poniedziałek, 20 lutego 2017

Miło było

podczas łykendu poprzebywać wśród osób dorosłych, które nic ode mnie nie chcą, rozmawiają ze mną miło i życzliwie, wiedzą i doświadczeniem się podzielą, albo choćby o przysłowiowej Maryni pogadają.
Przemieszczają się natomiast spokojnie, nie muszę wywalać ich na przerwę, użerając się i przekonując do wyjścia. Nie muszę pilnować ich podczas tej przerwy, a w czasie zajęć mogę słuchać prowadzącego, nikt nie drze japy, nie pyskuje, nie wymądrza się przesadnie.
Niestety to już przeszłość.
I o ile poranek był całkiem przyjemny, bo spacer z kotem poczyniłam, zakupy takoż, a fejs pokazał mi same fajne rzeczy powrzucane przez znajomych - o dziwo, to potem już tak miło nie było. Wiedziałam zresztą, złudzenia o normalności pracowania w pewnej szkole podstawowej już dawno prysły.
Tylko nie mówcie mi, że mogę wziąć kredyt i poszukać sobie innej pracy.... był już taki jeden, niedługo potem zleciał ze swego stanowiska. Nie bierzcie z niego przykładu ;)
Szukam, może w końcu coś znajdę. 
Bo przekleństwo "obyś cudze dzieci uczył" w tej akurat szkole nabiera ostrości i jest bardzo dosłowne w swej wymowie.
Nie wiem, może to znak czasu, a może i nie. Jakoś mi się wierzyć nie chce, że na dziesięć klas, w których się uczy jest może jedna znośna? W porywach dwie? I to w szkole będącej w niedużym mieście?
Chyba się powtarzam, ale może ktoś mi na to pytanie odpowie? Bo do tej pory, proporcje były zgoła odwrotne. Na 10 klas jedna z problemami, może góra dwie.

I tak to odkurzyłam bloga postem smęcąco - smutnym.
Posty o Szklarskiej się piszą - w mojej głowie ;) zdjęcia śpią sobie w komputerze i czekają na ich premierę ...
W każdym razie - jeździłam na nartach! Biegowych, rzecz jasna, bo zjazdy to niekoniecznie ;) Zima czarowała mnie, jak tylko mogła. Śniegiem w ogromnych ilościach, szadzią, odrobiną słońca ... pociągi same się pod aparat pchały 
w ilościach dowolnych - jak na małą stacyjkę jedną, czy drugą ... przejazd sypialnym zadowolił i polecam, jeśli ktoś tylko może ... i co więcej. Aaaa, kotu zadbany i zadowolony z opiekunki, a opiekunka ciężko i nieodwołalnie w Księciuniu zakochana :)))

Zima w Szklarskiej wyglądała natomiast tak:





To nie wszystko, oczywiście, tak na szybko wybrałam kilka zdjęć :)
Mam nadzieję, że się Wam podobają, mam też nadzieję, że w końcu napiszę więcej postów i z komentowaniem u Was też się poprawię :)))

