środa, 31 grudnia 2014

Sylwestrowo

I tak dobiegł końca ten rok. Nie był łatwy dla mnie, bo to kolejny rok braku stabilizacji zawodowej i problemów zdrowotnych mojego męża, a pod koniec i moich - mniejszego kalibru, oczywiście, ale zawsze mało to przyjemna sytuacja.
Z dobrych wydarzeń to były nasze liczne starty w zawodach, pierwsze "pudła", letnia wycieczka, chrzciny w sobotę i wiele innych wydarzeń, które się zadziały, a trochę pamięci umknęły.
Dzisiejszy dzień spędzimy na wyjeździe. Mąż wynalazł bieg sylwestrowy niecałe 100 km od nas, a przy okazji bal sylwestrowy, na który się zapisaliśmy. Nikogo tam nie znamy, miejscowości, do której jedziemy też nie. Sama jestem ciekawa, jak będzie.
W każdym razie:

Życzę Wam udanego Sylwestra, cokolwiek będziecie robić i gdziekolwiek będziecie go spędzać, a w nowym roku wielu dobrych wydarzeń, by ten był dla każdego udany :)
Wszystkiego najlepszego :)))

piątek, 26 grudnia 2014

Poświąteczne spalanie kalorii

Poświąteczne, bo rzecz miała miejsce dzisiaj, w południe niemalże, więc to już tak prawie po świętach.
Po dwóch dnia deszczu i wichru, dzisiejszy dzień zrobił nam niespodziankę, gdyż wstał słoneczny, acz mroźny, roztaczając widoki zaśnieżonych dachów i przednich szyb samochodowych na parkingu. Jeszcze trochę śniegu było na trawnikach ;)
Postanowiliśmy zatem podjechać sobie do lasu i przejść się z kijkami naszą trasą, a przy okazji zrobić kilka zdjęć.
Dobrze, że nie musieliśmy się nigdzie spieszyć, ponieważ dłuższą chwilę zajęło nam odkuwanie samochodu, w celu przygotowania go do jazdy,w której to czynności, łączyliśmy się z sąsiadami, mającymi dokładnie ten sam problem. Jakby nie było, nasze samochody stały tej nocy obok siebie ;) Najgorzej wyglądała przednia szyba - jakby nie było bardzo istotny element, gdyż jazda z nią zasłoniętą warstwą lodu i śniegu stwarzałaby poważne zagrożenie dla innych uczestników ruchu drogowego 
i dla nas samych ofkors.
Później to już sama przyjemność ... pod lasem stało sporo pojazdów takich napaleńców nam podobnych ... 
A w lesie:











Świąteczne dni się kończą. Jedni się z tego cieszą, bo wraca się do normalności, cokolwiek to ma oznaczać, a inni wręcz przeciwnie. Moje były średnio udane. Niestety nie wszystko da się przewidzieć i nie wszystko od nas tylko zależy, bo nie odpowiadamy do końca za zachowanie innych osób. Nie będę jednakże międliła w sobie bez końca tego rozczarowania 
( nie dotyczy Chłopa - na szczęście), może uda się mi wyciągnąć z tego jakieś wnioski i jakoś to przerobić. W coś innego.
Mam nadzieję, że Wasze świętowanie było bardziej udane niż moje.
Jutro natomiast jedziemy na chrzciny. Tak. Dobrze napisałam. My jedziemy na chrzciny i co lepsze, małżonek mój wystąpi tam 
w roli ojca chrzestnego. Najlepsze jest to, że się tego absolutnie i kompletnie nie spodziewaliśmy. Nic, a nic. Bo rodzice dziecka mają bliższą rodzinę, w sensie nawet rodzeństwa i najbliższego kuzynostwa ale coś/ktoś (??) podpowiedział/o im kandydaturę mojego męża. To naprawdę jest niesamowite i dlatego Chłop się zgodził. Tyle napiszę, bez zagłębiania się w osobiste szczegóły. 
W każdym razie, mąż  jest dla Małej jakby ciotecznym, czy wujecznym dziadkiem, gdyż jej babcia to najbliższa mężowska kuzynka. Ona też była zdziwiona jego kandydaturą ;)
Cóż, życie niesie czasem wiele niespodzianek, oby więcej miłych było, bo odnoszę czasem wrażenie, że limit takowych już wyczerpałam. Tylko kiedy, ciekawe.

