sobota, 31 stycznia 2015

Na koniec miesiąca

Poagitowałam ostatnio za ruszeniem się pospolitym z kanap, sof, foteli, dywanów, czy innych tam siedzisk. Wypadałoby teraz pochwalić się własną aktywnością, żeby nie być gołosłowną.
 To proszę bardzo. Moje chodzenie w tym miesiącu:


 Wygląda nieźle, moim zdaniem :) Bo, jak już napisałam w poprzednim poście, jakieś trybiki odpowiedzialne za ruch, w końcu zaskoczyły. Chyba. Czasy, które podałam, są ogólne, bo idąc nie włączam żadnych stoperów, czy aplikacji, tylko patrzę na zegar wychodząc. Bo po drodze robię zdjęcia ,albo staję i pacze sobie w dal, więc się nie liczy. Albo na pociągi czekam.
Co do pogody, to trochę śniegu spadło wczoraj, większość na szczęście stopniała i dobrze. 
Pooglądajcie sobie zdjęcia sprzed kilku, kilkunastu dni:








Widok na moje miasto we wtorek:


Trochę biało się zrobiło, ale potem stopniało. Dopiero wczoraj ....

Dzisiejsze popołudnie było dość emocjonujące. Kiedy szłam z kijkami, zadzwonił mój brat. Niestety nie słyszałam go za dobrze, bo w tamtym miejscu wiało i zasięg się gubił. Zrozumiałam tyle, że mam zadzwonić do rodziców, bo mama chora, ojciec chory, może do lekarza trzeba będzie z nimi jechać ... brat wyjeżdżał do pracy. Wczoraj wszystko było ok., więc co się stało? Dobrze, że go w całości nie dosłyszałam, bo zdenerwować się człowiek zawsze zdąży. Wróciłam do domu, przebrałam się w suche rzeczy 
i poszłam do rodziców, mieszkam niedaleko, dzwonić nie będę. Okazało się, że mama miała wieczorem gorączkę, dzisiaj już było lepiej, ale trochę ją to osłabiło, a ojciec - no ten się popisał. Miał problem z oddaniem moczu i nad ranem pojechał sam!! rowerem !!! do szpitala na pogotowie, czy jak to tam się teraz nazywa. Założyli mu cewnik, co przyniosło ulgę i wrócił znów sam, tym rowerem, z założonym cewnikiem do domu. No ręce opadają. Jako, że pani na dyżurze nocnym nic mu nie przepisała, 
w sensie recepty, tylko kazała kupić neofuragin, to w południe zawiozłam go ponownie na ten dyżur, był jakiś sensowniejszy lekarz, który przepisał ojcu jakiś antybiotyk plus urosept. I uspokoił go co do objawów. 
Ojciec przeziębił sobie najprawdopodobniej pęcherz, jeździ na rowerze po zakupy itp., spoci się, nie przebierze i problem gotowy. Mam nadzieję, że na tym się skończy, a w poniedziałek pojedzie oczywiście do urologa, do którego i tak umawia się na wizytę co jakiś czas.
A po co napisałam o tym? Z dwóch powodów. Po pierwsze, powtarzam się do znudzenia - trzeba o siebie dbać, a po drugie - jeśli coś Wam dolega, to proście swoje dzieci o pomoc. Czy kogokolwiek innego. Lepiej zadzwonić w nocy do nich, czy obudzić, jeśli są pod ręką w domu, niż samemu coś kombinować. Bardzo Was o to proszę.
Bo tłumaczenie jest takie, że nie będę robić komuś problemów, ale tak postępując, można zrobić jeszcze więcej kłopotów. Sobie i innym.
A tak w ogóle, to idziemy dzisiaj na studniówkę. W listopadzie i grudniu miałam zastępstwo w jednej z naszych szkół. I dostałam zaproszenie na studniówkę, którego w ogóle się nie spodziewałam :) z osobą towarzyszącą ,za którą oczywiście się płaci. Ciekawe, jak będzie ....

