sobota, 8 lutego 2014

W niebiosa wstąpiwszy ;)

Tak, jak napisałam w odpowiedziach do Waszych komentarzy pod poprzednim postem - wróciliśmy szczęśliwie do domu, pociągi spóźnień nie miały, dobre i to, chociaż.
Jakoś tak nam pasowało wyjechać z Kołobrzegu klamotówą, czyli osobowym relacji Kołobrzeg - Poznań, należącym do Przewozów Regionalnych. I to był błąd.
Polityka kolei jeszcze chyba polskich jest beznadziejna. To wiemy wszyscy, ja mam tego jeszcze większą świadomość z racji męża tamże pracującego. PR-ka jest totalnie niedoinwestowana, kompletnie na boku, bo wielu marszałków województw potworzyło koleje np. wielkopolskie, śląskie, czy mazowieckie, mimo, że jednocześnie są właścicielami wspomnianej PR-ki. Kompletna paranoja z tym i jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Niestety.
Widok w.w. pociągu jest dla mnie naprawdę smutny i rozdzierający. Chociaż określam go mało wyszukanym słowem o pejoratywnym zabarwieniu.
Odkąd zaczęłam regularnie jeździć nad morze w tamte rejony, on zawsze tak samo wygląda. Został jedynie pomalowany, siedzenia zostały wymienione, może nawet i skład jest inny, ale i tak widać koszmarne zużycie i jakieś takie zrezygnowanie.
Po tym przydługawym wstępie - konkrety.
Pociąg krótki, a ludzi sporo, bo to piątek przecież wczoraj był. A ludzie, jak to ludzie. Stali sobie na korytarzu, palili papierochy, bo przecież godzina bez czegoś ciepłego w ustach, to godzina bezpowrotnie stracona, nieprawdaż? A dym ma to do siebie, że wszędzie się wciśnie. Całe szczęście, że drzwi od przedziału dały się zamknąć.
Do pociągu wsiadła grupka młodzieńców w wieku podstawówkowo - gimnazjalnym z opiekunami. Łebki były na obozie piłkarskim. Mieliśmy pecha usiąść za nimi. Gim g.....nom zrobiło się 
w pewnym momencie za gorąco i beztrosko otworzyli sobie okno w czasie jazdy. Rozumku te istoty za dużo nie mają i trudno im było uwierzyć, że im nie wieje, ale nam to i owszem, łeb urywa. Oparło się o interwencję u ich trenera. W czasie jazdy okno było zamknięte, ale na postojach z lubością je otwierali. Ot, takie gimgówna, inaczej ich nie nazwę, wybaczcie tę dosłowność.
Z takimi atrakcjami dotarliśmy do Poznania. Droga dłużyła się mi tak samo, jak do Czarnogóry, gdy dojeżdżaliśmy do celu i dojechać nie mogliśmy, ale tam mieliśmy do przejechania jakieś dwa tysiące kilometrów, a nie dwieście parę.
Za to w Poznaniu, na osłodę, wsiedliśmy do pociągu na miarę obecnego wieku, bo takie na naszej trasie teraz jeżdżą. Nic na boki nie buja, nie trzęsie, cichutko, szybciutko i tak już od ponad roku. Co nas, rzecz jasna, wydelikaciło i wyrobiło wrażenie, że tak jest już wszędzie ;) 
Te tytułowe niebiosa, to oczywiście nasz, lokalny osobowy :))

Miałam chęci zrobienia po drodze zdjęć, na których byłyby budynki stacyjne, ale nie bardzo mi to wyszło. Zrobiłam tylko te. Wieża ciśnień i budynek stacyjny w Grzmiącej zrobione w sobotę, gdy jechaliśmy do, a "Smerf" uchwycony w Kołobrzegu. Tak nazywane są te niebieskie pociągi, kursujące na trasie Kołobrzeg - Szczecin. Fajnie się nimi jedzie :)





A skoro wczoraj uraczyłam Was historyjką o krwiożerczej mewie, a nie zilustrowałam jej, to dzisiaj nadrabiam ten brak ;)




Mewa pierwsza została zrobiona na kołobrzeskim deptaku, na daszku kawiarni, a ta druga - przed naszym sanatorium. Taka nas zaatakowała, może nawet i to była ona ;)
Właściciele tych samochodów wożą szmatki i butelkę z wodą jako stałe wyposażenie zapewne ;) Ten parking przeznaczony jest bowiem dla pracowników sanatorium.
Zaraza wyczekiwała, żeby ktoś jej coś do jedzenia z okna wystawił ;)

To oczywiście nie wszystkie zdjęcia, jakimi zamierzam Was uszczęśliwić ;) Jutro będzie seryjka z morzem jeszcze.

