piątek, 14 września 2018

Kolejny tydzień ...

Mija drugi tydzień, odkąd Bonusa z nami nie ma i tydzień, odkąd Franio z nami zamieszkał.

Chyba nienajgorzej rudaskowi u nas ... je, bezbłędnie załatwia się do kuwety, bawi się, śpi, trochę nas w nocy, czy o świcie budzi ...
Te zabawy cieszą bardzo, bo świadczą, że kot czuje się bezpiecznie i nie ma potrzeby utrzymywać li i jedynie czynności życiowych. Zdecydowanie preferuje wędkę, żadne piłeczki nie wzbudziły w nim zainteresowania, póki co.
Rzuca się na wędkę z wielkim zaangażowaniem i zapalczywością. Kotłuje się na kanapie 
z piórkami, a potem zeskakuje i w dzikich susach przemierza całe mieszkanie, wskakując na łóżko w sypialni i pędzi z powrotem, perfekcyjnie wyhamowując na oparciu kanapy w dużym pokoju.
Albo wlatuje pod łóżko w sypialni, a potem wystrzeliwuje spod niego i kończy bieg na perfekcyjnym wyhamowaniu - jak wyżej.
Zabawy długo nie trwają, jak to u kota. Zaczajenie, polowanie, odpoczynek.
No i dobrze.
Nie jest, póki co, kotem nakolankowym. Poniekąd. Bo wystarczy położyć się do łóżka, to kot mości się na człowieku. I tak potrafi godzinami leżeć, aż człowiek nie ścierpnie ;)
Na rączki też nie lubi.
Wita się radośnie, kiedy wracam z pracy. Ociera się, mruczy, wtula się, a potem towarzyszy 
w łazience :) Też się łasząc ...
To proludzki kot, który absolutnie nie nadawał się do życia na tej problematycznej wolności. 
I dobrze, że znalazły się osoby, które go stamtąd zabrały.

Mija też drugi tydzień mojej nowej - starej pracy...
Piszę konspekty na lekcje, jak niemalże za dawnych lat :)) Oczywiście bez tych bzdur, typu cele, czy poszczególne fazy lekcji. Sama treść jeno, bo muszę szukać informacji, powtarzać, na nowo uczyć, przypominać sobie i tak zrealizować temat, żeby miało to wszystko ręce i nogi.
Niektórzy uczniowie mają ogromną wiedzę praktyczną i dużą sztuką jest w tym momencie poprowadzić lekcję.
Nie wiem nawet, jak się teraz owe konspekty pisze. Jest tyle zmian, że mam co robić i nie zaprzątać sobie głowy bzdetami.
Zmiany dotyczą matur i egzaminów zawodowych, przy których kolejne ekipy grzebią i majstrują ochoczo i jak to zwykle bywa - nic lepiej nie jest. Nic to chyba nie daje ... tylko dezorientuje i ludzi wkurza.
Do tego godziny w internacie, o różnych porach dnia i różne są wtedy obowiązki. 
I tak to czas leci.

Wczoraj zaczęło padać. Dzisiaj też od rana leci ... Idę do pracy na popołudnie, więc rano mam dużo czasu.
Uczniowie jeżdżą, póki co do domu na weekend, więc o szóstej zamykamy wszystko ... Ale pewnie tydzień, dwa i będą zostawać, bo niektórzy mają kawałek drogi.
Chociaż pociągi jeżdżą dość często i szybko np. na północ naszego kraju ... 

Na razie odróżniam większość twarzy, ale zanim się nauczę imion i nazwisk, to minie trochę czasu.
Zawsze mnie to przeraża, aczkolwiek w efekcie i tak ich zapamiętuję.
Dobrze, że nauczycieli wszystkich prawie znam i pracowników, oraz teren :)

Udanego weekendu Wam życzę :)

piątek, 7 września 2018

Minął tydzień ...

jak Bonus od nas odszedł za Tęczowy Most, czy jaki tam on jest ...
Serdecznie dziękuję wszystkim za wpisy pod poprzednim postem ♥♥♥