Udanego weekendu wszystkim życzę :)

wtorek, 27 stycznia 2015

A miałam już nie iść, czyli o mojej motywacji

Zaczęłam pisać ten post wczoraj, ale nie dokończyłam go. Mam nadzieję, że dzisiaj się uda.
A więc ;) najpierw, co zobaczyły moje zaspane oczęta dzisiaj rano, skoro świt chciałoby się napisać, ale do świtu to jeszcze z 1,5 godziny było?
Śnieg, kurde :( Dużo białego śniegu, który ładnie zasypał wszystko, co tylko mógł zasypać i padał sobie dalej. Mrozu na szczęście nie było i w tej chwili, a jest już po południu, prawie wszystko się stopiło i została chlapa na drogach i chodnikach. Pożyjemy, zobaczymy, z jakąż to tendencją szfystko się rozwinie ;)
Teraz do rzeczy, jednakże.
Jeszcze jeden post napiszę o moich ekscesach w ramach nordic walking. Weekend upłynął mi pod znakiem spacerów z kijkami, a wczoraj miałam już nie wychodzić. Ale poszłam, jakoś tak się mi zachciało, że przebrałam się i ruszyłam na moją stałą trasę. Nie zawsze tak jest, oj nie. Czasem zmuszam się do wyjścia i oczywiście nigdy nie żałuję tego. Bo po drodze zrobię jakieś zdjęcia, popatrzę sobie na pociągi, zauważę zmiany wokół domów, które mijam, obszczekają mnie psy, zaćwierkają wróble ;)
Chciałabym tym moim dzisiejszym wpisem, zmotywować wszystkie wahające się osoby. Zmotywować do ruchu, niekoniecznie nordic, bo nie każdemu musi to odpowiadać, w rzeczy samej.Wzbudzenie motywacji u siebie samej trochę trwało, łatwo nie było, ale tak od początku roku widzę i czuję, że jakiś trybik w końcu zaskoczył i ruszył z miejsca :) Oby na stałe.
Pożyjemy, zobaczymy. Dużo pracy przede mną.
Do rzeczy, jednakże. Wyciągnęłam pewną książkę na temat nordic walking, napisaną przez parę instruktorów i prekursorów tego sportu, Małgorzatę i Tadeusza Figurskich. Piszą w niej, że praktycznie KAŻDY może z kijkami chodzić. Dodając oczywiście, że osoby przewlekle chore muszą spytać się lekarzowi, czy mogą.
NW może wspomagać leczenie nadciśnienia, cukrzycy, chorób żył w nogach, czy podwyższonego cholesterolu. Z wypowiedzi instruktorki NW i rehabilitantki wynika również, że "pacjenci z chorobami stawów biodrowych, kolanowych, czy skokowych poruszali się zwykle przy pomocy kul (...), kije do nordic walkingu i marsz okazały się idealnymi zamiennikami 
i udowodniły, że mogą oni poruszać się bez kul ( oczywiście, jeśli mogą już z nich zrezygnować).
Dodatkowo, pacjenci, przy marszu z kijami, skupiają swoją uwagę na pracy ramion i rąk, zapominając, że utykają lub nierównomiernie obciążają swoją kończynę. Kije stanowią dla nich podparcie i jednocześnie odciążenie."

