środa, 28 maja 2014

Powrót córki marnotrawnej

Ostatnie dni dość intensywne były, pod względem emocjonalnym, chociaż nie tylko. A wszystko przez tytułową córkę marnotrawną, wróć - kotkę, której personel to mój brat z rodziną i nasi rodzice.
Oprócz niej są w domu dwa kocurki - jej synkowie.
W sobotę dzwoni do mnie mama, a brat był weekendowo z małżonką swą wyjechany, że coś niedobrego z kotką się dzieje. Wleciała bowiem do domu, jak oparzona, straszliwie miaucząc, a potem położyła się na łóżku, kręciła się, wierciła, zawodziła, nie mogąc sobie miejsca znaleźć. Mama odniosła wrażenie, że coś z tylnym odcinkiem kręgosłupa jest nie tak.
Cóż było robić, podjechaliśmy do nich, zapakowaliśmy kotkę w kontener i do weterynarza. Było to przedpołudnie, więc lecznica była jeszcze czynna.
Pani weterynarz obmacała kotkę, dokładnie obejrzała i po jej reakcjach stwierdziła, że prawdopodobnie ktoś jej z buta przywalił, trafiając w kręgosłup, chociaż nerwy uszkodzone nie były, bo łapkami mogła normalnie ruszać. Dała jej zastrzyk przeciwbólowy, kazała zamknąć kotkę, nie wypuszczać na dwór, obserwować i w razie czego dzwonić pod podany numer. 
Kicia została więc wypuszczona do piwnicy, dostała jeść, pić - ma tam swoje legowisko, bo noce koty spędzają właśnie tam i już. A w niedzielę rano, wymknęła się mamie z piwnicy i tyle ją widzieli.
Dlaczego zwiała? Tego nie wie nikt. Najgorsze było to, że nie wróciła do domu, co się jej nigdy nie zdarzyło. 
W domu żałoba, smutek, łzy - wiadomo. Minęła niedziela, poniedziałek i dzisiaj rano dostaję wiadomość od bratowej, że kotka wróciła :)))
Bez wizyty u weterynarza się nie obejdzie, bo jednak ten tył jej ucieka przy chodzeniu, ale najważniejsze, że wróciła :)))
Podejrzewam, że ktoś ją zamknął, nie wiadomo z jakiego powodu i gdzie, i dlatego tak długo jej nie było. Kamień z serca.
Mam tylko nadzieję, że osoba, która ją skrzywdziła, poniesie stosowną karę. 

Pozdrawiam z deszczowej Wielkopolski :)

piątek, 23 maja 2014

A u nas zakwitły akacje :)


Wybraliśmy się z Chłopem dzisiaj rowerami za miasto, bujając się nimi jakieś trzy godziny, owiewani ciepłym, południowym wiatrem i ogrzewani słońcem. Nie było wcale za gorąco, a mieliśmy świadomość, że na jutro zapowiadają burze i deszcze - wiadomo, sobota :P
Człowiek łazi taki stłamszony, zamyślony bez sensu, a tu znienacka czuje piękne zapachy, które generowane są przez akacje! Kurczę, kiedy one zakwitły? Na wylocie z miasta? Na wycieczkę wzięliśmy nasz nowy nabytek, który potrafi robić piękne super makra, więc przy starej akacji zrobiliśmy pierwszy przystanek. Było upojnie :)



A potem zatrzymaliśmy się na przejeździe kolejowym, jechał towarowy, więc się w kadr załapał :)



Później było już coraz ciekawiej. Zjechaliśmy z głównej drogi na bardzo lokalną, a tam, nad naszą rzeczką - stado krów :) Widok niecodzienny ostatnimi czasy. Stado ma luksusowe warunki na swojej łące i dało sie sfotografować :





Dzięki dobremu zoomowi, udało się mi chwycić rudzielca buszującego wśród traw. Odwrócił się, jakby wiedział, że został sfotografowany przez paparazzo. I obejrzany przez kilkanaście osób ;)


To nie były jedyne zwierzęta, które spotkaliśmy. Dalej kolejni celebryci:

 Kucyk spokojnie się pasł, ale kiedy stanęliśmy i podeszłam bliżej z aparatem, zainteresował się, co ja za jedna ;)




Słodziak z tego pieska, prawda? Nie szczekał na nas i miał ochotę na jakieś głaski, ale nie odważyłam się. Mąż tym bardziej. Zapewniłam psiakowi chwilkę rozmowy i sławę międzynarodową :)

Teraz będzie pierdylion roślinek:






Żółtlica rosła sobie obok sklepu, w którym kupiliśmy lody. Taki maleńki, niepozorny kwiatek, a mi podoba się. Bo, oczywiście całej rośliny nie nazwiemy małą i niepozorną ;)



Wracając do domu, jechaliśmy przez działki i na chwilkę wstąpiliśmy do znajomych. Kilka roślinek zostało uwiecznionych:





Lipy też już niedługo zakwitną. Ciężko było zrobić zdjęcie bujającej się na wszystkie strony gałęzi:


Po drodze mijaliśmy kilka ptaków, które żerowały na skoszonej łące, były bardzo płochliwe. Czy ktoś z Was, na podstawie tego niedoskonałego zdjęcia wie, co to za ptak?


Nie wiem, jak jest u Was, ale straszą nas burzami, a i mapa burz wygląda dość intrygująco:


Ciekawe, czy do nas dojdą? W nocy niech tam sobie wali, ale przed południem niech przestanie, bo jedziemy na piknik pod miastem, tam odbędzie się bieg charytatywny, w którym to uczestniczyć będzie mój bratanek. Zapalił się ostatnio do biegania 
i dobrze. Mam nadzieję, że załapie się do klubu i będzie trenował pod fachowym okiem. Rozmowa była w czwartek, trener ma go w przyszłym tygodniu sprawdzić, zobaczymy, co dalej.
My nie bierzemy czynnego udziału w tej imprezie, trzeba zbierać siły na kijki w połowie czerwca.

Spokojnego wieczoru i udanego weekendu :)

poniedziałek, 19 maja 2014

Jak wczoraj Lwa dogoniłam.

Do dżungli nigdzie nie wyjechałam, ani na żadne Safari koło Międzyrzecza, do Tarnowa Podgórnego tylko, na pierwszy w mym życiu "poważny" bieg, który nosił dumne miano "Pogoni za Lwem" - cokolwiek miałoby to znaczyć, nie szukałam albowiem, genezy owego tytułu.
Do wyboru był dystans półmaratonu i 1/3 tegoż, czyli jakieś 7 km z kawałkiem. Z oczywistych powodów, wybrałam jedną trzecią, chociaż przed startem wątpliwości obsiadły mnie jak pchły kota na wiosnę - tak samo upierdliwe były i bez sensu.
Mąż mój tym razem nie startował, zapisał się wcześniej na 20 km, ale z oczywistych względów dał sobie z tym spokój. Ucieszył odstąpieniem miejsca swojego znajomego. Znajomy ów, to w ogóle ciekawa postać i dowód na to, że nawet w dojrzałym wieku można się zmienić. Pan ten, krótko przed pójściem na emeryturę, zajął się bieganiem - maraton nie stanowi dla niego w tej chwili wielkiego problemu, zainteresował się zdrowym odżywianiem, zrobił prawo jazdy, porzucił nałogi .... można? Można!
Wracając do mnie. Jako, że byłam osobą niebiegającą, to miałam obawy, czy dam radę. Bez sensu, jak już wyżej napisałam, bo z kijkami robiło się dłuższe dystanse.
Koniec, końców prawie całą trasę przebiegłam :)) To prawda, co wszyscy mówią, że start w grupie i z dopingiem publiczności to zupełnie coś innego niż bieganie samemu po parku, czy osiedlu. Trasa wiodła ulicami Tarnowa Podgórnego, osiedlami domków jednorodzinnych i przez centrum miasta, mnóstwo osób wyszło pokibicować, perfekcyjnie przygotowani do tego, to było naprawdę niesamowite. 
Tak się zaczęłam na dobre zastanawiać, kto i kiedy wmówił mi niechęć do biegania? Czy to było w dzieciństwie na zasadzie: nie biegaj, bo się spocisz i będziesz chora, no widzisz, spociłaś się i choroba gotowa, czy też: jesteś zbyt powolna, żeby uprawiać sport, na co ci to .... a może w poprzednim jakimś wcieleniu zabiegałam się na śmierć i teraz organizm zrobił wszystko, żeby tego uniknąć?
Cokolwiek by to nie było, zaczęłam przekonywać wierzgającą podświadomość, że czas na zmiany poglądów. Mam nadzieję, że mi się uda.