A wczoraj w naszym domu pojawił się Nowy Kot. Tak naprawdę to nie planowałam kolejnego zwierzaka, bo choroba Bonusa, jego odchodzenie kosztowało mnie mnóstwo emocji.
Los bywa jednakowoż przewrotny.
Tak się jakoś zdarzyło, że dwa dni temu, albo trzy, napisałam smsa do naszej koleżanki blogowej Gosianki, że bylibyśmy zainteresowani adopcją takiego smutasa rudego, którego Gosia miała w domu tymczasowym.
Kot kilkuletni, błąkał się po jednym z wrocławskich osiedli, nikt go nie szukał, a widać było, że kot domowy.
Scenariusze mogą być różne ... najprawdopodobniej został z tego domu wykopany, bo np. jego opiekun zmarł, zachorował, rodzina chętnie mieszkanie przygarnęła, a kota won.
Albo dziecko się urodziło, a wiadomo, że koty są nosicielami wielu chorób, mogą to dziecko zarazić, podrapać, albo tętnicę przegryźć ...( wystarczy poczytać fora durnych mamusiek, 
a bardziej madek, pełne są bzdurnych teorii). Kota wydano może komuś, a ten ktoś kota won. Albo od razu won.
Ludzie to najpodlejszy gatunek na Ziemi. Nie wszyscy, rzecz jasna, ale wielu, wielu ...

W każdym razie smutas był jakiś czas u Gosi, został obejrzany przez weterynarza, założona została mu książeczka zdrowia i czekał na chętnych, którzy spróbują te smutki odeń odegnać.

No i trafili się jemu - my. Też smutni, dla których wiek kota jest atutem, a to, że nie lubi innych zwierzaków - nie przeszkadza, Bonus też nie lubił ...
Z Gosią i jej mężem spotkaliśmy się na nieczynnej stacji kolejowej w Zdunach. To sam koniec województwa wielkopolskiego. Dowieźli nam smutasa, żebyśmy nie musieli gonić te 200 km do Wrocławia i chwała im za to :) Smutas darł się przez całą drogę praktycznie - nic nowego dla nas. Bonus też się darł, bo nie lubił jeździć samochodem.
Uspokoił się na chwilę, kiedy wyciągnęliśmy go z wrocławskiego samochodu, ale kiedy został zapakowany do naszego - zaczął swój koncert na nowo.

Dostał od Gosi wyprawkę w postaci palety jedzonka i torbiszcza chrupek, oraz ogromnej kuwety, która ledwo nam się do łazienki zmieściła ;)
Okazało się też, że mamy jednakowe transporterki, więc nie przekładaliśmy delikwenta, jeden stresik mniej.

W domu kot się uspokoił, swój pobyt rozpoczął od zwiedzania mieszkania. Bez żadnego chowania się po kątach. Pobawił się nawet chwilę takim fruwającym motylkiem ... Łasił się do nas, mruczał, z zainteresowaniem wyglądał przez balkon ...
A najlepsze nastąpiło, kiedy udaliśmy się spać.
Smutas przytuptał za nami, ułożył się na moich nogach i parę godzin razem przespaliśmy.
Niezłe co?
Teraz odsypia nocne łazęgowanie, zwinął się w kłębek na mojej stronie łóżka i już nie podnosi głowy, kiedy tam po cichu zaglądam ...
No i dobrze ...
Oczywiście jedzonko zostało zjedzone, a kuweta ogarnięta z wszystkich stron, co świadczy 
o jego akceptacji nowego miejsca. Chyba czuje, że to jego dom. Na zawsze.

Jeśli chcecie sobie smutasa obejrzeć, to zajrzyjcie do Gosianki - poświęciła post na swoim blogu :) Tu.

Serce boli, dusza boli, ale ten Nowy Kot trochę te smutki rozgonił już.

Gosiu - dziękujemy za podwózkę smutasa i jego wyprawkę :)

piątek, 31 sierpnia 2018

Bonus odszedł ...

Dzisiaj parę minut po piątej po południu.
Już nic się nie dało zrobić. Nie reagował już na żadne leki, kroplówki ...
Był z nami od 7 marca 2015 roku, miał 8 lat i trzy miesiące. 
Za  szybko, za krótko, za mało ...