Jak to, co czytamy w książkach ma się do rzeczywistości?
Obiecanki odnośnie schudnięcia, lepszego samopoczucia, czy pozbycia się wielu dolegliwości?
Ma i to sporo. Mój Chłop na ten przykład. Jeszcze nie tak dawno, czyli jakieś dwa lata temu ważył prawie 90 kg, co przy jego wzroście było już lekką nadwagą. W młodości uprawiał sport wyczynowo, a potem była ogromna przerwa i papierochy. Palenie rzucił kilka lat temu i wrócił do biegania. Kondycja na początku była słabiutka, ale poprawiała się. Potem przyszła operacja, po której znów wszystko trzeba było zaczynać od nowa, ale dał radę. W 2014 roku przebiegł dwa półmaratony, nie licząc krótszych biegów. W tym planuje maraton na jesień. Nie mówiąc już o tym, że mało co go w tej chwili boli, jeśli chodzi o układ kostny.
Jakiś czas temu, po wstaniu z łóżka, musiałam się najpierw rozchodzić, bo kręgosłup, czy stawy ciężko budziły się do życia. Nawet umiarkowany ruch sprawił, że już o tym zapomniałam. Teraz chcę schudnąć ;) ale nie tylko, oczywiście.
Pewien ksiądz - rocznik mojego Chłopa, miał kilka lat temu potężny zawał, miał już nigdy nie odzyskać sprawności i prowadzić bardzo spokojny i oszczędzający tryb życia. Zaczął chodzić z kijkami, nawet na zawody jeździł i śmigał, że się kurzyło. Może nadal jeździ - nie wiem.
Przy sylwestrowym stole siedział z nami pan, starszy od nas ładnych parę lat. Odkąd zaczął biegać to schudł, unormowało się mu ciśnienie i cholesterol.
I takich historii - prawdziwych można usłyszeć wiele. Jeśli my o siebie nie zadbamy, to nikt za nas tego nie zrobi. Lekarze, jak to lekarze - różni są. Jedni zapracowani, a inni zainteresowani wciśnięciem pacjentowi leków "najnowszej generacji", kolejki przed gabinetami, kolejki do specjalistów ..... przed wieloma można zwiać na swoich nogach. Pamiętajmy o tym :) Ruszyć się z fotela, czy kanapy możemy w każdym wieku i każdy może znaleźć dla siebie coś odpowiedniego. Byle z rozsądkiem. 

To się nawymądrzałam ;) Jestem, rzecz jasna realistką, a nie zaślepioną entuzjastką, naiwnie wierzącą w różnego rodzaju sportowo - odżywcze "objawienia". Rozsądek przede wszystkim :)

Myślę, że fajną rzeczą jest zapisywanie swoich osiągnięć. Chłop założył mi konto na takim jednym portalu, na którym mogę wpisywać, co robiłam, dokąd szłam, jaka była pogoda i ile czasu mi to zajęło. Konto jest widoczne tylko dla moich znajomych, czyli z Chłopem są to trzy osoby :))

A na koniec kilka motywatorów ;)


To jak? Idziemy? Tylko nie odpowiadajcie "To idźcie" ;))
Miłego wieczoru wszystkim :)

piątek, 23 stycznia 2015

Ruszajmy zatem żwawo, czyli subiektywna rzecz o kupowaniu kijków

Do napisania tego postu natchnęła mnie jedna z naszych blogowych koleżanek, która chciała nabyć kijki nordikowe i stwierdziła, że jestem odpowiednią osobą, z którą może ten zakup, a właściwie przedzakup skonsultować. Na moje barki spadło zatem wielkie brzemię odpowiedzialności, bo ekspertem w temacie nie jestem. Ale z drugiej strony, mogę opisać rzecz subiektywnie, z mojego punktu widzenia, bo kilka lat szwendam się kijkowo po lasach, osiedlach i zawodach ;)
W każdym razie, kijki zostały zakupione, koleżanka nasza, uzbrojona w wiedzę, mogła w sklepie wyłożyć swoje racje, argumenty, pogrymasić i wymagać :))
Jako, że wiosna zbliża się wielkimi krokami, a pogoda w tej chwili sprzyjać może spacerom i być może ktoś z czytających tego bloga stanie przed dylematem, jakie kijki kupić, na co zwrócić uwagę ... wiedza ta jest w internecie, ale tutaj też ją znajdziecie za moment ;)
No to jedziemy.
Przede wszystkim odróżniamy kijki do nordic walking od kijków trekkingowych. Czym się różnią?

Kijki do nordic walking:
- mają przy rękojeści rękawiczkę
- są często w całości*
- ochraniacz na końcówkę, tak zwany bucik, jest w kształcie buta.

Kijki trekkingowe:
- przy rękojeści mają tylko pasek
- są skręcane, można je złożyć
- ochraniacz na końcówkę jest okrągły.

*  Według znawców, najlepsze są kijki nieskręcane. Dlaczego? Bo w trakcie marszu się nie złożą znienacka. Poza tym, amortyzatory słychać trakcie marszu, może to komuś przeszkadzać.
Rozwinę ten temat za moment.

