czwartek, 20 października 2016

Jeśli Borne, to i militaria

Tak sobie urlop w sierpniu zaplanowaliśmy, żeby zahaczyć nim o militaria, czyli doroczny Zlot Pojazdów Militarnych 
w Bornym Sulinowie. W dodatku, przyjechali do nas znajomi na ten weekend właśnie, więc spędziliśmy go częściowo 
w miejscu, gdzie odbywał się zlot, częściowo na spacerach i aktywności biegowo - kijkowej, gdyż męska część przyjezdnego duetu, to najstarszy kolega Chłopa mego. Przyjaźnią się od podstawówki i do dzisiaj kontaktu nie zerwali. Wspomnień mają sporo, bo łobuzowali razem, uprawiali sport młodzieżowy, a potem o nim zapomnieli na długie, długie lata.
My z Chłopem jako pierwsi zaczęliśmy trochę z kijkami chodzić, zakupiwszy swoje pierwsze w sklepie, w którym klienci 
o karpie się biją ;) i nie wiedząc wtedy, że są do trekkingu i nordicu - kije, rzecz jasna, nie karpie, czy klienci ;) Kolega się podśmiechiwał i twierdził, że jego sport to trening kciuka na pilocie od telewizora.
Ale dobry i światły przykład poszedł z góry ;) oboje schudli, przestali palić i poleciało z górki ;)
Takich to gości mieliśmy w Bornym. W dodatku panowie udzielali się bardzo aktywnie w kuchni - czego chcieć więcej .... 
a kotu lubi tych naszych gości i nie skakał po nich nad ranem.
Cóż. W zeszłym roku bardziej się mi ta impreza podobała. Ale kilka zdjęć zrobiłam, bo mi się podobają te wszystkie maszyny w chmurze piachu, do tego czasem fajnie słońce świeci .... każdy jakiegoś świra ma ;)
Jak w latach ubiegłych - każdy coś może dla siebie tam znaleźć. Ciuchy nowe i z demobilu, militarne gadżety, piwo, kiełbachę i chleb ze smalcem .... do tego mnóstwo sprzętu jeżdżącego ... o przeszłości różnej zapewne, ale dzisiaj służą zabawie, a u wielu na pewno wzbudzają wiele refleksji historycznych ...
Do tego żołnierze z różnych epok, czterej pancerni i pies, wiecznie młodzi ..... oraz mnóstwo kurzu, piachu, hałasu, warkotu na ziemi i w powietrzu ... po prostu Zlot!
Zobaczcie sami zresztą:








































Powspominać lato fajnie, kiedy za oknem leje, mży, pada, wieje i słońca brak ...
Dobrze, że udało się mi dzisiaj z kotem na spacer wyjść ;)

Do miłego :)

piątek, 14 października 2016

Borneńskie grzybobranie

To nie jest tak, że wybraliśmy się kolejny raz do Bornego, a tam - wysyp grzybów :) Niestety nie. Pobazuję trochę na wspomnieniach, szczególnie tego pierwszego razu - czyli pierwszego pobytu w Bornym, tego lata.
Przyjechaliśmy przed Zlotem Pojazdów Militarnych, na weekend mieli do nas dołączyć znajomi ... wypadało zatem podjąć ich prawdziwymi kurkami, zebranymi własnoręcznie w miejscowych lasach.
Fakt - zaasaekurowaliśmy się, kupując w owadzie pudełko jakichś wymęczonych grzybów, żeby w razie czego mieć i się nimi wspomóc :))
Na szczęście, okazało się to zbędne. Asekuracja nasza, gdyż ... no właśnie i o tym będzie mój dzisiejszy post ;) 
Te biedronkowe się nie zmarnowały, poszły po prostu do zupy kurkowej. Dobra była.
Rozpoczęło się grzybowe szaleństwo.
Najpierw z niedowierzaniem, poszliśmy do lasu, a może, nuż coś znajdziemy ... 
Są! Padam na kolana przed tym cudem natury, z radością kontemplując piękno ukryte w runie leśnym:



Na dzień dobry zebraliśmy całkiem pokaźną kupkę kurek :) Będą na risotto :)


Kot dzielnie nam sekundował w oporządzaniu grzybów:


Cóż, sami sobie winni byliśmy ;) Kto to widział, żeby do późna grzebać coś w kuchni. Noc jest od spania, czyż nieprawdaż to jest? ;))

Rozochoceni sukcesem zbieraczym, przetrwaliśmy weekend ze znajomymi - nie chcieli iść na grzyby, leniwce jedne ;) i po ich odjeździe, ruszyliśmy w las.
A tam - prawdziwa uczta, dla każdego coś miłego. Grzyby, wrzosy, cisza, brzózki, pod którymi kryły się koźlarze i znów cisza, przerywana przez latające samoloty ... zastanawiam się w takiej sytuacji, przez jakie stworzenia leśne jesteśmy obserwowani ;) 
Tak szczerze mówiąc, w wielu miejscach czułam się bezpiecznie i dobrze, ale były takie, skąd czym prędzej odchodziłam. 
Znaleziska zostały przez nas obfotografowane, niektóre na fejsa wrzucone, żeby znajomych podrażnić ;) a inne czekały na chwilę premiery na blogu. Kotu wykazywał żywe zainteresowanie grzybami, co w różny sposób się u niego objawiało ;)
Zapraszam do oglądania zdjęć:









I znów do lasu:






I znów:




Ten ostatni niekoniecznie jadalny jest, ale ładnie wygląda ;)








Takie cudeńka też można znaleźć - w kształcie serca, albo dupki - jak kto woli ;), albo podwójne :)


Może z kotem ktoś w końcu na spacer wyjdzie, co?!