Przy okazji, bo byliśmy dużo wcześniej przed startem i czasu mieliśmy sporo, poddałam fachowym oględzinom swoje stopy. Okazało się, że mam wadę, która powiązana jest z powstaniem haluksów. Tych nie mam, ale za lat kilka, czy kilkanaście mogę mieć. Badanie pokazało nieprawidłowy nacisk organizmu na stopy,ale zamierzam coś z tym zrobić. Dziwnym trafem, tydzień temu, weszliśmy z chłopem do sklepu obuwniczego i wdaliśmy się w rozmowę ze sprzedawczynią. Okazało się, że dziewczyna ta jest rehabilitantką, zajmuje się również doborem wkładek ortopedycznych i pracuje w tygodniu w gabinecie rehabilitacyjnym. 
A w soboty dorabia w sklepie.
Jeśli w ciągu tygodnia zdarzyły się mi takie spotkania, dotyczące stóp i korekcji wad, to chyba nie mam co czekać i zacząć działać.
Jeśli macie okazję zbadać sobie stopy - zróbcie to. 

Miłego dnia wszystkim życzę :)

piątek, 16 maja 2014

Wczorajsze Święto Niezapominajki

Komu nie podobają się niezapominajki? Chyba niewiele osób odpowiedziałoby tak.
Ja do nich nie należę. Miałam umieścić post wczoraj, ale nie dałam rady. Z powodu zlecenia na przedwczoraj, wczorajszy dzień 
i pół dzisiejszego spędziłam przy komputerze, mózg się mi zlasował z tego wszystkiego, z ust mych nadobnych ;) wyrywały się co chwilę mało wybredne słowa, z bezsilności po prostu. Mało ciekawe przemyślenia przyplątały się przy okazji, a że pogoda taka sobie i ogólnie też tak sobie, to wrzucam zdjęcia tych pięknych kwiatków i na dzisiaj wystarczy:


 Te są malutkie i drobniutkie, rosną sobie przy drodze i torach kolejowych. Ale dają radę.



 A to niezapominajki rosnące pod sosnami w naszym lesie. Są wielkie, mają tam wspaniałe miejsce do rozwoju, bo zaciszne
i słoneczne, rosną więc jak szalone w sporych kępach.


Miłego weekendu Wam życzę, a przynajmniej spokojnego i wolnego od nadmiaru wody.

Za każdym razem, kiedy widzę, czy słucham relacji powodziowych, dziękuję moim przodkom, którzy ponad sto lat temu opuścili Opolszczyznę i swoje wioski leżące przy Odrze, przenosząc się do Wielkopolski. Znaleźli sobie miejscowość, w pobliżu której której nie ma żadnej rzeki, do jezior jest kawałek, o morzu nie wspomnę. Przez moje miasto przepływa niewielka rzeka, ale przed i za miastem ma sporo miejsca, gdzie może wylać, więc szkód nie narobi.

Trzymajcie się ciepło :)

środa, 14 maja 2014

Dla sosnowych i makowych wielbicielek ;)

Witam po przerwie :)

Jakoś nie mam weny do pisania ostatnio. Moje posty wydają się mi nędznymi wypocinami przy innych, chociaż trudno się do kogokolwiek porównywać, gdyż każda/każdy z nas jest inna/inny.