Do miłego ♥♥♥

wtorek, 31 stycznia 2017

Jestem, ale jakby mnie nie było

I tak dobrnęliśmy do końca stycznia. Dnia przybywa, w przeciwieństwie do postów na moim blogu, ale cóż ... sama też przelatuję przez zaprzyjaźnione blogi niewidoczna, żeby choć trochę na bieżąco być.
U nas rozpoczęły się ferie zimowe :) Piękna sprawa dla zmęczonych istot, związanych z oświatą. Bo wbrew temu, co pisałam jakiś czas temu, nie odeszłam z tej mojej pracy, którą od listopada zaczęłam. Daliśmy sobie z dyrektorem szansę, chociaż bardziej ja im niż oni mi. I też inaczej do tego bajzlu podchodzę. Niestety, normalna umowa i regularne wpływy na konto też się liczą ... po latach huśtawki, pod każdym względem.
Udało się mi natomiast, zrezygnować z części zajęć popołudniowych, ponieważ po moich subtelnych naciskach, zatrudniono w końcu kogoś, kto może wykonywać tę samą pracę, co ja. Ludzi niezastąpionych nie ma, a w tej sytuacji wszyscy są zadowoleni. Ja przede wszystkim, bo większość tygodnia pracuję jak człowiek, a nie zalatany wyrobnik za grosze. Który na nic czasu nie ma, ani z kotem na spacer wyjść, ani w domu cokolwiek zrobić ...
W sobotę wybieramy się z Chłopem w podróż. Kotu zostaje tym razem w domu, opiekunkę mu załatwiłam taką, która będzie z nim mieszkać :)) Wariactwo, nie? ;)
I tutaj też mam nadzieję, że oboje dopasują się bezbłędnie do siebie. Kotu już ją poznał, rzecz jasna.
A my ruszamy do Szklarskiej Poręby. Po długich wahaniach, postanowiliśmy jechać pociągiem, a nie samochodem. Żadni z nas zimowo - górski kierowcy, nasz samochodzik jest, jaki jest ... i co tam.
Trochę zaszaleliśmy natomiast, wykupując sobie sypialny przedział, gdyż spokojnie - mam nadzieję kolejną, wsiądziemy sobie doń na naszej stacji i wysiądziemy w Szklarskiej. Pociąg buja się te 8 godzin ...
Sypialnym nigdy nie jechałam, Chłopu też nie. Ja jedynie kuszetką, kiedyś tam, na obóz wędrowny na Mazury.
Miałam jakieś 14 lat, o spaniu w pociągu mowy nie było, zmęczeni byliśmy okropnie - ja z tego nie mogłam zapamiętać, 
w jakim mieście jestem :)) Chodziło o Giżycko.
I na tym wywód mój zakończę, gdyż muszę dom trochę ogarnąć, żeby koleżanka ma - opiekunka się nie wystraszyła ;)
Wczoraj np., rozmroziłam zamrażalnik i umyłam lodówkę. Było to bardzo, ale to bardzo konieczne już.
Dość sprawnie mi to nawet poszło, do pozbycia się lodu użyłam niezawodnej suszarki do włosów, a w celu uniknięcia powodzi spowodowanej topnieniem, użyłam talerza głębokiego. Że też wcześniej na ten pomysł nie wpadłam!
Jedną ręką trzymałam suszarkę, a drugą wylewałam wodę z napełniającego się talerzyka. Mogłam jeszcze patelnię podstawić - też płaska. Bo zamrażalnik mam na dole lodówki, stąd takie korowody.
A Wy macie może jakieś inne patenty w celu zmniejszenia bałaganu podczas takich akcji?

Trzymcie się ciepło :)))

piątek, 6 stycznia 2017

Kocham Wielkopolskę

Witajcie w nowym roku :)
Tak naprawdę, to oprócz daty chyba nic się nie zmieniło, ale niech tam już będzie, że zaczynamy od nowa. Cokolwiek miałoby to znaczyć.
Tytuł postu może wydawać się zaskakujący, bądź przewrotny, tudzież przesadzony mocno, ale zaraz wyjaśnię w czym rzecz.
Odkąd udzielam się na blogach, marudzę, że nie cierpię zimy. Co roku ta sama śpiewka, z maniackim uporem, bez sensu kompletnie, bo marudzeniem nic nie zmienię. Ale z drugiej strony - po co mam to w sobie dusić? ;)
Od jakiegoś czasu jednakowoż, doceniam miejsce, w którym mieszkam od urodzenia, czyli Wielkopolskę, a szczególnie moją okolicę. Skoro przyszło mi urodzić się w klimacie mocno umiarkowanym, z przewagą chłodu, to dobrze, że właśnie TU, a nie na południu na ten przykład. Albo w Bieszczadach, albo na Suwalszczyźnie ... Mignęła mi wczoraj prognoza pogody, z obrazami ze wzmiankowanych Bieszczad - a tam zadymka, kupa śniegu. Za chwilę Rzeszów - pracowicie odśnieżające piaskarki i pługi w jednym, na blogu Olgi Jawor - piękne zdjęcia szalejących w śniegu psów ... a u nas - piździ, co prawda, jak w przysłowiowym kieleckim, ale o żadnych zadymkach nie ma mowy, póki co. Wczoraj w nocy trochę poprószyło, pobieliło i wystarczy. Samochodem można przejechać.
I z tego się bardzo, ale to bardzo cieszę.
Nie jest oczywiście przesądzone, że tak będzie do końca zimy, ale każdy dzień przybliża nas do wiosny, więc carpe diem bez śniegu ;)
Dzisiaj, z okazji święta, odbył się w okolicy bieg na dyszkę. Osobiście nie miałam pomysłu, żeby w nim wystartować, ale Chłop mój to i owszem.
Dzień był słoneczny, ale pieruńsko zimny, cóż było zrobić, pojechaliśmy.
Chłop jakoś dobiegł, ja zmarzłam - na szczęście było gdzie się ogrzać, przy fajnym kominku, w którym ogień buzował 
w najlepsze... Zrobiłam kilka zdjęć, żeby pokazać Wam zimę u nas ;))
Trasa biegu wiodła przez nasz las kijkowo - biegowy.

