sobota, 14 kwietnia 2018

Zaczęło się

A co się zaczęło? I się nie skończy? ;)
Miaukolenie pod drzwiami w celu wymuszenia spacerku :))
Miaukoli oczywiście nasz kochany futrzak, który odkąd zrobiło się bardzo ciepło, rozpoczął wysiadywanie na balkonie, a od paru dni domaga się spaceru.
Co tam będzie na balkonie siedział. Nuda.
Za chwilkę też idziemy, niech kocina ma tę rozrywkę ;) Kiedyś sąsiadka - taka z bloku naprzeciwko, dorwała mnie przed szóstą rano ( ja na pociąg, ona szła z psem) i o kota się pytała. Czemu nie wychodzi. Powiedziałam jej.
A teraz już wychodzi :))

Wiosna wybuchła z całą siłą, zdjęcia oczywiście porobione. Po raz pierdylionpińćsetny te same widoki. Ale po raz pierdylionpińćsetny oko i powonienie cieszą.

No to ja spadam z kotem na obchód terenu, a Wam życzę miłej soboty.
Jutro Chłopu leci w Półmaratonie Poznańskim, jadę z nim, będę robić za depozyt ;)

wtorek, 3 kwietnia 2018

Jezdę potforę

Przejrzałam dzisiaj zdjęcia na fejsie z ostatniego morsowania i się przeraziłam.
Wyglądam na nich koszmarnie, niczym potwór z Loch Ness - chociaż nikt go ponoć nie widział 
i nikt nie wie, jak wygląda, to nie bez powodu nazywany jest potworem, nieprawda.
Wienc ja podobnież.
Oczywiście wiem, że po pierwsze primo są ludzie o wiele, wiele grubsi ode mnie i wcale nie muszę oglądać programów o grubasach, bo ja przy nich to chucherko jestem, piórko i puch marny, no i nie muszę mieć rzeczy szytych na miarę, bo w L-kę wchodzę bez problemu, 
a ostatnio nawet w jednym sklepie w M-kę, ale to chyba jest taktyka firmy, żeby powiększyć rozmiarówkę. Ale, niech im tam będzie, mnie oczu się nie zamydli, ale przez chwilkę jest miło ;)
Po drugie primo - są poważniejsze problemy na świecie, a nawet w najbliższych otoczeniu, oraz w moim domu się też pojawiają. Wiem, ale co z tego? Zdjęcia wstrząsnęły mną i tak.
Po trzecie primo - zamiast się tutaj wypłakiwać, trzeba wziąć dupsko w troki i ruszyć albo w trasę, albo na wspomnianą przeze mnie kiedyś siłownię na dworze, którą mam pod oknem niemalże. 
Z tegoż okna ją widzę w każdymbądźrazie .... ale, że jest to okno od pokoju, w którym śpimy 
i wyciągamy kota z szafy, nie mam wyżej wymienionej non stop na oku, więc tego...
Nic to. Wymyśliłam, że może na blogu będę swoje aktywności zapisywać? Nie, żeby się chwalić, ale jako motywator dla siebie?
Zobaczymy, zacznę od jutra ;)
Jeśli chodzi o kota naszego, może ktoś chce wiedzieć. Dzisiaj byliśmy na zmianie plastra 
i dokładniejszym przemyciu rany, pani doktor zadowolona, bo tworzy się owa ziarnina. No to jest dobrze. Kubraczek oczywiście bezwzględnie konieczny do końca leczenia i nie ma, że zmiłuj, bo zdjęcie owego z kota zniweczy cały proces gojenia. Zwierzaki, a koty w szczególności liżą, dłubią, drapią, wykazując się niesamowitą pomysłowością w ściąganiu szwów i opatrunków wszelakich.
Pani wetka opowiadała nam dzisiaj o swoim innym kocim pacjencie, który jest po operacji złamanej łapki, którą składali z kostnych puzzli i mimo kołnierza - już dwa razy wygryzł sobie szwy. Teraz gojenie przebiega na otwartej ranie, jak u naszego i musi siedzieć w zamknięciu, żeby nie zniweczyć efektów operacji.
Opowiedziała nam to chyba po to, żeby nas pocieszyć, że tutaj nie jest tak źle. W sumie teraz nie jest, potrzeba tylko czasu i naszej wytrwałości i odporności na kocie fochy, bo takowe są, że hohoho ....
W sobotę bodajże, się nasz Bonus obraził i wlazł do szafy na jakąś godzinę. A o co?
O to, że przebraliśmy go w czyste ubranko, a on chciał, żebyśmy już je zdjęli na zawsze. 
Byście musieli widzieć kota podczas tego przebierania! Położył się, żeby było nam trudniej założyć, w momencie unoszenia go ważył sto kilo, a grawitacja w tym miejscu działała pięćdziesiąt razy silniej niż normalnie.... Myślę, żeby takimi anomaliami zainteresować jakichś naukowców ... bo to naprawdę ciekawe i niespotykane na co dzień ;)
Poza tym, ubierając kota w ww., trzeba uważać na nogawki. Bo kot nasz oszukuje, że nogaweczki zostały podciągnięte do końca, a wcale tak nie jest, bo tylko do łokcia. I człekowi wydaje się, że wszystko gra i bucy, ładnie założone, a tu niespodzianka. Personel przestaje zwracać uwagę na kota, a on myk,myk i łapecki wolne, nogawecki swobodnie dyndają i można zająć się dalszą pracą polegającą na wydobyciu się ze znienawidzonego chomąta.
Nas na tę kwestię uczuliła pani wetka, bo kiedy przebieraliśmy kota w gabinecie, ona rzekła kiedyś: "Bonus, nie oszukuj...." i zobaczyliśmy, jaki z niego cwaniaczek.
Ubranko to ma wycięcia na przednie i tylne łapki, na początku zawijaliśmy kota w całość - potrafił tylne oswobodzić!! A potem stwierdziliśmy, że tylne może mieć wolne, tylko trzeba zabudować przednią część.
W tym celu, pod ubrankiem ma jeszcze body, a bezpośrednio na plastrze z żelem - jeszcze gazę jałową. Oczywiście liże się po tym i czasem próbuje się podrapać, ale do rany nie dojdzie - chyba i oby, jedynie body sobie trochę może wyciągnąć. Ale tylko trochę.
Tak to u nas wygląda.
No a teraz to moje odchudzanie ... Chłopu już nic nie będę mówiła, że zdjęcia mnie wystraszyły ;) 
I tak od stycznia trochę schudłam, bo dojazdy do pracy temu sprzyjają, często spacer z dworca do szkoły i z powrotem, a to prawie 2 km w jedną stronę ... i od września mam szansę na kontynuację zatrudnienia :)
Zobaczymy, jak to będzie.

