wtorek, 9 października 2018

Czy Agniecha widzi tę zieleń?

Pisałam jakiś czas temu o porządkach, które poczyniłam na balkonie. Jakimś cudem zagnieździły się nam mrówki. Gniazdo miały w koszu wiklinowym, w którym rósł taki już biedny krzaczek. A, że roślina obok zaatakowana została przez mszyce, to mrówki urządziły sobie dojarnię.
Ale zaczęły mi wchodzić do mieszkania, więc pewnego popołudnia zostały wyeksmitowane - kosz z krzakiem no i rzeczona dojarnia. Chłopu wywiózł wszystko na taki pobliski nieużytek. Pomarudził, bo dwa razy musiał jechać rowerem, ale zawiózł.
Po jakimś czasie, żal mi się tej roślinki w garnku zrobiło, bo upały, bo dostałam ją od Agniechy, bo coś tam jeszcze...i pewnego dnia, niedawno, wzięłam ją do domu z powrotem. Tzn.na balkon. Już bez mszyc i mrówek.
Dołożyłam ziemi, obficie podlałam i ku mojemu zdziwieniu - odbiła skubana... Puściła piękne liście i do pierwszych przymrozków pewnie będzie sobie rosła.
Ta roślinka to waleriana, czyli kozłek lekarski.
Czy Ty to widzisz, Agniecha?


Trochę to symbolicznie wygląda, bo z tej rośliny niewiele zostało po inwazji mszyc i słońca.
Tylko z drugiej strony - może to nadinterpretacja z mojej strony...
Odrodzenie, nadzieja, odbicie od dna...sama nie wiem, co jeszcze...

Tęsknię ogromnie za Bonusem....

Chociaż Franio to kochany kotek, który przeżył swoje... Uwielbia czesanie... Z kota leci dużo kłaków, ale może się unormuje... na kolanka przychodzi i łebek podkłada, żeby za uchem go miziać ... a przy okazji trochę wyczesać, bo kłaków naprawdę dużo zostawia. Rolki są w użyciu jak nigdy ...
Franio lubi też gotowanego indyka. Dzisiaj i wczoraj trochę dostał, jak wszystko będzie ok., to dostanie częściej jako urozmaicenie. Kupiliśmy też enzymy trzustkowe i mu podajemy z karmą... tak co drugi dzień.
Kocha spać, ale chyba już o tym pisałam ... Z okazji Dnia Zwierzaka dostał takie legowisko zawieszane na kaloryfer - kładzie się tam ... i drapak też dostał, ale na razie drapak nie wzbudził jego entuzjazmu. Może inaczej go ustawię, to wejdzie.



Pisałam wczoraj tego posta na telefonie, jak miałam trochę wolnego w pracy, w internacie. Nie był to mój normalny dyżur, tylko poszłam za koleżankę, było nas kilkoro, więc jest inaczej, kiedy człowiek jest sam, albo z drugą osobą...
No i się popłakałam pisząc o Bonusie, chociaż obiecałam sobie ,że postaram się uspokoić. Ale nie, to jeszcze nie ten moment ...
Czasem ludzie piszą, że po śmierci swojego zwierzaka widzą go, albo słyszą ... Bardzo bym chciała, ale nic z tego. Ani mi się nie przyśnił, a kiedy odszedł, to poczułam, że go naprawdę nie ma. Odszedł gdzieś tam w niebyt, może do jakiegoś nieba, albo jest przy kimś innym.
Chciałam dla niego jak najlepiej, a wyszło jak zawsze - jedno wielkie nic.