Zobaczcie zresztą te strzeliste sosenki :)







A tak wyglądali uczestnicy biegu - patrz w prawo ;)



Gołe kolana nie przeszkodziły zająć mu drugiego chyba miejsca. A może właśnie dlatego - biegł tak szybko, bo było mu zimno?
Cóż, kto co lubi.
A wokół kominka - drób, który został przeze mnie sfotografowany:




Kot nasz natomiast, domagał się wyjścia po południu, zadośćuczyniliśmy mu ;), wytrzymał 5 minut i biegusiem do domu zmykał.
Byle do wiosny ...
Ja jutro i w niedzielę na studia moje jadę i to byłoby na tyle łykendu ;)

Trzymajcie się ciepło ♥♥♥

sobota, 31 grudnia 2016

Słonecznie na koniec roku

Planowałam więcej postów, ale wyszło jak zawsze ;) Mało ich w tym roku było, zresztą.
Cóż. Święta spędziłam w nie najlepszej formie fizycznej i psychicznej, gdyż dopadło mnie jakieś przeziębienie, czy inna grypa ( wiem, wiem, to nie to samo ;)), oraz problemy żołądkowe po Wigilii!!!
No ludzie, tego nawet w kinach nie grali i najstarsi górale nie pamiętają ...
Wiem doskonale, że problemy te nie wzięły się znikąd. Organizm zareagował modelowo na pewne wydarzenia i doprawdy nie wirusy czy bakterie były tu przyczyną.
Po paru dniach trochę się mi poprawiło, poprawiła się również pogoda i postanowiłam ruszyć w końcu na moją trasę kijkowo - biegową, której nie odwiedzałam kilka miesięcy już, niestety.
Tym razem był to spokojny spacer, gdyż wyplułabym płuca przy podjęciu próby szybszego poruszania się. A tak - cieszyłam się pięknym słońcem, które śmiało świeciło mi prosto w oczy - pozwalam mu na to, szczególnie w miesiące, kiedy nie jest zbyt ostre, bo latem już niekoniecznie ... od czasu do czasu wydawałam gromkie odgłosy, które były niczym innym jak rozdzierającym kaszlem, ale kto by się tym przejmował ....
Doszłam do przejazdu i pobliżu zrobiłam kilka zdjęć. Pociągi pojawiły się tylko dwa, ale dobre i to - po tak długiej przerwie.
Ta łąka przeznaczona jest na działki budowlane :( niestety. Póki co, cieszę się, że mogę tamtędy chodzić ...
Zapraszam do obejrzenia zdjęć.
Takie pozamarzane miejsca się tu pojawiły, ładnie wyglądały w słońcu:







 Koniczynki na szczęście. Nie czterolistne, co prawda, ale to kwestia umowna, czyż nie?




 W końcu pojawił się jakiś pociąg! Towarowy, jechał bardzo powoli, ale zawsze :)



I pojechał na wschód ...


Tego towarusa złapałam już bliżej domu. Budynek po prawej to nastawnia, słup mi trochę przeszkodził, ale trudno ;) Na tym pustym miejscu po prawej, stał do niedawna stary dom, w którym od dawna już nikt nie mieszkał, a latem został zburzony ...



Podsumowania rocznego robić nie będę. Rok był taki sobie, pod każdym względem, bardziej ciężki niż miły i radosny ...
Dzisiejszy wieczór spędzimy z Chłopem i kotem w domu. Jak nigdy chyba.

Bawcie się więc dobrze, załóżcie coś czerwonego - to ma przynieść szczęście i pomyślność w nowym roku i z nowymi nadziejami - mimo wszystko, w ten nowy rok wkroczmy. Albo i bez nich, żeby się później nie rozczarować ... 
Nowy rok jest numerologiczną jedynką, tak a propos ;)

Wszystkiego najlepszego wszystkim Wam życzę ♥♥♥

sobota, 24 grudnia 2016

Niech się święcą, albo świecą przynajmniej

Zdrowych i udanych Świąt wszystkim Wam życzymy ♥♥♥

PS. U mnie niestety tak sobie, więc wybaczcie, że nie odwiedziłam Waszych blogów. Spróbuję to uczynić wieczorem.
Trzymajcie się :*** 
 