Jeśli ktoś przeczytał wszystko, to super, a jeśli nie - to też dobrze ;) bo nie wszystkich muszą interesować perypetie z naszym kotem.

Cóż, mamy wiosnę, chociaż jeszcze u nas szaro, buro, ale słońce trochę poświeciło dzisiaj 
i wczoraj.
Na koniec - wiosenna piosnka w wykonaniu niejakiego Sławomira - nie wszystkim podobają się jego utwory, ale ja traktuję je z dużym przymrużeniem oka, więc mnie osobiście śmieszą:


Wszystkiego najlepszego na tę porę roku Wam życzę :)

Pozdrawiamy z chrapiącym kotem :)

piątek, 23 marca 2018

Koniec sezonu i takie tam różne dzienne sprawy

Nieodkrywczo napiszę, że nadeszła wiosna, po męczącej, jak dla mnie zimie, aczkolwiek człowiek miota się w kołowrotku niczym chomik i ciężko dostrzec ją, że przyszła pieszo - ta wiosna i wszyscy się już na nią cieszą.
Kończy się zatem sezon na morsowanie, aczkolwiek, bądźmy szczerzy, klimat się nam globalnie ocieplił i latem miewamy temperatury stricte jesienne, nieprawda.
Dwa tygodnie temu było pięknie i ciepło, na jeziorze gruby lód - 30 cm, się chłopaki nasze dzielne klubowe napracowały, żeby wyciąć w rzeczonym  nieduży basenik dla bandy świrusów, którzy mają upodobanie w zimowym moczeniu kuprów i innych części ciał. Drobiazg tylko - nikt nie pomyślał o drabince, która ułatwiłaby wejście i wyjście, ale od czego inni, którzy podali pomocną dłoń?
Zero wiatru, impreza na plaży w Skorzęcinie udana :)
Parę ujęć z tego dnia:





Za to tydzień później - słońce, a jakże, czemu nie, świeciło nam jasno, na wodzie zero lodu 
( byliśmy już gdzie indziej), ale wiał tak silny i zimny wiatr, że miałam wątpliwości, czy zdołam wejść do wody. 
Weszłam. Dech mi zaparło na kilkanaście sekund, posiedziałam kilka minut i wyszłam. I wiele osób zrobiło tak samo, jeden raz i ubieramy się ;)

W sumie morsowanie to fajna przygoda :) Naprawdę.
To taka nieduża odskocznia od codzienności.
A codzienność to nasz dochodzący ciągle do siebie kot, wkurzony i zestresowany, bo ma założone ubranko, żeby ta rana mu się w końcu zagoiła. Byliśmy u pani wetki w środę na przemyciu i zmianie plastra z koloidem ... I pani wetka zauważyła w końcu, że coś zaczęło się dziać w kierunku powstania ziarniny, czyli gojenia się i zasklepiania. Tak mi się też wydawało, bo wysięku już prawie nie ma.
Jutro znowu jedziemy, kot się na pewno ucieszy - my też, zresztą.
Pomiędzy wizytami, to ja mu przemywam specjalnym płynem, ale tak dokładnie tego nie jestem 
w stanie zrobić zapewne.
W tym celu muszę go wywabiać z szafy, w której kotu najchętniej siedzi, albo go stamtąd wytargać ... idzie mi coraz lepiej ;)

Przez ostatnie trzy dni mieliśmy w szkole rekolekcje ... Poznałam nowe zakątki Poznania, bo trzeba było iść z uczniami do kościoła, obyły też zajęcia w szkole, które dla mnie i nie tylko, okazały się kompletnie bez sensu. Wybrano albowiem projekcje dwóch filmów, ale czym kierowały się te osoby - nie mam zielonego pojęcia. Filmy były tak beznadziejne i nie dla młodzieży, że dawno czegoś takiego nie widziałam. Kompletna strata czasu.
I nie chodzi mi o to, że wyświetlono filmy o tematyce religijnej. Nie. Niechby były. Ale na te akurat szkoda było czasu i nie wiem, jakie miały nieść przesłanie. Bo prześladowanie księży w Hiszpanii za czasów Franco - powiedzmy sobie szczerze, nie interesuje przeciętnego nastolatka. Dorosłego też nie. Albo mało kogo.
Ale już po, może jakieś wnioski na przyszłość zostaną wyciągnięte.

Jak tak sobie jeżdżę codziennie pociągiem, to na torach widzę taki ciekawy sprzęt do prac przy przebudowie linii i sfociłam go. Ma taki ładny, żółty kolorek, a najbardziej podoba się mi samochód, który jeździ po szynach. Zdjęcia robiłam siedząc w jadącym pociągu, więc są jakie są, ale chcę Wam je pokazać :)





Miłego dla Was :)

poniedziałek, 5 marca 2018

Pobiegałam wczoraj....

I nawet udało się mi przetruchtać jakieś dwa kilometry i to bez jakiegoś zatrzymywania się. Wczoraj w całej Polsce odbywały się biegi upamiętniające żołnierzy Niezłomnych. Takowy miał miejsce w naszym mieście również. Jako, że ostatnio nie robię nic w temacie tężyzny fizycznej, to byłam pewna, że po kilku krokach dostanę zadyszki i będę musiała się zatrzymać. O dziwo, nic takiego nie miało miejsca.
Trasa wiodła wokół naszego jeziora, które jest sztucznym zbiornikiem na rzece naszej. Kiedyś była tam piękna plaża i można było się kąpać, a teraz - tak niekoniecznie. Próbuje się reaktywować życie nad tym jeziorem, ale do pełnej świetności jeszcze dużo, dużo brakuje.
Wczoraj świeciło piękne słońce, był lekki mróz i biegło się fajnie.
Na chwilę przystanęłam, pod koniec i zrobiłam kilka zdjęć.
W rzeczywistości wyglądało to jeszcze piękniej :





Mamy, jak widać, niedużą tamę. Mimo, że woda tam jest w ciągłym ruchu, to lodu nie brakowało. Do tego słoneczny dzień i humor się na chwilę poprawił.
Dzisiaj już szaro, buro i ponuro, chociaż dużo cieplej. Ale słońca nie ma.
Czyli, jakby się nie obrócić.....