Proste, prawda? Czyli umiemy już odróżniać jedne od drugich.
Idziemy więc do sklepu i dostajemy oczopląsu na widok mnogości i różnorodności kijkowej. Ale my nie dajemy ponieść się tej fali zwątpienia, bo mamy silną broń. Wiedzę!
Chcemy kije do nordic, odrzucamy zatem wszystkie trekkingowe. Jedna trzecia pracy za nami.
Będzie więcej, jeśli już w domu ustalimy sobie, czy chcemy kije skręcane, czy nie.
Kiedy skręcane? Jeśli chcemy brać je w podróż, poruszamy się głównie pociągami i autobusami i pokrowiec z nieskręcanymi będzie nam przeszkadzał. Skręcone będą o połowę mniejsze i mogą zmieścić się do naszej walizki ( ale nie muszą!).
Poza tym, jeśli kijki będziemy dzielić z kimś, kto jest innego wzrostu niż my.
Logiczne, prawda?

Czyli kolejny krok za nami.

Stoimy zatem przed wystawką z kijami i paczymy na .... nie, nie, nie kolor, to na końcu ;)
Jeśli wybraliśmy nieskręcane, to musimy wiedzieć, jaką długość kija wybrać. To bardzo ważne.
Jak to obliczyć? Najprościej i najłatwiejszy do zapamiętania chyba, będzie wzór: wzrost x 0,7.
Jeśli chcemy dokładniej - proszę bardzo:
- niewyczynowe chodzenie dla początkujących: wzrost x 0,66
- wyczynowe: wzrost x 0,68
- albo coś pośrodku: wzrost x 0,67.
 Wszystkie te sposoby podawane są na różnych stronach internetowych i w książkach dotyczących NW. Do wyboru, do koloru ;)
Nieskładane kije mają długości co 5 cm, czyli np. 110, 115 itd. 
Uzbrojeni w powyższą wiedzę i obliczenia paczymy;) sobie na skład kija : ile i czy w ogóle ma włókno węglowe, czyli szukamy określenia "carbon". Im więcej, tym lepiej, bo kije są wtedy lżejsze. Droższe również, no ale ;)
Paczymy również na rękojeść. Najlepsza jest z korka, bo dłoń się tak nie ślizga i nie poci, a korek ten pot też wchłonie i dłoń - no właśnie, jest stabilniejsza ;)
Pozostajemy przy rękojeści, bo tu wisienka na torcie, czyli wypinana rękawiczka. Po co nam wypinana rękawiczka? Po to, żeby było wygodnie sięgnąć np. do kieszeni po chusteczkę lub aparat, bez ściągania całości, lub wywijania kijem na wszystkie strony.
Jeśli chodzi o końcówki. W tej chwili preferowane są w kształcie ostrza - my przy swoich mamy okrągłe. Które są lepsze? Trudno mi powiedzieć, ostrzami łatwiej wbić się w podłoże, ale okrągłe też dają radę. Jeśli nie planujemy wyczynowego chodzenia ( na razie ;) ), to niech nam ta różnorodność końcówek snu z powiek nie spędza ;)
Dobrnęliśmy prawie do końca. Wytypowany sprzęt bierzemy w dłoń, zakładamy rękawiczkę ( zwracamy uwagę na oznaczenia: prawa, lewa) i zwracamy uwagę, czy ramię tworzy kąt prosty z przedramieniem.
Jeśli do tego kolor kijków się nam podoba, to nie pozostaje nam nic innego, jak je nabyć i ruszyć w teren.
Tylko przed ruszeniem, popatrzcie, jak wygląda prawidłowy chód. To bardzo ważne. I jeśli będziecie spacerować po miękkim terenie, to zdejmijcie buciki, nie swoje, tylko nakładki :)) Te przydadzą się na asfalt lub beton.
Z tymi bucikami - autentyczna historyjka. Pewna moja znajoma wybrała się z nami do lasu na kijki. Ruszamy, ja do niej: Buciki zdejmij!
Ona spojrzała na mnie jak na wariatkę i mówi: - No, co ty??!! 
Wyjaśniłam jej, o które buciki chodzi, uśmiałyśmy się obie.