Przyjemności na zakończenie świąt życzę wszystkim :)

wtorek, 23 grudnia 2014

Zaburzenia komunikacyjne i życzenia świąteczne

Wybrałam się wczoraj służbowo do miasta wojewódzkiego, leżącego w środku Polski mniej więcej. Wysłano mię tam na pewne szkolenie, po którym będę miała dodatkowe uprawnienia, pozwalające na egzaminowanie nieszczęśników, pragnących uzyskać dyplom językowy ;) Za dużo ich pewnie nie będzie, ale zapotrzebowanie jest, firma delegowała i zapłaciła, więc cóż było robić. Pojechałam. Do Łodzi jechałam bez przesiadek, wsiadając do TLK  w moim mieście i to skoro świt, zmuszona do wstania jeszcze wcześniej. I mimo to, spóźniłam się na to szkolenie haniebnie, bo pociąg załapał prawie pół godzinne opóźnienie i to przed samą Łodzią. Do tego musiałam jeszcze kawał drogi dojechać dwoma tramwajami - też im się nie spieszyło, w końcu padał deszcz 
i było szaro oraz ponuro, błoto chlapało na wszystkie strony, psa by nie wygonił na dwór, bo koty same wyłażą, a co dopiero wykrzesać z siebie dużo radosnej energii do jazdy ....
Potem jeszcze krążenie po zabudowaniach uniwerku i wreszcie - hurra, jesteśmy na miejscu :) Jesteśmy, bom z koleżanką jechała, po drodze się dosiadła.
Szkolenie, jak szkolenie - przeszło, minęło, papiórki podpisane i cóż się okazuje? Że trzecia "koleżanka", która do Uć przyjechała autem w niedzielę, ma nagle inne plany i niestety nie możemy z nią wracać do domu. Ma prawo, tylko dlaczego nas o tym nie poinformowała, chcąc cichaczem umknąć przed nami dwiema? No, ale nie mierzmy wszystkich ludzików swoją miarą.
Szybki telefon do Chłopa i na półtorej godziny możemy wsiąść w TLK na dworcu Uć Kaliska, przesiąść się po drodze w IR i już jesteśmy w domu :) Tylko musimy w miarę sprawnie przemieścić się na ów dworzec, nie mając kupionych biletów na powrót i nie orientując się do końca, jak te tramwaje jeżdżą. Logiczne, wracamy tymi samymi, którymi przyjechałyśmy, aczkolwiek, gdyby nie moje natchnienie na jednym z przystanków, wsiadłybyśmy wew dwunastkę jadącą w odwrotną stronę. Na naszą trzeba było przejść na drugą stronę. Tak do końca tego cudu nie rozpracowałam, bo było ciemno i strasznie padało, ważne, że jakaś dobra dusza była w temacie i nas dobrze pokierowała.
Podróż trwała prawie 50 minut. Myślałam, że nigdy się nie skończy, naprawdę. I, że nigdy stąd nie wyjadę, bo ten tramwaj nigdy do celu nie dotrze. Na ulicach potworny tłok. Raz, że remonty, dwa pora popołudniowa, a czy - świąteczne zakupy. Tramwaj głównie stał, poruszając się z rzadka do przodu, wszędzie ciemno, zachlapane szyby, obce widoki ..... dobrze, że tłoku w nim nie było. Dopiero później coś kazało odwrócić się mi w lewą stronę, a tam znana mi cerkiew. Hurra - Fabryczny :) Wiem, gdzie jestem :) Nieważne, że na Kaliski jeszcze przystanków od pierdyliona.
W końcu dojechałyśmy, znalazłyśmy wejście na dworzec, co nie jest w tej chwili takie oczywiste, zdołałyśmy przejść skomplikowaną procedurę kupowania biletów, nawet coś do jedzenia zdążyłyśmy kupić i w oszałamiającym tempie prawie dwóch godzin, pokonałyśmy te 70 km ( bo pociąg nadrobił opóźnienie;)), gdzie miałyśmy przesiadkę, czekając kilka chwil na spóźniony IR, który dowiózł nas na miejsce. Ten przynajmniej był ciepły i czysty. Jeszcze tylko chwila niepewności, czy drzwi otworzą się na mojej stacji - na poprzednich się otwierały, a u nas miały chwilę zawahania i już byłam w domu. Tzn. Chłop po mnie wyjechał ;)
Męczące, prawda? Kto doczytał jest miszcz :)

Dzisiejszy dzień przeleciał mi na prawie nicnierobieniu, niemoc mnie jakaś opanowała i nawet choinki nie chciało się mi ubierać, ani prezentów popakować. Rano tylko mamie w kuchni pomogłam przy pierogach, u siebie wstawiłam zmywarkę, bo pełno garów było po Chłopa realizacjach kuchennych i tyle. A, no i blogowe zaległości nadrobiłam. Chociaż wieczór jeszcze długi.

Przeczytałam na Waszych blogach wiele pięknych życzeń. Moje może nie będą takie wspaniałe, ale spróbuję:

Zdrowych i radosnych Świąt Wam życzę :) 
A, jeśli Wam do radości daleko, to chociaż niech będą spokojne. 
Bez codziennej gonitwy i zmęczenia.
Wszystkiego, co najlepsze ♥♥♥