Będąc w zeszłym tygodniu bodajże, na kijkowym spacerze, zauważyłam kwitnące maki, zaraz obok mojego przejazdu kolejowego. Wyciągnęłam od razu komórkę i z trudem zrobiłam kilka zdjęć. Z trudem, gdyż wiał silny wiatr i zdjęcia wychodziły zamazane. Ale się udało i niniejszym pokazuję je Wam na blogu:





Piękne są w tej swojej delikatności i ulotności :)

Zdjęć natrzaskałam dużo więcej, rzecz jasna, ale nie wszystkie naraz ;) 

W sobotę pojechaliśmy do lasu wypróbować nowy aparat fotograficzny. Uczyniliśmy taki zakup albowiem, nie jest to lustrzanka, ale też nie mały kompakt. Taka hybrydka pomiędzy. Robi niesamowite makra, bo ma ich aż trzy opcje. Zdjęcia sosen wyszły również inaczej niż komórką.

Niesamowicie pachniało wtedy w lesie, sosny dokładały się do tej feerii zapachów, jak tylko mogły.
Oto one w nowym ujęciu - szczególnie dla Ciebie, Panterko, która nie ma ich w swoim otoczeniu :)





Wczoraj natomiast, poszłam pobiegać (!!!) i przy drodze zauważyłam je:


Myślałam, że są to ulubione przez Orszulkę wrotycze, ale nie. Jakieś podobne do nich, nazwy nie poszukałam jeszcze. Wrotycze wypuściły ogrom liści, póki co, a pomiędzy tymi liśćmi tkwią zeschnięte, zeszłoroczne badylki.

Trochę sobie biegam ostatnio - głównie po miękkim, oczywiście, bo w niedzielę jedziemy na zawody pod Poznań, na które zapisaliśmy się już dawno temu. Ja pobiegnę (!!) na ok.7,5 km - tzn. przemierzę ten dystans marszobiegiem, a mój chłop będzie tym razem kibicował. Zapisał się był na 20 km, ale na razie nie ma tyle sił jeszcze, żeby to przebiec. W jego imieniu pobiegnie jego znajomy.
Ale, ale - trzy dni temu, w niedzielę odbył się bieg Szpot w Swarzędzu, 10 km i chłop mój przebył go w niezłym czasie godziny 
i dwóch minut bodajże!
Startowało tam ponad 3 tysiące osób, najlepsi byli Kenijczycy, w liczbie dwóch, którzy dyszkę zrobili w ciągu ok. pół godziny. Szli jak burza. 
Mnóstwo ludzi ruszyło tyłki z kanap i foteli, a najbardziej niesamowici są seniorzy. W Swarzędzu startowały osoby z rocznika 36, 37,39 ... dostali chyba największe brawa od publiczności i prawie każdy z nas sobie zapewne pomyślał, że chciałby w tym wieku być tak sprawnym, jak oni.
Jeden z tych panów, zapytany dlaczego biega, odpowiedział ,że dla kasiory ;) bo odkąd uprawia sport, nie wydaje pieniędzy na lekarzy :)) I worka lekarstw też pewnie żaden z nich nie ma w domu.
To chyba najlepsza rekomendacja dla ruchu.

Zresztą sam widzę po sobie. Jak się ruszam, to wszystko jest ok. Tydzień temu musiałam trzy dni przysiedzieć przy komputerze 
i stole, bo miałam pilną pracę zleconą, a potem mi kręgosłup z lekka strzelił. Tzn. pojawiły się dawno niewidziane u mnie bóle tegoż. Dzisiaj jest już ok., wczoraj byłam na masażu, zapisałam się na kolejny i powinno pomóc. Podejrzewam, że zaległy stres też swoje dołożył.

Trzymajcie się zatem zdrowo, bierzmy przykład z tych kowali, które podejrzeliśmy w lesie i uwieczniliśmy na super makro ;)