Co do rekonwalescencji naszego kota. Powoli postępuje. Chociaż przez moje jakieś czarnowidztwo chyba wolniej. Sama już nie wiem.
Kot jest zły, smutny, zrezygnowany najczęściej, trudno się mu dziwić. A nie wytłumaczysz, że nie powinien się tam lizać, drapać i tak dalej.
Dzisiaj zabrakło mi optymizmu i dobrego humoru.
Za dużo tego wszystkiego i mało co idzie jak trzeba. Taki zasrany los. Jakby jakaś klątwa nade mną wisiała. Coś się uda, a za chwilę coś innego wyskakuje. Taki uśmieszek od losu, czy nie wiem, czego. Masz, ale się za bardzo nie ciesz.
No to się nie cieszę, chociaż oczywiście inni mają gorzej. Ale cudze nieszczęście mnie nie cieszy, mogłabym wypisać parę pozytywów ze swojego życia ... a  jakże. 
Tylko po co.
 

środa, 28 lutego 2018

Zamroziłam się i wycofałam

Ostatnie tygodnie były dla nas ciężkie. Nie byłam w stanie pisać o tym ani na blogu, ani na fejsie, bo ... bo nie wiem, czemu. Po prostu nie byłam.
W zeszłą sobotę, kotu nasz miał operację. Jakiś czas temu utworzył się mu guz nad przednią łapką, źle to wszystko było poprowadzone przez naszych byłych weterynarzy ... trochę też naszej winy, że nie zareagowaliśmy od razu ... ale koniec końców. Zmieniliśmy weterynarza i wszystko potoczyło się, jak powinno. Badania, a potem operacja. 
Nie chcę już wracać do tego, co było i jak było. 
Nerwy napięte jak postronki i pewna ulga w sobotę po, kiedy również z pani weterynarz powietrze uszło. Operację przeprowadził jej znajomy wet, który jest chirurgiem i ortopedą, ona asystowała.
Bonus jest na antybiotyku i na przeciwbólowych, dużo śpi, ale też są trudniejsze momenty, kiedy go tam ciągnie i swędzi ... dzisiaj w gabinecie wyglądał na kompletnie zrezygnowanego, chociaż po wizycie wydawało mi się, że nastąpił malutki, pozytywny przełomik.
Niechętnie się porusza, ale na drapaczek swój wskakuje.
Nasz kochany koteniek ...
W środę za tydzień ma mieć ściągnięte szwy.

Sporo znajomych i nieznajomych, jak się okazało, trzymało za niego kciuki i modliło się 
o pomyślną operację i jego zdrowie. 
Wiem, że gdybym napisała o tym na blogu, to też byście trzymali. Ale nie byłam w stanie.

Dziękuję M. - może to przeczyta, za kopnięcie w dobrą stronę :)

To tyle nowości. 
Trzymajcie się zdrowo i ciepło i niestety - jak widzicie, że coś nie tak z lekarzem, czy wetem, to trzeba go niezwłocznie zmienić.  Jak najszybciej i bez sentymentów.  

niedziela, 11 lutego 2018

Nareszcie przerębel....bel,bel,bel....

