sobota, 22 listopada 2014

Zabrakło mi ...

Zajęłam się w końcu dzisiaj jedną rzeczą, którą miałam uszyć już jakiś czas temu. Poszukałam w necie jakiegoś tutoriala, kupiłam tkaninę i wypuściłam się po dodatki. Moje wymagania okazały się jednakże tak wyrafinowane, iż wprawiły w popłoch panie w pasmanterii. Kiedy się już otrząsnęły z pierwszego i drugiego szoku, obiecały sprowadzić dla mnie owe dodatki 
w drugiej połowie tygodnia. Dobra, poczekam.
Włączyłam sobie dzisiaj ów tutorial, przemyślałam modyfikacje mojego wykroju i okazało się, że zabrakło mi kawałka tkaniny, żeby wykroić szfystko, co chciałam i częściowo pozszywać. Ech .....
A co będę szyć? Nie przyznałam się paniom w pasmanterii do końca, bo w stuporze zdziwieniowym trwałyby do wieczora ;)
Wam też nie powiem hrehre ..... możecie zgadywać jedynie, a nagrodę główną i tak zgarnie Elka. ;)




A tydzień temu widziałam na naszych torach pociąg widmo, czyli pierdolino, czy jakoś tak. Nie mam pojęcia, co tutaj robił, bo na naszej trasie jeździł nie będzie. Mała strata. Szłam akurat z kijkami, żałując, że nie mam aparatu przy sobie i, że wcześniej nie wyszłam, gdyż dorwałabym to kuriozum na przejeździe.
Wytężcie zatem wzrok, jeśli macie ochotę, bo wyszło mi tylko to:


Za domami widać go, niczym widmo - doskonale pokazuje stan naszych kolei i nie tylko.

Miłych i spokojnych snów wszystkim życzę, oraz udanej niedzieli :)

czwartek, 20 listopada 2014

Białowiescy królowie i książęta

Jakiś czas temu napisałam post na blogu, że zaczął się sezon na oglądanie żubrów i innych zwierząt, które zaczęły przychodzić do paśnika na jednej z polan w Białowieży. Tłumów, póki co przed komputerami nie ma, w tej chwili jest np. około 500 oglądaczy. Sesja się jeszcze nie rozpoczęła,m więc studenci mają inne, ciekawsze zajęcia niźli wgapianie się w żubry, czy inne jelenie.
No cóż .....
W tej chwili, wokół paśnika widać jedynie jakieś ptaszorki, ale przed chwilą:

Tylko się nie przestraszcie ;) albo nie próbujcie regulować odbiorników ..... 


Tak, tak, to śnieg. Owszem, przeczytałam u kilku blogowych koleżanek, że śnieg już u nich spadł, ale co innego czytać, a co innego widzieć, choćby tylko w kamerze ....
U mnie tego czegoś na razie nie ma. I wcale za tym nie tęsknię. Nic, a nic. Lodowate zimno jedynie przenika człowieka na wskroś.
No nic, proszę wycieczki, oglądamy dalej:



Zdaje się, że ktoś siedzi za sterami kamery i kieruje ją na co ciekawsze obiekty. I to jest bardzo dobra koncepcja ;)

Kilka dni temu, chwyciłam w kadr pięknego jelonka, który pożywiał się siankiem:




 

A tego prosiaczka pamiętacie z zeszłego roku? Jak widać, żyje i ma się dobrze, dziarsko przeganiając inne dziki z polany, 
a bardziej od koryta:



I to byłoby tyle na dzisiaj, proszę wycieczki. Dziękuję za uwagę :) Miłego oglądania :) Zwierzaki mają terapeutyczną moc, nawet 
z tak daleka i przez komputer. Naprawdę. Sprawdziłam to dzisiaj na sobie :)

sobota, 15 listopada 2014

Jak Chłop mój, piekarnik uratował.

Piekarnik nasz ma jakieś 9 lat. To zwykły sprzęt Amiki, wbudowany w meble, z osobną płytą gazową. Od samego początku miewał fochy, przypalając pieczone w nim potrawy, a ostatnio nic nie szło w nim upiec bez stresu i odskrobywania przyjaranych kawałków. O pieczeniu ciast to już dawno zapomniałam - przytyłam bez tego, tak, czy tak zresztą ;)
Osobiście mogę obejść się bez piekarnika, ale mój Chłop już mniej. W grę wchodziło zatem kilka wariantów postępowania: wyrzucenie starego sprzętu i kupno nowego, wezwanie fachowca do naprawy starego lub próba samodzielnego naprawienia. Chłop wybrał wariant numer trzy.
Największym wyzwaniem było wyciągnięcie całej "klofty" spod szafek. A potem poszukanie termostatu, którego niedziałanie było najprawdopodobniej przyczyną przypalania się potraw. Żeby wydobyć termostat, Chłop musiał użyć siły i wyciągnąć panel, 
w którym są pokrętła. Nie było to łatwe, oj nie. Istniały albowiem obawy, że panel ów ulegnie wygięciu i niemożliwym będzie ponowne jego wkręcenie na stare miejsce. O pierdylionie śrubeczek, które przy okazji trzeba było poodkręcać nie wspomnę. Koniec końców udało się. 
Wyciągnięcie termostatu było już zabawą, jeszcze tylko pstryknięcie zdjęcia kabelkom i .... można było udać się do wybranego sklepu w celu zakupu nowego.
Na szczęście okazało się to możliwe i za złoty trzydzieści, piekarnik nasz otrzymał nowiuśki termostat, który po doczepieniu go do odpowiednich kabelków, oraz wykonaniu czynności zamykających go w bezpiecznym pudle z metalu i szkła, oraz włączeniu zegara ( bardzo ważna czynność!), ruszył do pracy :)))
Chłop wynalazł przepis w necie na ciasto o nazwie Leśny Mech i dzisiaj je zrobił. Oto ono:

Zielony kolor pochodzi od ...szpinaku:



Na wierzch ubita śmietana z cukrem:


Do tego lekko stężała galaretka. Żeby to wszystko utrzymało się na cieście, dołożyliśmy zamiast fixu śmietanowego - żelatynę:


E włala: 

To zielone na wierzchu to pokruszone ciasto, odkrojone wcześniej z wierzchu i pestki granatu, których nigdy jeszcze nie jadłam. Uważam, że ciasto prezentuje się wspaniale :) Na razie znajduje się w lodówce, żeby mogło dojść do siebie ;) I faktycznie wygląda jak mech. Nie wiem jeszcze, jak to wszystko razem smakuje, jutro się przekonam.
Najważniejsze, że piekarnik działa, a termostat musiał mieć od nowości jakiś felerny. Bywa.

Spokojnych snów wszystkim życzę i miłej niedzieli :)