Dziękuję wszystkim za wsparcie ♥ 


poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Słabiutki kot mój :(

Nie wszyscy, którzy tu zaglądają, mają fejsa, więc napiszę krótko, co się dzieje.
Nasz Bonus bardzo osłabł. Na płucach wykryte zostały zmiany, małe ma szanse, że z tego wyjdzie i wyzdrowieje. 
Jest pod opieką weterynaryjną, ale wiadomo - weci cudotwórcami nie są. Nasza nie jest też zwolenniczką utrzymywania zwierza przy życiu na siłę.
Kot nie chce jeść za bardzo, mam receptę na lek, który być może mu ten apetyt poprawi. Dzisiaj go wykupię.
Ma jeszcze tyle siły, żeby na drapaczek swój wskoczyć, wody się napić i do kuwety iść ...

Nasz kochany koteniek ... 

 

niedziela, 5 sierpnia 2018

Balkonowo - mrówkowo - iglakowo

Upały nie odpuszczają, aczkolwiek u nas dzisiaj jest ciut, ciut chłodniej, wieje wiaterek, a w nocy popadało jakieś 5 minut może i zagrzmiało gdzieś z daleka. Z racji, że była trzecia w nocy, nie włączałam internetu, żeby sprawdzić gdzie są te burze.
Taki wiec sobie temat wymyśliłam i potraktuję go dosłownie, bez już żadnych aluzji, żaluzji 
i innych rolet.
Odkąd skończył się rok szkolny, mam szczere chęci, by w końcu uporządkować pierdolnik w domu, który nagromadził się przez lata mego przygnębiającego półbezrobocia, ale tak średnio mi się chce. Aczkolwiek ostatnie tygodnie trochę mnie do aktywności zmobilizowały, zaczęłam więc jakiś czas temu od balkonu.
Wyglądał koszmarnie. Zeschnięte rośliny z poprzedniego sezonu, jakieś liście, płytki też już czystością nie grzeszyły ... 
Zrobiłam kilka zdjęć tej hańby ;) Ale może wrzucę je na koniec postu ;)
Jeszcze w czerwcu, uszykowałam sobie niezbędne sprzęty typu worki plastikowe na śmieci, rękawice, sekator, kupiłam ziemię do kwiatów, farbę do drewna i zabrałam się do dzieła.
Zeschnięte rośliny wyrzuciłam bez sentymentu, paru bidulkom, przy których widziałam jakieś oznaki życia, dałam szansę, przesadzając do nowej ziemi i pojemników. Smętne pergole koloru nieokreślonego pomalowaliśmy na ciemny brąz. Wiklinowe koszyki na fioletowy.
Dokupiliśmy dwa nieduże, składane krzesełka i mały stolik...
I teraz wygląda to wszystko w miarę sensownie.
Nie mam jakichś wielkich zdolności dekoratorskich, ale co tam - w końcu można na tym balkonie usiąść, wypić kawę i gościa tam posadzić ;)
Zrobiło się trochę ciaśniej, kiedy wystawiam suszarkę z praniem, ale w końcu coś za coś.
A czemu mrówkowo?
Widzicie na zdjęciach taki sporawy koszyk jak do pyrów? ( czyli ziemniaków po polsku rzecz ujmując ;)) I emaliowany garnek, w którym rośnie sobie kozłek, czyli waleriana?
Otóż w koszyku jest gniazdo małych mrówek, a na roślinie są mszyce ... czyli obora dla mrówek 
i ich "krowy". Ustaliłam z nimi, że mają mi do domu nie wchodzić - próby były, ale rozprawiłam się z nimi dość radykalnie i tak sobie koegzystujemy.
Tak naprawdę to bym się ich pozbyła, ale bez rozwalania im gniazda i zabijania tych pożytecznych stworzeń. Niestety nie mam żadnej działki, na którą zawiozłabym ten kosz i go po prostu z tym gniazdem zakopała. Tak więc na razie tak to wygląda.
A iglakowo?
Nie chciałam za dużo doniczek na balkonie, ale pewnego dnia mąż mój przywiózł z pracy kilkanaście mały sadzonek świerku i sosny. Oczywiście nigdzie ich nie ukradł,ani z lasu nie wykopał, tylko były to samosiejki, które rosły w tłuczniu, w torach. A oni je po prostu musieli powyrywać.
Jak widać - nie wszystkie się przyjęły, ale w razie czego stanę przed świętami na zieleniaku 
i posprzedaję te, które zaczęły rosnąć :))) 
Mówiłam Chłopu, że kasa im w tych torach rośnie ;) gdyby mieli trochę miejsca, to mogą powsadzać te małe roślinki do doniczek, a potem na dworcu sprzedać ;) w listopadzie, albo grudniu. Uczciwe ,z korzeniami, a nie jak to zazwyczaj bywa, wszystko ucięte, byle święta przetrwało.
Ale nie mają tam miejsca, więc cały plan poszedł w niebyt ;)
Oczywiście z tą hodowlą to mały żarcik był ;)