Dzisiaj wlazłam w końcu do przerębla 😉 zimno z ostatnich dni sprawiło, że nasz akwen częściowo zamarzł, od brzegu lód miał 7 cm, trzeba było zatem użyć piły motorowej, żebyśmy mogli do wody wejść.
Przez chwilę miałam lekkie wątpliwości, czy dam radę, bo to już nie przelewki, ale spoko. Tak naprawdę jestem w tej chwili w stanie wejść do każdej wody 😂 w sensie zimna i ciepła.
Duża część naszego klubu bawiła dzisiaj w Mielnie, w którym to odbywał się doroczny zlot morsów. My nie pojechaliśmy, z różnych powodów... Może za rok, jak dobrze pójdzie....
Tak sobie pomyślałam, że gdybym nie zaczęła mojej przygody z włażeniem do zimnej wody 
w listopadzie, to w tej chwili nie byłoby opcji, żebym doń weszła.
Dzisiaj przyjechała pewna rodzina, rodzice z dwójką dzieci. Pana sobie kojarzyłam, pani nie. Zrobiła intensywną rozgrzewkę swoim dzieciom - i słusznie, ale kiedy doszło do wejścia do wody, to dzieci zanurzyły się do kolan, objęły swoją rodzicielkę mocno w pasie i w płacz, bo zimno 
i nieprzyjemnie.... Traf chciał, że w pewnym momencie państwo ci stanęli obok nas, zaczęli rozmawiać na temat tej akcji. No to ja się wymądrzyłam, że ja morsuję od listopada i dzięki temu jestem w stanie do wody teraz wejść... Pani stwierdziła, że w listopadzie jest dla nich za ciepło 😂
No cóż, im może tak, ale dzieciom niekoniecznie.
Nie, żebym pisząc o tym teraz, potępiała tych rodziców, ale  trochę mnie ta sytuacja rozśmieszyła - wzmianka o gorącym listopadzie, a z drugiej żal mi tych dzieci było, bo mogły mieć zabawę, 
a nie stres.
Potem zresztą ubrały się i ślizgały po lodzie.

A od jutra mam w końcu ferie. Naczekaliśmy się na nie w tym roku...
I dobrze, bo już na oparach każdy jechał.
Chłopu mój natomiast, jutro zaczyna....nową pracę.
Tak, tak, tak mu tam dobrze, czyli niedobrze było, że po ponad trzydziestu latach na kolei, musiał się z niej zwolnić. Władze nasze, tzn.chodzi mi o powiat i gminę, twierdzą, że u nas praktycznie bezrobocia nie ma. No może i nie ma, ale chcąc coś sensownego znaleźć, trzeba poprosić znajomych, żeby cię zarekomendowali. A jeśli ich nie masz, to sobie pracuj np. w firmie sprzątającej wielki koncern motoryzacyjny, która żyłuje ludzi do granic możliwości, a najchętniej ma nocki, bo wtedy nie ma behapowców z koncernu, którzy będą wymagać, by pracownicy nosili odpowiednie maski ochronne, czy jakieś tam inne "duperele". Kto się tam nimi będzie przejmował ...
Albo możesz pracować na śmieciówie przez całe lata, a potem kasy ci nie wypłacą, bo po co.
Ale przecież bezrobocia nie ma. A jak ktoś nie może czegoś normalnego znaleźć, to znaczy, że sobie na to nie zasłużył najwyraźniej. Nie nadaje się do życia w młodym, dynamicznym 
i rozwojowym społeczeństwie, ot co.
Pewnie to znacie, a jak nie znacie, to się tylko cieszcie.
Do tej firmy, Chłopu mój został zarekomendowany przez swojego kolegę, który tam już od lat pracuje i wcale nie na jakieś wysokie stanowisko, tylko na produkcję. Gdyby nie ten kolega, to pewnie nie byłby faworytem na to miejsce.
Przykre, ale prawdziwe.

Żeby do końca marudzenia nie było, to kilka zdjęć z dzisiejszego dnia. Zrobiłabym ich więcej, ale tak mnie trzęsło, że czym prędzej udałam się do samochodu, rozkręciłam ogrzewanie na full 
i jakoś mi przeszło. W domu natomiast - ciepła kąpiel ;)





Udanego tygodnia wszystkim życzę :)