Jeszcze słów kilka na koniec. Producenci kijów wymyślają różne bajery przy nich. Możecie na nie trafić :) Jest to np. możliwość ściągnięcia bucików za pomocą takiej dźwigienki. Nie musimy się więc schylać, szukać dla nich miejsca w kieszeniach, czy dotykać brudnych. Zakładanie odbywa się analogicznie. Przydatne, kiedy chodzimy po mieszanym terenie i chcemy jak najlepiej wykorzystać możliwości kijków.
Nie dalej, jak wczoraj, w naszej lokalnej telewizji widziałam kijki, które można regulować, ale tylko w obrębie 10 cm. To dla wyczynowców. Wchodzisz pod górkę, skracasz, schodzisz - wydłużasz. Taki bajer.
Teraz kwestia ceny. W miarę dobre kijki kosztują już od 120-150 zł. Nie trzeba kupować markowych, bo czasem pojawiają się niemarkowe w różnych lidlach itp. Te z Lidla są niezłe - koleżanka sobie kupiła kiedyś ( słomiany zapał ), pewnie niedługo będą mieli w sprzedaży, więc jeśli ktoś nie jest pewien swojej wytrwałości i zapału, może je sobie kupić, bo są tańsze. 

Chyba o wszystkim najważniejszym napisałam. Jeśli macie ochotę podyskutować o tym w komentarzach - proszę bardzo :) Nie jestem kijkowym, wielkim ekspertem, ale jakąś tam wiedzę wypracowałam sobie przez ostatnie lata. Zawsze się też czegoś ciekawego dowiem.

Miłego weekendu wszystkim życzę :)

sobota, 17 stycznia 2015

Oni też nie lubią zimy

Życiowe. Jako,że wena mię trochę opuściła, blog pajęczynami zarasta, to dla "padtrimania razgawora" wrzucam kilka obrazków, znalezionych na http://www.lolmania.pl. 
Zapomniałam trochę o tej stronce. Miłego oglądania :)



















Miłego weekendu :)

sobota, 10 stycznia 2015

Badylkowo i pociągowo

Dni nie szczędzą nam przykrych wiadomości i doświadczeń, mniejszych lub większych, przeplatanych czasem jakąś dobrą nowiną, jak to było dzisiaj rano, kiedy na fejsie przeczytałam o odnalezieniu się Jarka. Przynajmniej jedna rodzina odetchnęła 
z ulgą, a wraz z nią cała gromada internetowych znajomych.
Pozytywnie z mojego podwórka - udało się mi w tym tygodniu kilka razy ruszyć tyłek na kijki. Chłop na jakimś portalu założył mi konto, na które mogę wrzucać swoje osiągnięcia. Policzone mi zostaną zatem przebyte kilometry, średni czas - chociaż to akurat podaję bardzo "mniej więcej", pokazane mogą być starty w zawodach i takie tam inne rzeczy. Konto widoczne jest dla mnie 
i znajomych, których mam raptem dwóch - Chłopa i kolegę z naszej startowej drużyny. I wystarczy :)
Na spacerach tych porobiłam kilka zdjęć, które Wam pokażę. W roli głównej są badylki, pociągi, jeden kociamber i wróble 
w kałuży.









Mój ogromny cień ;)


I pociągi. Pierwszy to jakiś Intercity do Warszawy najprawdopodobniej.


Lokomotywa prowadziła dość dużo wagonów, więc zdążyłam go jeszcze chwycić na końcówce ;)


Ten już też znacie - Kolei Wielkopolskich.


Znowu jakiś ekspres, a lokomotywa nazywa się Husarz, jeśli dobrze pamiętam. Też był dość długi:



Śliczna kotecka, która bacznie przyglądała się moim próbom, aby zrobić jej zdjęcie i nie przestraszyć:


I banda wróbli, zażywająca kąpieli w kałuży. Kiedy podeszłam bliżej, to zwiały. Na nasz balkon też przylatuje cała chmara, bajlzel mam przez to niezły. Ale co tam, posprząta się na wiosnę ;) 