To teraz parę zdjęć "po", a potem kilka "przed". 
Pewnie, że nie ma się czym chwalić, ale zostawię to sobie "ku pamięci" ;)







Mrówki w akcji

Może jeszcze w tym roku dojrzeją?

Cynia


Ulubione miejsce kota

A teraz - jak było "przed". Wrażliwi zamykają oczy i przewijają stronę do dołu ;)







Tych ostatnich zdjęć komentować litościwie nie będę ;)

Czyli pojawiła się nadzieja, że podobnie postąpię z resztą domu, trochę zaczęłam już robić, idzie powoli, ale może do końca wakacji się mi uda.
I napiszę jeszcze, że w sprawach zawodowych nastąpiły u mnie kolejne zmiany ...
Parę dni temu zadzwonił do mnie dyrektor szkoły, z której zwolniono mnie kilka lat temu 
i .... zaproponował powrót. To jest już ktoś inny - tzn.inna osoba wygrała konkurs dyrektorski.
W dodatku mam uczyć przedmiotów zawodowych, czyli oznacza to dla mnie naukę 
i przypomnienie sobie tego, czego nauczyłam się w czasie moich pierwszych studiów ...
Życie pisze naprawdę zadziwiające scenariusze ... 
Zgodziłam się, ponieważ jest to praca na miejscu i nowe wyzwanie, aczkolwiek tam w Poznaniu źle mi nie było, tylko trochę czasu zajmowały mi dojazdy. I to przeważyło tak naprawdę.

Jak się Wam moja praca balkonowa podoba?
Może coś mi jeszcze podpowiecie? ;) A w kwestii mrówek? ;)

Miłego dla Was na nowy tydzień :)

wtorek, 31 lipca 2018

36,6

Weekend nad morzem spędziliśmy dość intensywnie i tak jakoś inaczej. Może to dzięki pełni  Księżyca i to w dodatku tak wyjątkowej? Może i tak.
Pełnię obejrzeliśmy, tak trochę. Zdążyliśmy przyjechać. A i tak najlepiej widoczna była na wsi, gdzie nocowaliśmy w "naszej" agroturystyce. Nad morzem nie, ponieważ plaża jest zbyt nisko.
Sobotę spędziliśmy plażowo, a w niedzielę ruszyliśmy z kijkami do Pogorzelicy. Dawno tam nie byliśmy.
Z Mrzeżyna idąc plażą, jest, jak się okazało, równiutkie 12 km. Dla nas nic nadzwyczajnego ... 
z powrotem też 12, w międzyczasie też parę kilometrów nakręciliśmy i wyszło - wedle naszych urządzeń pomiarowych, tytułowe 36 i trochę.
Również nic nadzwyczajnego, ale ... ale ... 
Zrobiliśmy jeden, zasadniczy błąd. Po którym to błędzie bolały nas stopy i na pięcie - każdy po jednej ;) miał siniaka ...
A wszystko przez to, że po plaży szliśmy boso. 
Owszem, fajnie jest chodzić sobie na bosaka, ale stópki nasze nie są do tego przyzwyczajone. Tzn.,żeby robić nimi tyle kilometrów i to jeszcze po szorstkim podłożu. Takie rzeczy to tylko spacerowo ... i z powrotem.
Tak więc, piszę to ku przestrodze ;)
Sama wycieczka była cudna. Pogoda się nam udała, ponieważ rano było chłodno, a kiedy szliśmy po południu, mieliśmy słońce w plecy.
W samej Pogorzelicy nie byliśmy już 8 lat! Zmieniła się i to bardzo. Z leśnej, małej miejscowości robi się zabudowane apartamentowcami - nie wiem, jak to nazwać nawet. Coś a`la kurort? Ehhh  ...
Ale mniejsza o to.
Najważniejsza w tym dniu była Ona:


Śliczna staruszka, świeżo po remoncie. Nie planowaliśmy przejażdżki, ale poszliśmy na dworzec, a tam stała sobie kolejka jedna i kusiła. To kupiliśmy bilety, wsiedliśmy i pojechaliśmy całą jej traską nadmorską z Pogorzelicy do Trzęsacza i z powrotem.
W tej chwili jeździ spalinowa lokomotywa, która ciągnie kilka wagonów ... kilka lat temu w jeden dzień jeździł parowóz - obecnie w remoncie.
Jako, że była to niedziela, chętnych na przejażdżkę nie brakowało.
Kilka zdjęć zatem. Patrzcie, podziwiajcie i skorzystajcie kiedyś z okazji, by się nią przejechać:

Manewry na stacji w Pogorzelicy




Wagon bagażowy dla wózków, rowerów ...

Bidula - pracuje, ile sił, stąd wietrzenie silników musi być




Latarnia morska w Niechorzu
Oczywiście - to nie wszystkie zdjęcia, jakie po drodze robiłam. Już wkrótce będą ujęcia stacyjek, torów świeżo po remoncie i morza z mewami ;)
Do domu wróciliśmy wczoraj, a dzięki remontowi i całkowicie zamkniętej drogi za Gnieznem, zwiedziliśmy nieznane nam do tej pory rejony Wielkopolski. 
Trzeba było albowiem, kierować się nawigacją.
W pole nas nie wyprowadziła, ale pokazała kilka ciekawych skrótów, w efekcie było fajnie :)
Ale drogowcy, jak zawsze dali .... no  właśnie. 

Do napisania się z Państwem ;)


sobota, 28 lipca 2018

Kto rano wstaje....

... temu pusta plaża 🏖


Dzisiaj plażing, jutro walking 😉 a pojutrze do domu.
Ale dobre i to.
Kotu został w domu z nianią. I wszyscy y zadowoleni.
Miłego weekendu Wam życzę 😀
P. S. Na plaży słońce, nawet chłodno, i wieje wiatr, a wieczorem okaże się, jakie efekty to przyniosło... No i ludzi przybyło.

sobota, 14 lipca 2018

Nad Wartę warto. Pociągiem! Część 3

Witajcie :)
Poprzedni post zakończył się we wsi Dębno, z której to ruszyliśmy wałem przeciwpowodziowym, w właściwie ścieżką, która się na nim znajduje, w stronę stacji kolejowej, na której mieliśmy wsiąść do naszego pociągu.
I pojawili się przed nami - Ona i On. On - most kolejowy, a Ona - Warta ze swoim rozlewiskiem :)
Weszliśmy z rowerami na most, by przeprawić się na drugą stronę rzeki ... ale spokojnie, nic niebezpiecznego nie robiliśmy, sokiści też mandatu by nam nie wlepili :)) Most posiada kładkę dla pieszych, więc można bezpiecznie przejść na drugą stronę, bez obawy, że zostanie się potrąconym przez pociąg.
Postaliśmy trochę nad rzeką, porobiłam trochę zdjęć, które teraz Wam pokażę.
Oczywiście nie ukazują całego piękna okolicy, ale zawsze:




Coś dla wielbicieli technicznych szczegółów:



Śruby, które Chłopu mój przynajmniej raz w tygodniu sprawdza, czy są podokręcane ;) a pod spodem rzeka sobie płynie ...