Poza tym, mam dylemat. Będziecie się śmiać, ale co tam, napiszę.
Otóż przedwczoraj ułamał mi się kawałek kija. Nie zauważyłam nawet kiedy i jak. Dopiero, gdy wróciłam do pokoju, chłop mój zauważył brak grota. Dół wygląda tak, jakby został ucięty. Istnieje możliwość wymiany grotów na nowe, kwestia 60-80 złotych za obydwa, albo kupić nowe, a tu można sobie poszaleć ;) Ale mnie interesowałyby takie do, góra 200 złotych. Patrzyłam nawet dzisiaj, co oferuje serwis aukcyjny ;), coś tam można wybrać .... ale te moje stare są fajne, bo lekkie, nie mają jedynie rękojeści z korka, tylko z czegoś sztucznego.
Swoją drogą, fajnie byłoby mieć tylko takie problemy :))

Miłego popołudnia wszystkim życzę :)

piątek, 7 lutego 2014

Post wyjazdowy i o tym, jak nie daliśmy mewie ukraść jedzenia

To już dzisiaj. Powrót do domu po prawie tygodniu laby. Morze żegna nas łzawo i z ponura miną - lubi nas najwyraźniej.
Pokój opuściliśmy jakieś dwie godziny temu, czekamy na obiad, a potem ładujemy się do klamotówy, mając nadzieję, że dowiezie nas szczęśliwie i na czas do Poznania ;)
Żeby osłodzić sobie życie, poszliśmy sobie na kawę i lody - bardzo dobrze smakują zimą, prawda?

Teraz o mewie będzie. Jak wiadomo, mnóstwo ich nad morzem, są bardzo ekspansywne, tworzą wielkie grupy i szukają non stop jedzenia. Osiedle sanatoryjne to dla nich jedna wielka stołówka, 
a kuracjusze je przyzwyczajają, wyrzucając, czy kładąc jedzenie na parapetach. Mewom to pasuje, potrafią wcześnie rano pukać do okien, domagając się śniadania.
Wczoraj szliśmy sobie z obiadu. Na deser dostaliśmy pączki, których to nie zjedliśmy od razu, zawinęliśmy w serwetkę i udaliśmy się do pokoju. Na posiłki chodziliśmy do innego budynku, trzeba było wyjść na zewnątrz, przejść kawałek.
To wyszliśmy. Nagle zza naszych tyłów pojawił się jakiś kształt, zapikował w dół i stanął przed nami, łypiąc groźnie okiem. To była mewa, z tych wielkich taka, fragment dzioba był czerwony, jakby coś, kogoś rozszarpała .... horror normalnie ;)
Za nami szły dwie starsze panie i jedna mówi do nas, żebyśmy uważali, bo skubana czai się, aby wyrwać nam jedzenie z ręki!! Bo ją tak załatwiła dzień, czy dwa wcześniej.
Tego było nam za wiele!! Tupnęłam na zbliżającego się potwora, patrząc jej prosto w oczy powiedziałam, żeby nie ważyła się do nas zbliżać, nie mówiąc już o wyrywaniu nam czegokolwiek z rąk.
Paskuda łypnęła jednym okiem z boczku i strzeliła focha, oddalając się na trawnik.
Do czego to podobne, rozbestwione są, zarazy, jak nie wiadomo co ;)

Tak to było. Wstrząsająca to historia ;)

Mam kilka zdjęć w zanadrzu, ale wrzucę je na bloga po powrocie do domu. Mewy też jeszcze będą ;)

Powoli zbliża się pora obiadowa, miłego popołudnia życzę i do zobaczenia :)

wtorek, 4 lutego 2014

Post słoneczno - fotograficzny

Dzisiaj zaszalałam ze zdjęciami :) Trochę.
Wyszło słońce, które od rana rozświetliło nasz pokój, znajdujący się od strony wschodniej 
z widokiem na spokojną ulicę, oraz częściowo na dworzec kolejowy :)) Słychać nawet zapowiadanie pociągów i same pociągi, co oczywiście nie przeszkadza mi w najmniejszym stopniu - wręcz przeciwnie, napisałabym ;)

Jako, że zabiegi odrobiliśmy do godziny 10., to mieliśmy mnóstwo czasu, który spędziliśmy na łażeniu tu i ówdzie.
To teraz zdjęcia. Będzie ich, jeśli Blogger dopuści - kilkanaście.


Mewy i kawałek mojego cienia ;) Poniżej - mieszkańcy kołobrzeskiej plaży i portu :)


 





I ona - kołobrzeska latarnia morska w dwóch odsłonach, a fotografowana przeze mnie po raz sto piąty ;)



A na koniec - gorąca czekolada z orzechami i świeżym imbirem w pijalni czekolady, nieopodal katedry. Czekolada była dobra, ale niesamowicie syta. Chyba na jakiś czas wystarczy, jeśli 
o mnie chodzi ;)


Co będzie jutro? Nie wiem jeszcze. Pewnie ruszymy z kijkami, po samej plaży to około 10 km, licząc od wejścia niedaleko naszego sanatorium, potem kierując się do hotelu Arka z ruchomą kawiarnią na samej górze i z powrotem, do latarni i od latarni do punktu wyjścia. 
Dzisiaj poszliśmy do miasta, zmuszając niejako naszą koleżankę, która również tu bawi, ale 
w innym hotelu, do kupienia kijków :)) Żeby nie było - koleżanka chce, ale się boi. teraz już nie ma wyjścia. Kilka dni temu określiła się, jakie by chciała, to jej znaleźliśmy :) 

Mam nadzieję, że z przyjemnością obejrzycie zdjęcia :) 
Do miłego :)