poniedziałek, 9 września 2019

Chyba mi odwaliło na ... dojrzałe lata

Postanowiłam albowiem rozpocząć staż na tzw. nauczyciela dyplomowanego .... Aby rozpocząć staż, który trwa dwa lata i 9 miesięcy ( ktoś wykazywał się dużym poczuciem humoru, jak to wymyślał to wszystko, przypominam - rok 1999), należy albowiem napisać plan rozwoju zawodowego, wedle wytycznych rozporządzenia ministerialnego. Brzmi świetnie, prawda?
Oczywiście idzie mi to jak po grudzie, jeszcze nic nie napisałam, jakkolwiek podrukowałam sobie jakieś materiały pomocnicze ... bo to są tak naprawdę pierdoły. Tak naprawdę, to nie chodzi 
o jakiś rozwój nauczyciela, tylko o kasę. Tak to widzę.
A dlaczego o kasę, ktoś zapyta? A bo różnica między mianowanym, a dyplomowanym, jeśli chodzi o pensję, to cirka ebaut pińcet plus. Często robią to samo, mianowany nawet więcej niż dyplomowany.
To co, chodzi mi w takim razie o kasę? Też, ale nie do końca. Pogania mnie moje ego, które widzi dyplomowane młodsze koleżeństwo to raz, a często owo poprzestało na fajerwerkach, które wypuściło po stażu na tegoż i na tym koniec. I to mnie już z lekka poderwało. Nie wiem, czy słusznie, ale po pięciu latach bezrobocia, ma człowiek takie różne zachwiania i dziwne przemyślenia. W każdym razie, umowę mam najkorzystniejszą, jaka jest dla nauczyciela, chociaż przed zwolnieniem mnie też taką miałam. Tak nawiasem.

Nie piszę tego, żeby się żalić, tylko pomarudzić sobie ;)
Bo ja nie mam problemów z napisaniem pisma, czy notatki na blogu, czy cuś. Ale ujęcie w słowa tych wymagań z rozporządzenia, to już ekwilibrystyka. Trzeba napisać konkretnie, ale dość ogólnie, żeby potem nie poprawiać tego planu w nieskończoność. To są trzy lata, jakby nie patrzeć.
Ale dość może o tym ;)

Zrobiło się chłodno, więc nasz kot wrócił do domu. Balkon, owszem, ciągnie go i po południu trochę tam siedział, mimo chłodu - aż mnie zadziwił. Kot, rzecz jasna, a nie balkon. Teraz śpi sobie słodko na swoim kocyku, który parzył go w futerko w czasie ciepłych dni. Zaczyna się mecz w piłkę kopaną - tak naprawdę, to skopałabym tyłki tym piłkarzynom i nie zapłaciła, dopóki nie zaczną się bardziej starać. Albo ich pensje oddała siatkarzom, albo koszykarzom.

Nic to, zabiorę się w końcu za rzeźbienie tego planu, piłkarze będą się męczyć, ja również, jestem z nimi całym sercem ;) Wszyscy będziemy się męczyć, zobaczymy, z jakimi efektami.

Do miłego zatem, trzymajcie się ciepło :)


sobota, 31 sierpnia 2019

Mija rok

odkąd nie ma z nami Bonusa. 
I jest z nami Franio.