wtorek, 2 października 2018

Zasłodzę się i zacukrzę

chociaż odzwyczaiłam się już od takich słodkich, mlecznych czekolad, bo są dla mnie, no właśnie za słodkie.
Ale dzisiaj kupiłam sobie mleczną Goplanę - ona ma taki specyficzny, inny smak i galaretki bez konserwantów ponoć ... może trochę mi pomogą. Na smutek. W sumie jestem smutna całe życie, tak już mam, ale teraz smutek wypływa mi z serca, gdzie zagnieździł się w najlepsze i już. Nie wiem, czy to objaw choroby jakiejś, która za chwilę wybuchnie niespodziewanie, czy menopauza, czy jakiś inne dziadostwo...
Kupiłam sobie czekoladę, żeby się zasłodzić, ale w sumie, ile może jej zjeść osoba, która za cukrem nie przepada? 
Tak, badania ... miałam robione jakieś podstawowe przed przyjęciem do pracy, ale po ich przejrzeniu zdumiałam się, jak bardzo podstawowe one są. Nawet płytek krwi nie ma ... 
Zobaczymy ... jak mi nie minie, to trzeba będzie ustawić się w kolejce - sama w to nie wierzę, że zrobię, do lekarza po skierowania ... ale nie, nie ... musi w końcu przejść.
Jutro muszę dorwać rzeczoną uczennicę, czy z kotką wszystko ok., bo się zamartwiam i to ogromnie. Może niepotrzebnie, 
a może coś się małej stało ... napisałam jej dzisiaj smsa, ale jak na razie odpowiedzi nie dostałam. Fakt, młodzież to jest młodzież, no ale ...

I takich smętów sobie słucham, ale na nic innego nie mam ochoty, może jedynie lokalne radio nadające dużo disco polo ...


Albo takich:


I takich:

Oraz tego:


Jest po niemiecku, ale można znaleźć polskie tłumaczenie.

A tu dziewczyny z Gdańska:


Jutub już je pamięta i sam mi je podpowiada ...

No i jeszcze pełna tęsknoty melodia etniczna z Ameryki Północnej:


To oczywiście nie wszystko.
Jutro długi dzień, czasem to już od rana jestem zmęczona, kiedy sobie o środzie myślę ...

PS. U Frania ok. Chyba. W każdym razie nie wymiotuje. Uwielbia spać, jakby mu za to płacili, to byłby najbogatszym kotem w mieście, a my razem z nim ;) Może odsypia miesiące spędzone "na wolności".
Od paru dni przychodzi miziać się na kolanka :) Sam podkłada łebek i pokazuje, gdzie i jak lubi ;)
W nocy jest już lepiej. Łazić, łazi, ale nas nie budzi jak na początku.
Chyba, że będzie kolejna pełnia, to zobaczymy.

Dobranoc ♥♥♥

piątek, 28 września 2018

Jak (nie) zostaliśmy domem tymczasowym

Ale jestem zmęczona dzisiaj ... Niby nic nadzwyczajnego, to zmęczenie, ale dzisiejsze jest inne. Po kolei jednakowoż.
Piątki mam tak ułożone, że na  popołudnie idę do pracy, do internatu szkolnego. Mogę się więc spokojnie wyspać, ogarnąć więcej w domu i takie tam ...
Dzisiaj było zupełnie inaczej. Zaraz po siódmej rano - telefon. Patrzę - mąż. 
Z wiadomością, że na dworcu, na peronie znaleźli po przyjściu do pracy małego kotka. Kotek bardzo lgnący do ludzi i pierwsza myśl - jakaś menda go wywaliła ... Kotek zadbany i rezolutny. 
Chłopu mój wraz z drugim kociolubnym współpracownikiem zabezpieczyli kicię, poszukali karton, zorganizowali prowizoryczną kuwetę i dali jeść ... 
A ja powrzucałam ogłoszenia do netu, że szukamy kici domu. Do tego wysłałam wici do naszej Bonusowej niani i jeszcze do innej koleżanki z pracy. No i po jakimś niedługim czasie dzwoni niania z informacją, że jedna nasza uczennica jest zainteresowana. A potem druga koleżanka, że ktoś z nauczycielstwa jest zainteresowany. Na to wszystko Chłopu mój z rozmaślonym głosem, że koteczka jest miziasta, cudowna, kochana, łasi się, mruczy i co nie tylko.
Ja na to - dobra. Jeśli Franio zaakceptuje małą, to może zostać u nas, a jeśli nie - co było tak prawie w 100% pewne, to przechowamy ją i znajdziemy dom.
Umówiliśmy się, że mąż przywiezie maludę i spotkamy się u weta, a potem zawieziemy ją do domu i zobaczymy, co dalej.
Chętna koleżanka byłaby fajnym domem, ale ten jej dom jest wychodzący i leży przy ruchliwej drodze ... Do wiosny przetrzymałaby kotkę w domu, ale potem drzwi od tarasu są otwarte, na ogród, co prawda, ale kotu nie wytłumaczysz, że ma iść w pole, a nie na drogę... 
Rozmawiałam z nią najpierw ... a po południu zadzwoniła do mnie ta uczennica. Że jest zainteresowana, że mieszka w bloku i kicia wychodzić nie będzie. Namendziłam jej 
o zabezpieczeniach balkonu, okien, dziewczyna rezolutna, no i zawieźliśmy jej kotkę.
Z bólem serca, bo kicia jest cudowna... Cudowna ... 
Ale Franiu się zestresował, nasyczał na nią, mała się na niego zjeżyła ... gdybyśmy mieli większe mieszkanie lub dom, to można by ich rozdzielić i próbować zaprzyjaźnić. Z drugiej strony jednakże, u Gosianki takie próby następowały i nic z tego. Po prostu Franio to koci jedynak i już. Tak, jak został u Gosianki prawidłowo zdiagnozowany.
Z racji takiej, że kicia nie mogła na tym dworcu zostać, musieliśmy ją wziąć do siebie, choćby na trochę.
Zawieźliśmy koteczkę do jej nowego domu, głowa mnie od tego wszystkiego rozbolała ... 
Mam nadzieję, że będzie jej tam dobrze.