niedziela, 28 stycznia 2018

Co za naród nie na żarty ... nienażarty

W sobotę Chłopu mój poszedł do mięsnego, by nabyć wołowinę dla kota.  
Jak to w sobotę, ludzie masowo stoją w kolejkach niczym za starych, dobrych czasów, 
a w mięsnych to już w ogóle pandemonium. Ale czego nie robi się dla zwierzaka.
Owszem, można kupić więcej i zamrozić, ale Chłopu mój wytrwale czynił zakupy w piątek 
i w sobotę, żeby kot miał świeże ;)
No i stoi przed nim w sobotę kobita, cała spięta i gotowa do zarzucenia na ekspedientkę swoich żądań, wymagań, czekająca z niecierpliwością na to, by owa zrealizowała jej mięsne marzenia .... a ten mój bidok za nią.
I stało się. 
Wykupiła prawie całą wołowinę, 800 gram!! Pozostawiając dla naszego kota jakiś nędzny ochłapek, wydarty jej niemalże z paszczy.
W piątek - podobna sytuacja. 
Co za naród nienażarty, naprawdę. Żeby człowiek nie mógł, w mięsnym na osiedlu, dla kota wołowiny kupić????
Podążyliśmy zatem do owada, bo tam w gotowych paczkach coś się zawsze znajdzie. Na gulasz np., chociaż kot nasz entuzjazmu wielkiego nie wykazuje na widok tego mięsa.
Ale wczoraj oprócz gulaszowego było jeszcze takie na bitki. 
Kupiliśmy.
Kot rąbie, że uszy mu się trzęsą.

Z kota wegetarianina robić nie będziemy. 
Tak, wiem, że życie straciły krowy i byki opasowe. Krojąc mięso widzę je. Widzę je żywe, kiedy jadę pociągiem do pracy i z powrotem, bo przy torach jest gospodarstwo. Te zwierzęta mają 
o tyle lżej w swoim krótkim życiu, że mogą sobie na dwór wyjść i przeważnie na tych wybiegach stoją i chodzą.

Trochę mnie znów przygniotło to i owo. I jeszcze to i tamto ...
Ogólnie czas jakiś taki dziwny. Zima jest, a za chwilę jej nie ma. Czytałam gdzieś, że jakieś przebiegunowanie znów następuje. Co mnie to obchodzi. W sumie przebiegunowania też nie obchodzi moja osoba i moje egzystencjalne problemy, które tak naprawdę nie mają znaczenia 
w skali świata i wszechświata. 

Ehhhh .....

Znośnego tygodnia wszystkim życzę.

sobota, 13 stycznia 2018

Kiedy pociąg odjedzie sprzed nosa ...

... to masz za 20 minut następny i czas na zdjęcia.
Tak było wczoraj. Musiałam albowiem coś załatwić po pracy, przemieszczając się autobusem do innej dzielnicy, skąd już blisko było do dworca, z którego miałam jechać do domu.
Wiedziałam, że nie zdążę na ten pociąg, co zawsze, toteż nie spieszyłam się, bo nie lubię się spieszyć i biec w pełnym rysztunku i w nerwach, czy dam radę, czy nie.
Jako, że w godzinach szczytu, ze stolicy wielkopolskiej w naszym kierunku, pociągi jadą co pół godziny, to tym bardziej gra nie warta świeczki. Czyli upocenia się, zziajania i większego zmęczenia.
Taki miałam plan na wczorajsze popołudnie.
Kiedy szłam na dworzec, a droga biegnie wzdłuż torów, zobaczyłam mój wcześniejszy pociąg, jak spóźniony kilka minut wjeżdża na peron, a potem jeszcze kilka minut stoi. Ale nie, nie, nie dałam się mu sprowokować i nie pokłusowałam przez ruchliwą ulicę i takież tory, w jego kierunku :))) 
Wolałam spożytkować ten czas na zrobienie kilku zdjęć, żeby wrzucić je na bloga ;)
Na pierwszy  pstryk poszła alejka wokół Cytadeli, bardzo ładnie brąz liści z drzewami się komponuje ... i kawał muru, albo nie wiem, czego, specjalnie zapewne zostawione ...






A potem weszłam na peron, pora była pociągowa, więc ... popatrzcie :)
Najpierw wjechał z Torunia - dawny "żółtek", który jeździ w dawnych Przewozach Regionalnych ;)



Potem chwila przerwy, nosiło mnie z jednego końca peronu na drugi ... Tu wyjazd w stronę Warszawy:


A potem za plecami mymi zagwizdało coś i przeleciało obok:





Znowu chwila spokoju,kilka ujęć z różnych stron ... widzicie te wieże za  drzewami? To katedra poznańska:




I znów coś jedzie, do Poznania, mały Elf ;)


A za chwilę z Poznania do Gniezna, biało - czerwone Koleje Wielkopolskie:



A tu już się rozjeżdżają ...
 