I sam most:



Widzicie po bokach kładkę? a po prawej stronie drugi tor, który czeka na remont, dechy ledwo się trzymają, część z nich jest przez pracowników oderwana i tam chodzić nie wolno. Pociągi tamtędy jeżdżą, o dziwo, ale bardzo powoli. 
Most składa się z dwóch części - starej, którą zbudowano ... dawno temu i nowej, lata 2015-2016.
Tak wygląda od spodu:

Prawa strona zdjęcia - część stara

Prawa część zdjęcia - część nowa

Zleci na łeb, czy jeszcze nie? ;)
 Zeszliśmy więc na dół, no bo ileż można na moście siedzieć?
A tam plaża i kolejne piękne widoki. Kilka osób się tam opalało i przypłynęli kajakarze. Ale dla mnie najważniejsze było to, że .... :




udało się mi sfocić pociąga ;) na moście :))
Piękny widok, prawda?

Kilkanaście minut kontemplacji wystarczyło, udaliśmy się w kierunku stacji kolejowej. 
I kilka zdjęć sprzed stacji i samej stacji. Budynek stacyjny jest w tej chwili jeszcze nieczynny - kilka lat był niepotrzebny, przypominam ;)
A my mieliśmy trochę czasu do odjazdu pociągu ...
Był czas na obejrzenie stacji i sfotografowanie pociągu towarowego ;)

Tory prowadzące do zakładu przemysłowego, chyba są już nieużywane w tej chwili


Ten uroczy domek pełnił kiedyś funkcję toalety :)) Osobnej dla pań i panów.


Jak widać, czas się tu zatrzymał, trochę ciężko wsiąść do pociągu z tego peronu, ale spoko ;) Daliśmy radę.


Taki towarusek sobie jechał i wiózł kontenery, pewnie z Chin ;)

Wszystko uginało się pod ciężarem wagonów ... ile ton waży ta masa żelastwa?
Towarowy dostojnie opuścił stację, a za parę minut wjechał nasz osobowy, wdrapaliśmy się doń z rowerami i wróciliśmy do domu :)


Na takich hakach rowery sobie bezpiecznie podróżują :)

Mam nadzieję, że wirtualna wycieczka się Wam podobała :) 
Nad Wartę jeszcze wrócimy, w inne miejsce, ale też piękne i ciche :)

Do zobaczenia zatem :)

czwartek, 12 lipca 2018

Nad Wartę warto i znów tamtędy jeżdżą pociągi! Część 2.

W tym poście będzie trochę zdjęć ;)
Nie oddają oczywiście całego piękna trasy, jaką pokonaliśmy, ale chociaż trochę będziecie mogli sobie obejrzeć i poczytać o niektórych miejscowościach, przez które przejeżdżaliśmy.
Tak, jak pisałam - wysiedliśmy z pociągu tuż przed Jarocinem, miejscowość nazywa się Radlin. Stacja - Radlin Wielkopolski. Na stacji w tej chwili nie ma nic, tylko wykoszone perony, bo przez kilka lat nie były potrzebne. Jeśli chcecie zobaczyć więcej - polecam portal www.bazakolejowa.pl :)
We wsi znajduje się kościół wczesnobarokowy z XVII wieku. Obok - drewniana dzwonnica 
i mnóstwo starych, pięknych lip. Zajrzeliśmy do środka, ale nie wchodziliśmy, ponieważ nie byliśmy odpowiednio ubrani. Bardzo ciekawy ołtarz tam się znajduje.
Więcej możecie poczytać sobie tutaj.
A to moje  zdjęcia z tego miejsca. Lipy dawały piękny cień ...



