłuższym postojem było Lindau - miasto w Niemczech, nad Jeziorem Bodeńskim. Samo jezioro leży na styku trzech państw: Niemiec, Austrii i Szwajcarii, każde z nich ma jakiś udział w Jeziorze.
Jezioro Bodeńskie to największe w Niemczech. Określa się je mianem Morza Szwabskiego, pływają po nim turystyczne statki, którymi można zwiedzać i podziwiać okolicę.
Samo Lindau to wyspa i ląd, połączone mostami i groblą. W lądowej części miasta zachowały się ślady osadnictwa rzymskiego 
z I wieku naszej ery. A na wyspie znajdował się - później, oczywiście, żeński klasztor, oraz niewielka osada rybacka. W XI wieku powstaje tam osiedle kupieckie i dzięki korzystnemu położeniu na szlaku handlowym, rozpoczyna się rozwój miasta.
W 1853 roku powstaje grobla, łącząca wyspę z miastem, co oznaczało rozwój turystyki.
To tak w dużym skrócie. Jako ciekawostkę podam jeszcze, że w Lindau odbywają się od 65 lat zjazdy aktualnych noblistów.
Napiszę krótko - bardzo się mi tam podobało. Najbardziej klimatyczna jest część "wyspowa" miasta, tak mi się wydaje przynajmniej i udaliśmy się na spacer. Autobus zaparkowany został w miejscu, obok którego przebiegały  ...... tory kolejowe 
i widać było piękne semafory mechaniczne ;)) Poleciałam tam, oczywiście z komórką i obfociłam to wspaniałe miejsce, przed samym odjazdem już. Na szczęście była to wycieczka kolejarzy, więc nie byłam sama w tym foceniu, ale chyba jedyną z osób towarzyszących :))) Nic na to nie poradzę, to jest silniejsze ode mnie ;))
Dobra, to teraz zdjęcia z komentarzami.

Wchodzimy na wyspę, widoki po jednej i po drugiej stronie mostu:



Pierwszej nazwy tłumaczyć nie trzeba, a druga świadczy o tym, że kiedyś były tu kuźnie:



Dwa kościoły obok siebie: katolicki i ewangelicki. Mimo, że Lindau w wyniku reformacji ogłosiło się miastem protestanckim, to 
w tej chwili jakieś 40% mieszkańców deklaruje się katolikami, a ok. 20% ewangelikami. Obok kościoła katolickiego mieści się dom pomocy społecznej, dla ludzi chyba takich biedniejszych - kilku z pensjonariuszy stało, albo siedziało na wózkach w bramie przy chodniku, przez który przewala się masa turystyczna. Tak się zastanawiałam, jak są tam traktowani ... z napisu na samochodzie wynikało, że dom ten prowadzi jakaś fundacja, a nie zakon - to tak na marginesie po lekturze dzisiejszego posta Panterki.


   
Idziemy zatem dalej, podziwiając mieszczańskie kamienice przy głównej ulicy:



Dochodzimy do ratuszy. Są dwa: stary ( Altes Rathaus) - ozdobiony malunkami, charakterystycznymi dla
Bawarii, oraz nowy ( Neues Rathaus) - bez malunków, ale z dzwonkami, które dzwonią o 11.45:





Wędrując dalej, podchodzimy do dwóch budowli obok siebie: tak zwanej Wieży Złodziei ( Diebsturm) i kościoła św. Piotra. Wspomniana wieża była przez wiele lat więzieniem, a kościół jest stareńki, ale się jeszcze trzyma, jak może ;)
Nazwany był "kościołem rybaków". Prowadzą do niego drewniane drzwi, w środku znajdują się w nim freski, nieźle nawet zachowane, ale poza tym tablice poświęcone tym, którzy zginęli na wojnach I i II. Co nas z lekka zadziwiło, to to, że przy nazwiskach były nazwy formacji, w jakich służyły te osoby - SS do dziś wygląda złowrogo. Niemiecka Wikipedia podaje dość ogólne informacje na ten temat, dodając jedynie dokładniej, że w kościele znajduje się tablica poświęcona 14 ofiarom nazizmu, które zginęły w Auschwitz. No dobrze, że nie dopisali, że w polskim obozie, bo pomału zaczyna wyglądać na to, że Polacy byli winni rozpętaniu II wojny, a biedni Niemcy ginęli w ich obozach. 






Nie obyło się również bez wizyty w porcie. Stoi tam kolejna wieża, tak zwana po niemiecku Mangturm, a jest po prostu jedną
z najstarszych latarni  nad Jeziorem Bodeńskim. Nazwa pochodzi od niemieckiego słowa oznaczającego magiel, oraz Sukiennice, które znajdowały się nieopodal.
Bardzo ładne miejsce. Wejścia do portu pilnuje bawarski lew, a po prawej latarnia z XIX wieku:



W czasie tak zwanym wolnym, doszliśmy z Chłopem, tak od niechcenia i przypadkowo na dworzec kolejowy:) Skorzystaliśmy 
z okazji toaletowej, zrobiłam kilka fotek dworcowi i pociągom - niestety nie było zbyt wiele czasu, żeby zrobić je ładniej i podejść bliżej pociągów:




Kończąc naszą wędrówkę po Lindau, wrzucam zdjęcia semaforów i torów kolejowych w lądowej części miasta, obok parkingu:






Post mój nie wyczerpuje całości tematu, rzecz jasna. Byliśmy tu za krótko, ale i tak warto było. Polecam Lindau każdemu, kto lubi powłóczyć się po takich miasteczkach i ma więcej czasu niż my ;) Wycieczek, turystów jest mnóstwo, ale można znaleźć spokojniejsze uliczki i podziwiać ich piękno. Tutaj wrzuciłam inne zdjęcie z Lindau, takiej właśnie mniejszej uliczki. Opuszczamy zatem Niemcy i udajemy się na nocleg do austriackiego Feldkirch. Ale to już temat na następny post, w którym opiszę troszkę to miasteczko, oraz naszą wizytę w Liechtensteinie. 
Jeśli macie ochotę dodać coś o Lindau, czy Jeziorze Bodeńskim w komentarzach, to bardzo proszę :)

A kto z Was był w Liechtensteinie? Ja byłam pierwszy raz, jak chyba cała nasza wycieczka, oprócz przewodnika i kierowców ;)

Miłego czytania i oglądania życzę zatem. Trochę dużo wyszło, ale tak przed snem można ;)


sobota, 4 lipca 2015

Jesteśmy :)

Niniejszym zawiadamiam, że jakieś dwanaście godzin temu dotarliśmy szczęśliwie do domu. Podróż była dość męcząca, bo długa, nuszki mi spuchły w okolicach kostek od tego siedzenia wielogodzinnego, ale dzisiaj jest już w miarę ok. 
Dzisiaj piorę i walczę z bólem głowy. W tej chwili szala zwycięstwa przechyliła się na moją stronę ;) Pranie dość szybko schnie, co lubię, więc hałdy brudów, które nazbierały się nie wiadomo kiedy, dość szybko stopniały. 
Jesteście pewnie ciekawi - część z Was, przynajmniej, jak Bonusik zachował się po naszym powrocie. 
Z racji tej, że nie mieliśmy kluczy od domu, poprosiłam jednego z bonusowych opiekunów, żeby spał jeszcze dzisiaj u nas 
i otworzył nam około 3.30. Dotargaliśmy walizy z dworca do domu, wnieśliśmy je na piętro, dzwonimy, otwiera nam Personel Zastępczy, a Bonus, jak wiele kotów na jego miejscu, strzelił focha ;) Nie przyszedł się przywitać, pogłaskać dał się, ale bardzo niechętnie, stosując uniki - paskud jeden :)) Cóż było robić, otworzyliśmy mu balkon, PZ walnął się spać, my też, zostawiając rozpakowanie na przedpołudnie i już. Bonusa zostawiliśmy w spokoju, nic na siłę i tak biedak mógł czuć się trochę skołowany. 
Rano okazało się, że Bonus wgramolił się najpierw do łóżka PZ, ale później przyszedł położył się mi na stopach, żeby za jakiś czas - nie wiem, jaki, bo byłam kompletnie nieprzytomna, przytulić się do mnie, jak to zazwyczaj robi. Nasz słodziak ♥♥♥
Około 6.30 obudził mnie, bo był głodny, jakoś dałam radę wstać, nakarmić go i dalej spaliśmy już razem, jak zawsze ;) A teraz śpi sobie, rozwalony na tapczanie, spokojny i zrelaksowany, odsypiając trudny świt dzisiejszego dnia ;) Czyli normalka.

Wrażeń sporo, widoków zapamiętanych w głowie i obiektywem aparatu również. Przejechaliśmy ponad 5 tys. kilometrów przez chyba osiem krajów europejskich. Dobrze jest zobaczyć, jak inni żyją, pooglądać inne krajobrazy i wrócić z kompletnym mętlikiem w głowie ;) No bo nic nie jest czarno - białe. Gdzieś tam jest cieplej, może i piękniej, spokojniej pod względem ekonomicznym, ale z drugiej strony ..... właśnie. Sama nie wiem, może dojdę kiedyś z tym do ładu, a może dam sobie spokój ...
Na razie chcę zdjęcia uporządkować i posty napisać :)

Miłego popołudnia i udanej niedzieli życzę :)

Upały jak na razie nam nie przeszkadzają aż tak bardzo, bo do takich jesteśmy już prawie dwa tygodnie przyzwyczajeni ;)
I jedno zdjęcie, zrobione w drodze powrotnej, w Bambergu "Małej Wenecji":


środa, 1 lipca 2015

Wracamy

Nasz pobyt w Hiszpanii dobiega końca. Jutro ruszamy w drogę powrotną, która potrwa jakieś trzy dni. Dwa noclegi po drodze, pierwszy w Besanson, a drugi w Chodowie, niedaleko Karlovych Varów. W końcu to wycieczka, a nie wczasy ;)
Na dłuższe wywody będzie czas po powrocie. Na razie napiszę tylko tyle, że podobało się nam. I miejsca, które zobaczyliśmy w Hiszpanii,jak również sam hotel.
Jutro mamy do przejechania jakieś 800 km. Autobus ma klimę, więc upał nam nie straszny.
W sumie dobrze,że wyjeżdżamy, bo zaczyna się wysoki sezon, tłumnie zjechała do Calelli młodzież niemiecka głównie, która opanowała miasto, generując hałasy nieprzeciętne - co nie oznacza,że wyłącznie oni są ich źródłem. A mnie dzisiaj wiek mój przytłoczył...
Poza tym Bonciuś nasz czeka w domu, chociaż źle nie ma i podbił serca swoich opiekunów :)). Nie spodziewalam sie takiego obrotu sytuacji :)

Powoli szykujemy sie do spania, walizki już spakowane prawie, rano śniadanie i w droge. Do zobaczenia zatem, być może jutro zajrze, jak będzie wi-fi.