poniedziałek, 5 maja 2014

O wszystkim po trochu, w imieniny miesiąca ;) zabawa u Ilony

Najdłuższy weekend Europy minął, pozostał we wspomnieniach jeno, ci, którzy wyjechali wrócili już pewnie wymarznięci 
i z pustym portfelem, inni liczą zyski i straty ..... cóż, nie spodziewałam się, że założę jeszcze zimową kurtkę i rękawiczki ;)
Trzeciego maja wybraliśmy się rodzinnie na rajd rowerowy, organizowany przez naszą gminę. Do przejechania było prawie 24 km, albo jakieś 18. Wybraliśmy oczywiście krótszą trasę, dłuższą niech sobie młodzi i zdrowi jeżdżą ;)
Rajd zgromadził kilka tysięcy osób. Na trasie trzeba było mocno uważać na jadących, którzy np. poruszali powolutku całą szerokością jezdni, albo na rowerzystów pojawiających się znienacka zza naszych pleców, kiedy to sami próbowaliśmy wyprzedzić. Mimo tego, na koniec zajechałam podobno drogę burmistrzowi he, he..... Mąż to widział, widocznie w tym samym momencie skręciliśmy w lewo, chcąc wykonać manewr wyprzedzania.
Nie przepadam za burmistrzem, widocznie zasłużył sobie ;)) Wredne to z mojej strony, nic jednakże nie poradzę. Taka ostatnio jestem. Wredna, znaczy się.

Meta była parku, a tam znalazłam kojące bzy, które chętnie obfociłam, z myślą oczywiście o blogu głównie, ale nie tylko.
Piękne są, prawda? W sam raz na imieniny miesiąca ;)






 Ja również zaplątałam się w bzach ;)

A wczoraj dostałam maila od naszej Orszulki, która z narażeniem życia swego sfotografowała maki w środku miasta, o czym pisała w komentarzu pod poprzednim postem. Kochana dziewczyna :))
Maki przecudne w swej czerwieni, u nas jeszcze ich nie ma i pewnie kilka tygodni nie będzie.



W lesie natomiast - mnóstwo zieleni i małych kwiatków. Też są piękne :)


 Dąbrówka rozłogowa - roślinka z rodziny wargowych
 Jasnota plamista, chyba.

Wybrać się kiedyś do lasu z kluczem do oznaczania roślin pod ręką .....oznaczyć sobie różne gatunki ....., porobić zdjęcia ..... Póki kwitną te małe kwiatki wśród drzew w lesie. Może namówię tego mojego chłopa, on sobie pobiega, w jedną, czy drugą stronę, a ja ze spokojem pooglądam rośliny.
Pogoda mogłaby się poprawić, jedynie. Chociaż u nas trochę słońca przed południem było, teraz zaszło, niestety.
Chłop mój zamierza wrócić do pracy. Poniedziałek nie jest może najlepszym dniem na wizyty u lekarzy, ale dzisiaj u rodzinnej miał numerek pierwszy!!, a w poradni chirurgicznej 22, co prawda, ale jak przyszedł, to od razu wchodził do gabinetu, bo osoba z 23 wychodziła. Niesamowite cuda, doprawdy ;)
Żeby tylko jutro mu w Poznaniu tak gładko poszło, w ich przychodni zakładowej - bo takową mają. Jędze, które tam pracują, są już zapewne od dawna na emeryturach, a tutaj sobie dorabiają na ułamkach etatów, pokazując swoją władzę. Mendy pierwszej wody, naprawdę.
Jak w kabarecie: okulistka nosi grube okulary i słabo przez nie widzi, a neurolog ledwo chodzi, bo jest częściowo sparaliżowany po udarze. Panie psycholożki natomiast, wyglądają jakby same potrzebowały natychmiastowej pomocy w rozwiązaniu poważnych problemów życiowych .....
Nie wyśmiewam się z tych osób, taka jest rzeczywistość.

Dzisiaj rozpoczęły się matury, dla wszystkich zainteresowanych parkowe kasztanowce na szczęście:



Jeszcze rzecz bardzo ważna, o której się mi przypomniało. Ilona z Zagrody, ogłosiła candy, o którym niniejszym informuję. Klikając na słowo "Ilona" przeniesiecie się do posta na jej blogu, a na banerek obok - do jej artystycznego bloga, lub tutaj - przekieruje Was do Ilonowego Kurnika Sztuki. 
Można obejrzeć prace, popodziwiać dekupaże, wziąć udział w zabawie ... kto, co lubi ;)

To ja się pożegnam

Coraz mniej mnie na blogach od jakiegoś czasu. Nie mam ani pomysłów, ani sił i chęci do pisania nowych postów. W dodatku przyplątały się ...