niedziela, 30 czerwca 2019

Kocie fochy i nie tylko

W kwestii podawania kotu maści do uszu jest coraz gorzej. Kot dostaje wścieklicy, wyrywa się i trudno go utrzymać, syczy, miauczy jakbyśmy mu wielką krzywdę robili. Dziś ręce mi opadły i się z lekka podłamałam. Jeśli miałoby to trwać jeszcze dwa tygodnie, to nie wiem. Jutro jadę z nim do weta, ma mieć podaną tabletkę na odrobaczenie, drugą porcję i mam nadzieję, że ustalimy jakiś model dalszego postępowania. Mam na tę chwilę dosyć. 
Oczywiście, są gorsze problemy, ale z drugiej strony jestem za tego kota odpowiedzialna i nie chcę bujać się z nim po weterynarzach i behawiorystach... A może przesadzam znowu. 
Z tego gorąca w głowie się człowiekowi miesza. 
Poza tym mam w jakiś dziwny sposób pogryzione stopy, wygląda to bardzo dziwnie, trochę jak...no właśnie nie wiem nawet, jak to opisać. Nie wiem, kiedy te ukąszenia powstały, boleć, nie bolą, tylko swędzą straszliwie, jak się tylko zaczynam drapac, najlepiej nie ruszać. 
Najlepiej nie dotykać. Poszłabym z tym do lekarza, ale czy warto? Bo kleszcze to chyba nie były.... Albo meszki, albo mrówki....
No nie mogę już z tym wszystkim...

wtorek, 25 czerwca 2019

Lądowanie u weta i wiśniowy urodzaj

Od jakiegoś czasu zbieraliśmy się do wizyty z Franiem u wetki naszej, która to wizyta miałaby na celu przegląd kota ( paszcza, ząbki, obcięcie pazurków itp.), oraz ewentualne umówienie się na pobranie krwi, żeby sprawdzić mu parametry i lipazę trzustkową, jeśli pani wet widziałaby taką konieczność.
I wczoraj słyszę, Franio wymiotuje. Nic nadzwyczajnego u kota ... zdarza się. Lecę z papierowymi ręcznikami, ścieram i przy okazji omiatam uważnym spojrzeniem te wydaliny ... i co widzę? Nicienie!
Czekam niecierpliwie na Chłopa z samochodem, załadowaliśmy kota do transporterka - o dziwo, obeszło się bez dzikiej gonitwy po całym domu w celu złapania futrzaka i umieszczenia go w ww.
Załadowaliśmy się do samochodu, klima i jedziemy. Rudy drze japę całą drogę, a jakże, dojechaliśmy i hura!! Nikogo nie ma!
Franio do przeglądu, mówię pani wet co i jak, że robale, że proszę o sprawdzenie uszek, paszczy i obcięcie pazurków, bo sobie zaraza nie daje, a nie chcę stosować przemocy w domu.... na robale zaordynowana tabletka, ale najpierw przegląd.
Paszcza - ok., jakoś udało się pani wet rozewrzeć tę franiową i zajrzeć ... dalej uszka. Tu już było gorzej, wyczyściła mu wacikami, a potem sięgnęła głębiej i stwierdziła, że nie podoba się jej to, co wygrzebała  ... mikroskop zatem i ustaliła zapalenie ... a skoro zapalenie, to musi dokładniej do tych uszu zajrzeć, przelało to czarę goryczy, kot absolutnie nie zgodził się na dalsze badania, odmówił współpracy, wskoczył mi na ramię, wczepił się w koszulkę, na pomoc ruszył małżonek 
i pani weterynarz ... ufff, udało się kota ode mnie odczepić bez większych ran drapanych i kłutych ... wokół fruwające kłaki ...
Cóż było robić? Pani weterynarz wyciągnęła torbę, do której zapakowała kota, na głowę założyła mu coś, co przypominało różowe gacie dla niemowlaka - powiedziała, że jak kot ma zakryte oczy, to jest spokojniejszy .... o mójtyborzezielony .... możliwe, że jakiś kot jest spokojniejszy, ale nie Franio, na litość Boga! Kot zawinięty szczelnie w te wynalazki, wyglądał jak baleron, uszy mu tylko wystawały, bo o nie ten cały raban się dział. Pani doktor zabrała się do dokończenia swojego dzieła, czyli spokojniejsze i swobodniejsze doczyszczenie uszu i zaaplikowanie maści 
z antybiotykiem ... to znaczy, miała taką nadzieję, bo Franio, niczym Harry Houdini w okresie swojej szczytowej kariery i umiejętności, rozpoczął proces uwalniania się z majtasów i torby. 
I wiecie, co? Udałoby się mu to bez problemu, bo majty z łebka zrzucił i z torby zaczął się wysupływać, co oczywiście zostało mu udaremnione przez operatorkę, a w nagrodę dostał zabieg obcięcia pazurków i wciśnięcie do gardła tabletki na robale!
Za te atrakcje zapłaciliśmy pani doktor sowicie, sprawiła się dziewczyna wzorowo i z rachunkiem otrzymaliśmy ów lek z zaleceniem, że odtąd my sami mamy kotu go aplikować, przez najbliższe trzy tygodnie, co trzy dni oczyścić mu uszka z wydzieliny ( hhahah) i za tydzień stawić się na drugą aplikację tabletki na robale.
Myślę, że wtedy, za ten tydzień, znaczy się, pani doktor sama mu te uszy wyczyści. Mnie tam życie miłe, malowania zachlapanych krwią ścian nie planujemy, poza tym nie posiadam na wyposażeniu domu tej sprytnej, chociaż nie do końca, torby, o różowych majtasach nie wspomnę ;)
Nadszedł dzisiejszy dzień, pełni napięcia, postanowiliśmy około godziny osiemnastej, zaaplikować Franiowi maść do uszu.
Franio spał sobie słodko na kanapie, a my, niczym para spiskowców, zaczęliśmy działać. Wzięłam maść, przygotowałam ją do akcji, Chłopu nałożył grube, robocze rękawice, które jakimś cudem od kilku dni na wierzchu sobie leżały, chwycił kota jednym, pewnym ruchem, a ja - jedno uszko, drugie uszko, kot się wkurzył, obraził  i zwiał na balkon, na którym było o tej porze jakieś 40 stopni ciepła. Ale misja się powiodła, to najważniejsze, a co będzie jutro, to czas pokaże, na zapas martwić się nie będziemy.