Nie koniec to jednakże tej historii. 
Jakby emocji było mało.

Zaczęłam na fejsie edytować tekst mojego ogłoszenia i zauważyłam, że pewna fundacja go udostępniła - na moją prośbę. No to piszę do nich, żeby usunęli post mój, bo kotek znalazł dom.
I pacze na messengera, że ktoś obcy - jakaś kobieta się do mnie dobija.
No dobra, sprawdzam tę panią, a ona mi pisze, że to .......ich koteczka. Że oni mieszkają kawałek od torów, mają gospodarstwo i rano zauważyli, że koteczki nie ma....
Cóż robić, odpisuję, że skontaktuję się z nowym Personelem kici i jutro ją przywieziemy 
z powrotem. Porywaczami nie jesteśmy przecież.
Pani mi na to się pyta, czy koteczka będzie na dworze, czy w domu. No to podałam jej mój nr telefonu z prośbą, by zadzwoniła.
Porozmawiałyśmy, pani zgodziła się, żeby koteczka została tam, gdzie już jest, bo i tak poszłaby do adopcji ...
Ufff ....
Okazało się, że mają kocicę, która urodziła 7 kociąt, z tego 5 już wydali, a dwa zostały. Widocznie mała wędrowniczka postanowiła wziąć sprawy w swoje łapki i samodzielnie poszukać odpowiedniego domu.
Przelazła skubana, ładny kawałek przez tory i tam została znaleziona przez mojego Chłopa i jego kolegę...
Że jej żaden pociąg nie walnął, pies nie zjadł, to cud ...
A kocica jej szukała, tylko, że mała była już zabezpieczona w kartonie.
Kto by pomyślał ....
Dlatego była zadbana i miziasta, bo miała dobry dom.
Przy okazji rozmowy z tą panią, wypłynęła sprawa kastracji kotki - matki ... Podałam jej namiary na nasze panie wetki i mam nadzieję, że do tej kastracji dojdzie, bo zadbana kotka jest bardzo płodna. Mimo hormonalnych zastrzyków ...

Wszystko to mnie wykończyło... Smsy z nowego domu są optymistyczne ... 
Chcę wierzyć, że Mała będzie żyła tam długo i szczęśliwie, a uczennica ta jeszcze parę lat do naszej szkoły pochodzi ( jest w klasie I) i będzie okazja obserwować to "długo i szczęśliwie".

Mało we mnie wiary i optymizmu w cokolwiek, tak ostatnio, ale nie mam wyjścia. 
Koteczka nie mogła u nas zostać ... widocznie tak miało być, że poszła sobie z gospodarstwa 
w świat ...
Do większego miasta i do domu, a nie na dwór, czy gdzieś do stodoły.
Rezolutna i nie bojąca się niczego ...