Zastanawiałam się, czy w ogóle o tym pisać, bo trochę zniknęłam z blogosfery. Tak jakoś trudno się mi było zebrać do pisania i odwiedzania Waszych blogów ostatnio.
Smutek i tęsknota towarzyszą mi, może nie codziennie i nie non stop, ale są. To  irracjonalne, wiem. Bo czasu się nie cofnie przecież.
Franio znalazł się u nas kilka dni po odejściu Bonusa. Jak to wielokrotnie pisałam - nie był dla mnie antidotum na smutek i gdyby nie mój mąż, to kot mieszkałby dzisiaj gdzie indziej. Bo to mąż był inicjatorem adopcji nowego kota. A dlaczego Franio? Może przeznaczenie akurat? Nie wiem.
Franio zmienił się przez ten rok. Tak trochę. Stał się bardziej miziasty i nakolankowy, nie tracąc swojego charakterku. Jego super niania też to zauważyła, a ona ma lepszy wgląd w sytuację.
Krótko po swoim przyjeździe do nas, okazało się, że Franio ma bardzo wysokie parametry trzustkowe. Trudno powiedzieć, czym było to spowodowane. Co oznacza "bardzo wysokie"? A to, że u niego było 15, a norma jest 3. 
Daliśmy mu czas i na dzisiaj jest unormowany. To oznacza, że dostaje specjalistyczną karmę - głównie mokrą, suchą rzadko i co parę dni gotowane mięso kurczaka. Surowe też uwielbia i wystarczy wyciągnąć je w kuchni, to kot od razu przybiega i się go domaga :) Staje na dwóch łapkach i maukoli. Trochę też dostanie, ale bez przesady. Rzyg raz na kilka tygodni. Czasem jest to nabój z kłaków, czasem sama ślina.
Nie lubi past odkłaczających.
Poza tym, mamy kota - zielarza. 
Na balkonie, w szczelinach, zagnieździły się krwawniki i Franio je podgryza czasem. A potem rzyg. Lubi też wrzosy - sprawdzałam, czy nie są trujące. Nie są.
Używa ich w tym samym celu. Leczniczo ;)
Kocimiętki nie rusza. Skubnął czasem lawendę i kozłka. 
Ale największy hit był z aksamitką, po której wywalił z siebie robale. Skąd wiedział? A skąd ja wiedziałam, żeby je kupić i na balkonie postawić? 
I przytyło się mu. Ale nie jakoś bardzo mocno. Waży jakieś 4 kg.
Nie lubi jeździć samochodem. Miauk jest przez całą drogę. U weta też nie lubi, jak mu się grzebie tu i ówdzie, albo maca. Zaliczył torbę i różowe majty na głowie, ale o tym już pisałam.
Od pierwszego dnia wiedział, gdzie kot śpi ;) Na człowieku :)) Chociaż teraz ma na grzejniku wiszące legowisko, które bardzo lubi i w nocy tam śpi. Tzn.część tej nocy, bo reszta jest na człowieku ;) A w czasie upałów - na balkonie.
Kuweta - bezbłędna.
Miał kot naprawdę ogromne szczęście w całym nieszczęściu, że mógł zostać złapany i znaleźć nowy dom. Bo jak zgubiony został stary - tego nie wiemy. Wiemy tylko, że był. 


Tak Franio sypiał sobie, ale teraz już nie. Niania wysnuła teorię, że może przez to zapalenie ucha??

Franio kocha słoneczko miłością wielką :) Ale w godzinach największego upału na balkonie, kot chowa się do transporterka, który stoi w mieszkaniu za kanapą. ( Pamiętacie post o pożarze?)

I nasza czarna pantera - kilka miesięcy był już u nas ,zdrowy i radosny .... chyba ... bo przecież też stracił dom.

Cóż, wracamy więc do pracy. Mam ją, a wtedy był to dla mnie bardzo trudny czas - zawodowo. 
I kiedy się polepszyło, kot odszedł ...

Cóż, życie płynie dalej, sobota, gorąco na dworze, myślami jestem już w robocie ;) W tym roku dostałam wychowawstwo ....zobaczymy, jak to będzie i co się z tego chaosu, jaki panuje na początku roku szkolnego, wyłoni.

środa, 31 lipca 2019

Porządne porządki??