Z tego wszystkiego, upiekłam ciasto z wiśniami, jakby za mało ciepło w mieszkaniu było ;)

Wyszło bardzo dobre, a przepis znalazłam w internecie :)

Do zobaczenia zatem, za kilka dni zdam znowu relację z placu boju.


środa, 19 czerwca 2019

No nie wierzę,

że dziś koniec roku szkolnego. W głowie huczy od codzienności, zajęć, dyżurów, planu, bo trzeba wstać, jechać, iść, zdążyć ... I dzisiaj koniec na tym. Na jakieś dwa miesiące, chociaż nie do końca.
Ale to już drobiazg, przynajmniej tak mi się wydaje, kiedy człowiek wypada z tego młyna.
Trwają bowiem egzaminy zawodowe - wiem, wiem, nazywa się to inaczej, ale nieistotne. Część 
z nas musi być w komisjach, a część w internacie, rzecz jasna. 
A potem rekrutacja, która trwa do połowy lipca - nie wiedzieć czemu. I też sporo z nas przy tym siedzi. 
Nie wiem, co za szatański pomiot to wymyślił, przyświecała mu pewnie złota myśl, że przecież nauczyciele mają tyyyyyleeeee wolnego, to trzeba ukrócić. Niech siedzą i się wkurzają.
Ja się nie wkurzam, pomiocie. Mam to serdecznie gdzieś. 
W każdym razie, dzisiaj nie musiałam zrywać się skoro świt, tylko spokojnie się uszykuję, a po zakończeniu mam jeszcze dyżur w internacie. Mam jednakowoż nadzieję, że nasi zmęczeni uczniowie, pojadą szybko do domów ;)) Duża część z nich już się zresztą stamtąd wyprowadziła wcześniej.

No nic, zbieram się na zieleniak po ogórki do gara - kupuję u jednej pani, która ma dobre :) 
I przedwczoraj zauważyłam, poczułam najpierw, że już kwitną lipy!! Niemożliwe ... a pachną tak upajająco, że mogłabym siedzieć pod drzewami cały czas. Przebijają nawet smród spalin.

Miłego dnia wszystkim :)

Tulipany już przekwitły, ale zdjęcia zostały - nasz działkowy :)