Dzisiaj też planowałam spacer tego typu, ale nie udało się, bo padało i wiało cały dzień, teraz jeszcze wichura nabrała rozpędu. A ja sama w domu ..... Chłop mój albowiem, zapisał się niedawno do klubu biegowego w naszym mieście. Klub ten organizuje już dzisiaj sztafetę w ramach orkiestry, no i mój zaangażował się w organizację. Spakował akcesoria biegowe, śpiwór, coś do picia i jedzenia, wsiadł w samochód i pojechał. Wróci rano, bo część tego czasu spędzi w biurze zawodów, a część - biegając. Jak sztafeta, to sztafeta. Ja z nim nie pojechałam, bo po pierwsze primo nie jestem członkinią tegoż klubu, a po drugie primo powiedziałam, że noga moja nie postanie w tym miejscu i słowa dotrzymuję. Oczywiście, że mogłabym sobie dać spokój z tą obietnicą, ale na razie nie zamierzam. To sprawa czysto osobista, niemająca nic wspólnego z biegaczami.
Za porządki się trochę zabiorę, bo jest szansa, że jutro jacyś goście się u nas pojawią, więc trochę ogarnąć trzeba. Łazienkę szczególnie, zwłaszcza ,że w poniedziałek mamy przegląd instalacji gazowej, to przy okazji usunę pajęczyny, które za piecem się pojawiły.
Akurat w tiwi leci powtórka "Perfekcyjnej Pani Domu". To luzik, aż tak źle u mnie nie wygląda ;) A na fejsie znalazłam fanpage "Chujowej Pani Domu". Na poprawę humoru - doskonały :) Ja jestem pomiędzy ;)

Spokojności wszystkim życzę ♥

sobota, 3 stycznia 2015

Wraca Hobbit do domu, a tam ...

wyprzedaż garażowa jego cennych rzeczy i pamiątek.
Poszliśmy dzisiaj do kina na trzecią część "Hobbita". Ja tam nie jestem wielbicielką Tolkiena, ale mój Chłop to i owszem, więc te trzy części jakoś przemęczyłam. Żeby móc skrytykować, rzecz jasna.
Nie popełniliśmy błędu, kiedy to za pierwszym razem oglądaliśmy wersję  3D i zrobiło się mi w pewnym momencie niedobrze - nie wiem, skąd i dlaczego, myślę, że od tych migających obrazów. Dzisiaj było 2D i to z dubbingiem. No cóż. Krótko mówiąc - zachwycona nie byłam. Zrobienie z niedługiej powieści trzech części było, moim zdaniem lekką przesadą. W tej ostatniej części niewiele się mi podobało. Piosenka na koniec sam, kiedy już napisy leciały. Parę widoków i przesłanie filmu, które dla normalnych ludzi jest oczywiste, ale rządzący mają to głęboko gdzieś, bo zaślepieni są majaczącymi gdzieś tam korzyściami 
i bogactwami. Ot, co.
Poza tym, Chłop też "Hobbitem" zachwycony nie był. "Władcą pierścieni" to i owszem. To taka moja krótka recenzja, subiektywna jak najbardziej.

A teraz kilka zdjęć z 31.12. Chłop pokonywał kolejne kilometry, a ja w międzyczasie zrobiłam kilka fotek. Ilość śniegu bardzo nas zaskoczyła, bo u nas nic praktycznie, a tam, zobaczcie zresztą:









Na drugi dzień już tych widoków nie było, bo spłynęły deszczem. 

A skoro już taki post zbiorczy popełniam, to przypomniało się mi coś a propos koligacji rodzinnych - z racji niedawnych chrzcin. Napisałam kilka postów temu, że mąż dla swojej chrześniaczki jest jakimś tam cioteczno - wujecznym dziadkiem, gdyż babcia Małej to jego najbliższa kuzynka. Bo mama tej babci i ojciec Chłopa mego to rodzeństwo. Ale, kiedy wracaliśmy z imprezy, to doszliśmy do wniosku, że nie wzięliśmy pod uwagę drugiej strony, czyli dziadka Małej i męża ww. babci. Jest on albowiem trochę dalszym kuzynem mojej teściowej - ich matki były najbliższymi kuzynkami. Czyli biorąc tę stronę pod uwagę, Chłop jest dla Małej po prostu wujem. A dla jej ojca jest jednocześnie wujem i kuzynem :))) Dobre, prawda? Chociaż jeszcze nie aż tak skomplikowane, jak w niektórych kawałach, krążących po internecie.
Na tych zawiłościach kończę post. Jak macie u siebie takie, albo jeszcze bardziej skomplikowane przykłady rodzinnych kombinacji, to się nimi podzielcie :)
Pozdrawiam ♥

