Tygodnie mijają jak szalone. Jeden po drugim. Pogoda z tropikalnej zmieniła się w arktyczną, serce czasem boli i w jakieś dziwne kołatania wpada ...
Okazało się również, że Franio musi być na diecie, ponieważ ma złe wyniki trzustkowej lipazy.
I tak nie szaleliśmy z jedzeniem, kiedy do nas przyjechał ... Gosia zrobiła mu badania krwi przed jego przyjazdem do nas i były ok.
Po kilku dniach napisała mi, że zleciła zrobienie jeszcze owej lipazy, nauczona doświadczeniem ze swoją kicią - znajdką, której chciała jedzeniowo nieba przychylić, a tu się okazało, że tak nie można. I trochę to trwało, zanim kolejny wet, czy raczej koleżanka wetka trafiła, co może koteczce dolegać.
No i Franio ma to samo.
Jakbyśmy mało mieli wizyt w gabinecie i problemów zdrowotnych Bonusa. Tak dramatycznie zakończonych.
Franio, oprócz rzygnięcia ze dwa razy, czuje się chyba dobrze. Jak tylko ten wynik przyszedł, je tylko gastro Royala mokrą i suchą. Nic więcej.
Za jakiś czas, jeśli nie będzie wymiotów - bo wtedy od razu, powtórzymy badanie krwi.
Wizytę u pani wetki zaliczyliśmy. Przedstawiliśmy jej nowego pacjenta wraz z jego wynikami - mina się jej trochę wydłużyła, ale co tu się kobiecie dziwić ... Na razie żadnych gwałtownych ruchów, tylko dieta.
Co i tak jest siedzeniem na bombie, jak dla mnie.
Franio bardzo się wizytą zestresował. Trudno go było wsadzić do transporterka, zwiał nam stamtąd - w domu, ale w gabinecie był grzeczny, trochę zaprotestował podczas czyszczenia uszu ... w domu był foch gigant. Usiadł sobie na balkonie i na nas nie zwracał uwagi.
A na drugi dzień bacznie mnie obserwował, czy aby znowu transporterka nie wyciągam. Wyspać się biedak nie mógł. Trochę mu po południu odpuściło.
W niedzielę, kiedy zobaczył, że zbieramy się z Chłopem do wyjścia, profilaktycznie czmychnął do szafy w sypialni, a po odkryciu jego kryjówki - pod łóżko. I bacznie się nam przyglądał, czy aby znowu transporterek w robocie nie będzie ... ehhhh ....
I tak jest.