Ruszyliśmy w stronę Żerkowa. To takie małe miasteczko, które kilka razy do roku odwiedzamy, ponieważ mieszka tam kuzynka Chłopa mego, z którą utrzymujemy kontakt, a poza tym pół miasteczka, jeśli nie 3/4 to jego bliżsi lub dalsi krewni, jakby tak dobrze się w genealogię wgłębić.
A po drodze, zjechaliśmy z głównej drogi i dopadliśmy drzewa mirabelkowego :) Śliwki były słodko - kwaśne, najedliśmy się i jeszcze torebkę nazbieraliśmy do domu. Nikt tego tam nie zrywa, bo i po co. W owadzie kupi się taniej jakiś kompot z syropem glukozowo - fruktozowym, 
a poza tym, kto teraz kompoty pije. Napoje słodzone powyższym lub zawierające słodziki to jest to!
Eh ...




A potem znów wróciliśmy na główną drogę i przed samym Żerkowem napotkaliśmy takie coś:


Po zatrzymaniu się, od razu rozpoznaliśmy: marchewkowe pole!
I w tym miejscu spotkaliśmy inną kuzynkę Chłopa, jadącą rowerem z miasta, która stwierdziła, że marchew ta jest codziennie czymś pryskana ... no a potem trafia do naszych sklepów ... 
Cóż.
U kolejnej kuzynki załapaliśmy się na ciasto i obiad, a potem ruszyliśmy w stronę stacji kolejowej, która znajduje się za Żerkowem. Bo tenże takową również posiada, acz 5 km od miasta. Kiedyś jeździły tam autobusy, na każdy pociąg. Może jakiś przewoźnik wróci do tej dobrej tradycji ...
My jednakże chcieliśmy wsiąść do pociągu w Orzechowie. 
Pisałam w poprzednim poście o Mickiewiczu, który gościł w Wielkopolsce i w Śmiełowie, która to miejscowość leży kilka kilometrów od Żerkowa. Znalazłam fajny tekst na temat tego pobytu, kto chce, niech sobie poczyta o tutaj
Jako ciekawostkę dodam, że w Śmiełowa urodziła się matka mojego Chłopa, oraz  jego dziadek od strony ojca. Nie wiemy, póki co, jak długo jego rodzina tam mieszkała, a zważywszy na kochliwy charakter wieszcza, to może Chłop mój jakieś geny jegoż ma? ;)) Nic nam to oczywiście nie daje, ale pośmiać się można ;)
W każdym razie, wracajmy na trasę. Ruszyliśmy na Śmiełów, ale żeby tam dotrzeć, trzeba się trochę wysilić ... Kto pamięta, że pisałam Szwajcaria Czeszewsko - Żerkowska?
Właśnie.
A z czym nam się kojarzy Szwajcaria, jeśli chodzi o krajobraz?
No właśnie. Góry. 
A my jesteśmy na nizinnej Wielkopolsce. Ale nie tu. Tu nizin nie ma, są dość strome wzniesienia, albo mniej strome, ale ciągnące się kilkaset metrów ... I pod taką góreczkę musieliśmy popedałować, żeby wjechać na sam jej szczyt, a potem - z górki na pazurki ... o nie, nie. Z górki to na hamulcach a i tak rozpędziliśmy się do 40 km/h. 
Na szczycie górki jest punkt widokowy, z którego widać pałac w Śmiełowie i kościół. Górka to Łysa Góra o wysokości 161 m n.p.m. Taaa, łysa ........
Stanęliśmy sobie na nim, żeby porobić zdjęcia i wyszły tak:






Tak. Kukurydza wybujała się i widok zasłoniła ...
Ostatnie zdjęcie to zjazd, ale niech Was nie zwiedzie pozorna płaskość trasy.
Pojechaliśmy dalej, bo czas trochę gonił ...
Naszym celem było Dębno i ewentualna przeprawa promowa.
Ale po drodze piękna kapliczka z Maryjką - na zdjęciu tak ładnie nie wygląda, w samej wsi św. Nepomucen - wszak jesteśmy na dużą rzeką i bardzo ciekawy kościół, przy kościele stare nagrobki ... Obejrzyjcie sobie na powiększeniu:











Podjechaliśmy na prom, ale w soboty działa od 10-12 ,skręciliśmy więc na wał przeciwpowodziowy:


I zapraszam na ciąg dalszy za dwa dni ;)