środa, 7 grudnia 2016

Kotowe brykanie, czyli swoboda na smyczy

Tytuł może i skomplikowany, ale skomplikowane jest moje życie ostatnio, więc tendencja do ubarwienia blogowego postu, oraz słowotoku niczym strumienia świadomości się uwidacznia.
Pisałam niedawno o mojej nowej pracy? Okazała się koszmarem, naprawdę koszmarem, jak ze złych snów, którego nie spodziewałam się absolutnie znaleźć w tym akurat miejscu.
Podjęłam jedyną słuszną decyzję, jaką jest napisanie wymówienia i które to wymówienie wręczę dyrektorowi w przyszłym tygodniu.
Niech się sami bujają i brzydko się bawią - nie jestem tym zainteresowana.
Pokazuję takim gest Kozakiewicza i tyle na temat.
Bo przecież o kocie miało być i kilka zdjęć, kiedy to letnią porą sobie po Bornym brykał, łowiąc pasikoniki i czając się na sikory ubogie ;)
Ma sporo fajnych ujęć i szkoda byłoby ich nie pokazać.
Teraz jest troszkę bida ze spacerami, bo zimno i szybko robi się ciemno. A przez ostatnie tygodnie, kiedy to wleciałam
w szalony kierat, było zupełnie źle, bo czasu brakowało kompletnie. Jedynie popołudniami.
I pisałam we wrześniu, że praczka się u kociambra naszego pojawiła. Zaleczona, ale niestety, okazało się, że kotu nasz nie może jeść suchego.
Kołomyja zaczęła się w momencie kupienia nowego opakowania karmy, którą Bonusu jadł od jakiegoś czasu i nic się nie działo. Dobra, bezzbożowa. Ale po otwarciu nowego opakowania okazało się, że producent zmniejszył groszki
i najprawdopodobniej musiał zmienić coś w składzie karmy.
Nasze postępowanie we wrześniu było takie: praczka, odstawiamy suchą, wet, leki, po praczce. Ponownie wprowadzamy suchą i znów praczka. Po odstawieniu - spokój. Za trzecim razem w mózgownicy zajarzyło mi, że powodem jest nie mokra, nie trawa na dworze, tylko właśnie sucha karma - inna tym razem.
I w ten sposób Bonusu dostaje tylko i wyłącznie mokre.
Obawami i spostrzeżeniami podzieliłam się z naszą wetką, która potwierdziła, że w każdym wieku może kota coś uczulić. Poza tym powiedziała, że mokra karma jest jak najbardziej ok., bo kot więcej siusia, przez co wypłukuje piasek itp., oraz jest mniejsze prawdopodobieństwo tworzenia się kamieni.
Wiadomo - sucha karma jest wygodna w użyciu ( chociaż koty na wolności czegoś takiego nie jedzą) i tańsza, oraz bardziej wydajniejsza. Niestety, Bonusu pierze również delikatesowymi groszkami, które dostaliśmy na próbę w gabinecie naszych wetów.
1/3 lodówki, oraz część półki w piwnicy to kocie żarełko w puszkach :))
Przy okazji taka ciekawostka, o której nie wiedziałam - może Wy wiecie.
Otóż koty są z pochodzenia zwierzętami pustynnymi i ich organizm bardzo dobrze i oszczędnie gospodaruje wodą. Potrafi doskonale odzyskać ją z pożywienia i kot nie musi szukać wodopoju.
I co dzieje się z naszym kotem po przejściu na mokre?
Przestał pić wodę, albo pije jej bardzo mało - w nocy, bo w dzień nie widzę, żeby był miską zainteresowany, a sik jest obfitszy niż poprzednio. Częstszy niekoniecznie, ale obfitszy zdecydowanie. Przez co więcej żwirku nam wychodzi ;))
Wetka powiedziała, że tak właśnie jest i to normalne.
Poza tym kotu przestał przypominać klopsika, schudł ładnie, od lata prawie kilogram - też monitorujemy wagę
i konsultujemy u weta :))) 
Tyle na ten temat, chciałam się z Wami podzielić, bo może komuś się te informacje, czy spostrzeżenia przydadzą. Nie jestem przy tym nieomylna, rzecz jasna ;)

No to zdjęcia:


Pada, pada, balkonu też nie ma ....



Fotele - noo, dooobra ...

 Ale zapachy!!!

 Nadmorska trawa ... mniam!

 Świecę oczami.


Borne:






 Wiewiórka tam była, to paczę na nią.


 Też czarny, ale szczekający ...

Studzienki są bardzo, ale to bardzo interesujące.

Trzymcie się ciepło :)