Niektórzy mówią "porzomne". Też ładnie :) Bardzo lubię zresztą, gwary i takie różne smaczki językowe.
Lipiec nam przeleciał, w międzyczasie rocznica bloga, jakoś na początku miesiąca była, 6 lat minęło, jakkolwiek trochę rozpędu straciłam. Ale dobra ...
Miałam i mam postanowienie takie, że w końcu i wreszcie pozbędę się z mojego domu niepotrzebnych rzeczy, w tym kurzu. Zaczęłam plan ów realizować, idzie mi dość ciężko, przyznam. Ale jakieś efekty są. Nie jestem do końca zadowolona, nic na to nie poradzę, że brakuje mi cierpliwości.
Wywiozłam wór papierów do spalenia, drugi - większy wywaliłam do kosza na makulaturę, poluzowało się w szafce jednej i czterech szufladach, które były naładowane różnościami tak, że różności owe same z nich wyskakiwały niemalże. W wyniku selekcji, z czterech naładowanych szuflad zrobiły się dwie, jedna pół i jedna wolna. W szafce podobnie. Pokażę zresztą zdjęcia, żeby się trochę pochwalić, trochę może zmobilizować do dalszych działań ...
Wczoraj -szafa ubraniowa i pełen worek rzeczy do oddania lub wyrzucenia. W szafie niby luźniej ;) kot zaglądał tam po porządkach, coś mu nie pasowało. Dzisiaj było już ok. Wcisnął się do środka, umościł, może kłaczyć dalej ;)
Tak, jak pisałam, cierpliwości u mnie ostatnio za grosz. Pogoda, zmęczenie, wyłażący stres wieloletni, menopauza?? Może wszystkiego po trochu, stąd takie tam postoje. Nic na siłę, dotarło to do mnie w końcu. Jak się lat kilka coś zbierało, to nie usunie się tego w ciągu kilku dni. Takie cuda to tylko w programie o perfekcyjnej pani domu, który zresztą lubiłam oglądać. Ja i moje mieszkanie doskonale wpisalibyśmy się w konwencję, tak poza tym ;) Łącznie z łzawą opowieścią i prawdziwym, nieudawanym płaczem, jak to w każdym z odcinków było.
Przemiany doznały też szafki kuchenne i blaty. Nie mam, niestety kredensu, do którego mogłabym wstawić szkło, jak to w każdym, szanującym się domu być powinno ;) :)), w szafkach zajmuje to dużo miejsca .... nabyłam zatem kartony i powkładałam tam np.kieliszki, zostawiając sobie ich kilka, żeby były pod ręką. Od razu więcej miejsca ;) Na blatach też stały różne rzeczy, jakieś herbaty, kawy, zorganizowałam im inne miejsce. Trochę dziwnie mi ta pustka wygląda, ale przyzwyczaję się ;) 
Sprawa jest rozwojowa, zresztą i pewnie się jeszcze wiele pozmienia.
A tak z innej beczki .... pochwaliłam Frania, że taki grzeczniejszy się zrobił i nas nie budzi. Taaaa ..... Wieczorem i w nocy robi się chłodniej, to i kot ożywia się....
Od piątku będzie z ciocią - nianią, bo my w końcu wyjeżdżamy. Nad morze ... tym razem chcemy być trochę dłużej i więcej pojeździć po Wybrzeżu. Zobaczmy, jak się uda.

To teraz trochę zdjęć ;)


Taka sobie szafeczka, otwieram i wszystko leci z niej


Wyrzucam wszystko na stół - czegóż tu nie ma!
Stare paragony z 2015 roku ...

Otwieram białe, kartonowe pudełko i co tam mamy? Rzeczy do przeżycia niezbędne?
Faktycznie niezbędne i do życia konieczne przez tyle lat.
A pod nim? 
Też jakiś niezbędnik!

Koszulki może już nie mam ;)

Tak więc zatem ;) widać, jak bardzo są mi te "skarby" potrzebne. Nie wiem, dlaczego to przechowywałam.
Ale już ich nie ma. Miałam w szafce tej moją pracę licencjacką i magisterkę. Włożyłam je do kartonu, ale tak sobie myślę, że je wyrzucę, bo nie są mi potrzebne. Oprawione też nie są, licencjat jedynie jest zbindowany.

Koniec końców, rzeczona szafka wygląda tak:


 Może nie są to dokonania na miarę Nobla, ale cóż ... Każdy ma swojego tak na dobrą sprawę.

Przed wyjazdem muszę jeszcze ogarnąć sypialnię, kupiliśmy nową półkę na pierdulitka ( czyli figurki kotów), wiszącą, żeby łatwiej było wjechać odkurzaczem. Franio z lekka zaniepokojony, co się w domu dzieje, chyba nie lubi zmian, tak mi się wydaje. Ale coś musi czasem zmienić się, jakieś feng -shui domowe. Tak to osobiście czuję i odczuwam wewnętrzny imperatyw do przeprowadzenia tych zmian.

Trzymajcie się ciepło, do zobaczenia ♥♥♥