Udanego weekendu wszystkim :)

środa, 5 października 2016

Nadmorsko - Bonusowe opowieści

A tak sobie obiecywałam!! Że będę pisać częściej, bo zapomnicie o mnie i będę musiała szukać nowych czytelników, a ja tak naprawdę na przedstawiciela handlowego się absolutnie nie nadaję. Wbrew pozorom ;)
Wiatr hula sobie po naszym osiedlu swobodnie, wydmuchując zewsząd resztki kurzu, przeganiając zeschnięte liście, torebki foliowe, obija się o osłony na balkonach, strasząc tym samym małe kotki, które wybrały się z Personelem na spacer ;) ... jak nad morzem, które bardzo lubię ....
Nie dalej, jak pół godziny temu przeczytałam w necie, że molo w Sopocie zostało częściowo uszkodzone przez fale. 
A sprawcą był oczywiście wiatr.
Tak naprawdę to lubię, kiedy wieje :) W końcu Wodniczka jestem, a Wodnik to znak powietrzny, wbrew pozorom.
Chociaż bez przesady.
Wymarzłam dzisiaj na spacerze z Bonusem, bo słońce skryło się za chmurami i ani myśli wyjść. Skróciliśmy też nasze łazęgowanie do pół godziny, żeby kot się nie przeziębił. Bo tak naprawdę nie wiem, jaką on ma odporność na zimno, skoro jest kotem domowym. Teraz w sumie domowo - półwychodzącym ;)
Jakiś tydzień temu zaliczyliśmy nadprogramową wizytę u weta z powodu lekkiej praczki. Zaczęła się w weekend, więc 
w poniedziałek, od rana pojechaliśmy do gabinetu. Gdyż poza kilkoma nadprogramowymi wizytami w kuwecie, nic więcej się nie działo.
Wet obadał Bonusa - łatwe to nie było, ale daliśmy radę :) Co było powodem? Prawdopodobnie karma - mimo, że taką samą puszkę miał latem - kot, nie wet. Ja jeszcze stwierdziłam, że może trawa, bo w jednym miejscu była bujna, zbyt bujna, jak na suszę. A w czasie spacerów, Bonus chętnie się zielonym pożywia. Teraz bardzo pilnuję, żeby tam nie jadł, ani z parkingu ani jednego źdźbła nie uszczknął.
No nic. Wet dał tabletki w wielkości i kruchości takich musujących i stwierdził optymistycznie, że one są bardzo dobre i nie ma problemu z ich podawaniem. Aczkolwiek, pod koniec jego wypowiedzi, wyczułam lekką nutkę niepewności. I sam dodał, że w zasadzie nie ma.
Ok., niech będzie. W domu rozkruszyłam Bonusowi pół do miseczki. Wylizał wszystko ze smakiem, co mnie ucieszyło :) Wieczorem druga połóweczka do miseczki.
Nie smakuje.
Wymieszałam z karmą - mokrą ( bo tylko taką dostawał).
Zachęciłam stwora do jedzenia, stercząc przy nim ...
Jakoś poszło, ale nie do końca.
Kurczę, no! Miało smakować!!
Na drugi dzień, olśniło mnie. Rozpuścić w wodzie i do paszczy podać starym, dobrym sposobem, czyli strzykawką.
Pogalopowałam do apteki, będąc chyba jedną z pierwszych klientek, na drugi dzień. Kupiłam i jakoś się udało, kolejne porcje kotu wcisnąć. Nie odbywało się to na zasadzie dobrowolności: otwórz pyszczek, Bonusiku, ja ci podam lekarstwo, tylko trzeba było stwora złapać, przydusić z góry do podłoża, a potem rozewrzeć szczęki i po trochu lać.
Miłe nie było, ani dla mnie, ani dla niego, ale cóż ... mógł, po dobroci z miseczki sobie wylizywać ...

Tak zaczęłam o wietrze, wyszło o kocie, a miało być z nadmorskimi obrazkami, zrobionymi latem.
Będąc nad morzem, fotografowałam morze codziennie, kiedy tylko byliśmy na plaży.
Przeważnie zimno było, ale słońce od czasu do czasu się pokazywało ...
Obejrzyjcie sobie, zresztą:


















Ostatniego dnia musieliśmy zrezygnować ze spaceru po plaży, bo mimo słońca było strasznie zimno:




Ostatnie spojrzenie na morze w tym roku, chyba i czas wracać do domu.
Ale przedtem port:



Taką łódeczkę z ostatniego zdjęcia, można sobie wypożyczyć i po kanale popływać. Z jej właścicielem, rzecz jasna ;)
Trzymajcie się ciepło :) U nas leje, wieje .... komp wariuje, kot śpi, a ja jestem już zmęczona dniem ;)