czwartek, 1 stycznia 2015

Noworocznie

Pojechaliśmy i wróciliśmy zatem. A im dalej na północ, bo mniej więcej w tym kierunku się udawaliśmy, tym więcej śniegu wczoraj było. U nas marniutko i bardzo dobrze, a tam, niecałe 100 km od nas - toż to szok ;)
Nie napisałam w poprzednim poście, że ja nie pobiegnę, tylko Chłop mój. Dystans ciut za długi jak dla mnie, nie byłam przygotowana, więc dałam sobie spokój. Jako, że pojechaliśmy sami, to robiłam za obstawę trasy, czyli foto i kurtka. To ważne, zwłaszcza zimą, żeby takiego rozgrzanego po zawodach biegacza, wcisnąć od razu w jego kurtkę, żeby go nie przewiało. Wiadomo, są depozyty, a i parking był niedaleko, ale zawsze ten kawałek trzeba przejść, a tu jeszcze emocje grzeją ;)
W każdym razie, Chłop spokojnie tę dyszkę przebiegł, niektórzy fajnie się poprzebierali, inni biegli z gołymi nogami i ramionami, jeden w samych spodenkach - to są dopiero hardkory :)))
A po biegu, w tej samej miejscowości, odbywał się bal sylwestrowy, na którym obecnych było wielu biegaczy. 
Bal, jak bal - mnóstwo pysznego jedzonka, nie do przejedzenia i alkoholu, ile kto chciał i jakiego kto chciał. Jeśli zatem ktoś miał plany uwalić się na sztywno - mógł to zrobić szybko i skutecznie. Mieszając do tego różne trunki alkoholowe. Mniam ;)
 Tylko, że potem na drugi dzień człowiek jest do niczego, łeb pęka, pić się chce, zakwasy jak po maratonie ..... nie, dzięki, to nie dla mnie.
Co do ubioru, to pod koniec roku zaszalałam trochę z zakupami ciuchowymi, bo nie miałam naprawdę w co się ubrać. Jeszcze na tego sylwestra coś w szafie znalazłoby się, ale na chrzciny - dramat. A przy okazji i na sylwestra też mi coś do ręki weszło ;) Mogę to zresztą nosić na co dzień. Czarno - biała spódnica, trochę krótka, ale nie straszę ;) i do tego koszulka bez rękawów 
z połyskiem. I, żeby mi zimno nie było, poszłam do lumpeksu i wygrzebałam taki szeroki szal z wiskozy pod kolor ubioru. Szal nówka nieśmigana, za pięć zyla, żal było nie kupić ;)
Piszę o ciuchach, bo Ola się mi o to pytała pod poprzednim postem :)
Co zrobił Chłop mój? W kwestii ubraniowej. Otworzył szafę, wyjął garnitur, koszulę i krawat, zapakował i był gotowy :))
Tylko muzyka była dość paskudna, bo grał taki zespół - zepsuł, ale ludziom się podobało. Widocznie ja mam jakiś spaczony gust, bo fałszowanie mi trochę jednak przeszkadza. Wolę zawsze dobrego DJ-a, o którego też chyba niełatwo, z tego, co miałam okazję obserwować i słuchać na wielu weselach itp. imprezach.
Przez noc kropił sobie deszczyk, który zmył prawie cały śnieg. Droga powrotna była przyjemna, szybko minęła, bo jechało się bardzo płynnie. Żadnych zawalidróg, nawet za mocno gazu nie cisnęłam, bo paliwa szkoda ;) I słońce towarzyszyło nam przez część drogi. Jak to w życiu bywa.

Na razie jedno zdjęcie z wczoraj. Urokliwie było, nie ma co:


Spokojnej nocy zatem wszystkim życzę i łagodnego wejścia w nowy rok :)

To ja się pożegnam

Coraz mniej mnie na blogach od jakiegoś czasu. Nie mam ani pomysłów, ani sił i chęci do pisania nowych postów. W dodatku przyplątały się ...