To też dawny "żółtek", przerobiony, unowocześniony ...
 

A gdzie mój pociąg?
W końcu nadjechał. Też taki biało-czerwony Elf, jak dwa zdjęcia powyżej tyle, że dwa sczepione razem, bo o tej porze jedzie bardzo dużo ludzi, a tu proszę, frontem do pasażera, żeby za dużego ścisku nie było ;)
Chociaż czasem jest, ale może dlatego, że wszyscy idą na przód, żeby za daleko po wyjściu do wyjścia nie łazić ;)

Po dwóch tygodniach stwierdzam, że nie jest to praca mojego życia ... cóż, życie ... może gdzieś taka jest, a może nie.
W sumie narzekanie nic nie da, ale z  drugiej strony, czemu na blogu nie mogłabym napisać, że coś tam mnie boli?
No właśnie. A i tak o wszystkim nie piszę ...
Ale o czymś jeszcze napiszę.
Jadąc pociągiem, widziałam na niektórych stacjach plakaty z jakimiś osobami. Pomyślałam sobie, że PKP może jakichś hydraulików szuka, albo co ... no takie miałam skojarzenia.
A wczoraj obejrzałam sobie to dokładnie.
Otusz, otóż ... na plakacie z panem lat około 50, przystojnym, zadbanym, z heblem w dłoni ( czyli strugiem po polsku) stało co następuje, tak mniej więcej: 
Jan Kowalski, brygadzista w PKP Cargo, na kolei pracuje od 1986 roku, w wolnych chwilach zajmuje się stolarstwem" ....

Jebłam.

Wybaczcie mi ten wulgaryzm, ale tylko to mi do głowy przyszło, jako komentarz tej żenady ...
Nie ma kasy na podwyżki dla pracowników, na radia (służące do komunikowania się, a nie do słuchania wiadomości), telefony, środki czystości, ale na takie pierdoły jest.

Gratuluję kreatywności, debilu, który to wymyśliłeś. Siedzisz w dyrekcji za biurkiem, tworzysz durne tabelki w Exelu i nie masz bladego pojęcia, co dzieje się tak naprawdę i nie chcesz wiedzieć, bo niemała kapucha ci ten durny łeb i ślepia przesłania... ot, co.

Udanego weekendu wszystkim życzę♥♥♥

sobota, 6 stycznia 2018

Coś pozytywniejszego

Gdy trzech Króli mrozem trzyma będzie jeszcze długa zima.
Na Trzech Króli słońce świeci wiosna do nas pędem leci.

A jak jest u Was?
U mnie słońce świeci, a co z tą wiosną będzie - czas pokaże. Bo z Barbarą się nie sprawdziło. Była po wodzie i Święta też były po wodzie. Cóż ... jak się różnymi harpami pogodę modyfikuje, to potem tak jest.
Ale dzisiejszy mój wpis nie będzie marudzący.
Przeżyłam tydzień w nowej pracy i ani razu nie chciałam stamtąd zwiewać, chociaż oczywiście idealnie nie jest, ale nigdzie nie jest chyba, tak naprawdę.
Towarzystwo dorosłych ogólnie życzliwie mnie przyjęło, chociaż zdaję sobie sprawę, że co niektórzy mendowaci są, ale to też nic dziwnego :)) a dzieciory, jak to dzieciory ... ogólnie nie najgorsze, zwłaszcza kiedy porównuję chamstwo i agresję z poprzedniego miejsca pracy z tymi tutaj.
Pożyjemy, zobaczymy ... 
Jestem oczywiście zmęczona, bo do Poznania muszę dojechać pociągiem jakieś 45-50 minut 
i jeśli zaczynam lekcje rano, to mam jeszcze jakąś godzinę w zapasie. Plus tego jest taki, że idę wtedy pieszo, zajmuje mi to jakieś 20 minut, to są niecałe 2 km wedle nawigacji.
A w samej szkole trenuję step aerobic, gdyż mieści się ona w ponadstuletnim budynku, pokój nauczycielski jest na samej górze, czyli na drugim piętrze, czyli tak naprawdę na trzecim blokowym, bo w starym budownictwie schody są dłuższe ;)
I tak kilka razy trzeba tam wejść i zejść.
Kondycję sobie odbuduję przynajmniej ;)
Zmęczenie wynika też z planu lekcji mojej poprzedniczki, nawalone godzin na maksa przez trzy dni, pozostałe mniej, bo jeszcze pracowała w innej szkole. To ja się nie dziwię, że się rozchorowała.
Ja też muszę moje dotychczasowe działania oddać komuś, bo nie zamierzam nawalać do utraty sił i przez cały dzień. Kot tęskni, Chłop tęskni, ja też nie mam już tylu sił i chęci, bo w imię czego. Kasy? Nie jest znowu nie wiadomo jak wielka.
Pożyjemy, zobaczymy ...
Na razie życzę Wam udanego dnia i weekendu, zamierzam za chwilkę wziąć kijki i ruszyć 
w trasę moją na przejazd, porobić zdjęcia, bo mi tego brakuje.
Aczkolwiek wybraliśmy się z Chłopem w drugi dzień Świąt i w Sylwestra na kijki do lasu, którego już prawie nie ma. Zrobiłam parę zdjęć, niektórych miejsc nie można poznać, bo las jest powycinany po sierpniowej nawałnicy, a droga tak porozjeżdżana,że wejść i przejść nie idzie.

A jutro - chlup do wody ;) taki mam plan bynajmniej, przynajmniej ;))
 

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Tak na początek nowego roku

Nie wiem, co napisać na początek nowego roku.
Jak wszyscy, albo prawie wszyscy chciałabym, aby był udany i obfitował w same dobre wydarzenia.

Czego oczywiście Wam i sobie życzę.

Niestety, mam w sobie jakiś wielki niepokój i brak wiary, że tak będzie. Nie wiem, czy powodem jest pełnia Księżyca, która będzie miała miejsce jutro, czy jakieś ogóle fluidy rozpylane po to, byśmy się źle czuli, czy może to, że jutro jadę do nowej pracy, co do której do końca przekonana nie jestem.
Pewnie wszystko po trochu, a najwięcej to ostatnie. 
Do pracy tej muszę dojechać do Poznania. Znowu nowe środowisko, które nie wiem, jak mnie przyjmie - może nie przyjmie ... No cóż, wtedy dam sobie z nią spokój. Głównym powodem, dla którego się na nią zdecydowałam jest umowa o pracę i terminowa wypłata. To chyba sporo.
Bo ostatnie 5 lat, z kilkumiesięcznym wyjątkiem, to takie byle jakie umowy, z wypłatami też różnie bywało i bywa ... niestety, nie wiem, co ze mną jest nie tak, że nie mogę nic sensownego znaleźć.
Za stara, za głupia,  naiwna i bez znajomości ... i  niech mi nikt nie wmawia, że jest inaczej. Po tych paru latach nie stać mnie na jakiś wielki optymizm w tej kwestii. A naprawdę się starałam.
Owszem, zdarzają się chwile, kiedy mam więcej optymizmu, ale coś dzisiaj mi nastrój zleciał do poziomu minus tysiąc. No może minus dziesięć ...
Praca ta jest oczywiście w szkole, chociaż szukałam też gdzie indziej. Szkoła na trudnym poziomie, bo klasy siódme i gimnazjalne. Chociaż podstawówka, w której pracowałam w minionym już roku, bardzo negatywnie mnie zaskoczyła. Tak więc zobaczymy, aczkolwiek entuzjazmu wielkiego brak.
Dotychczasowe zajęcia muszę dość mocno przeorganizować i z części z nich zrezygnować, bo czasowo nie dam rady, a poza tym ... czy warto za wszelką cenę ... chyba nie.
Cóż, wielką optymistką nigdy nie byłam, bardziej realistką z dozą pesymizmu, a tak mi się nazbierało różnych spraw dodatkowo.

Mimo wszystko - raz jeszcze, wszystkiego najlepszego Wam życzę ♥♥♥

PS. Morsowanie trochę pomaga, na chwilę. Bo nie odpuszczam, nawet na sylwestrowe pojechałam sama, mimo, że było już mocno zimno i musiałam trochę ze  sobą powalczyć ;)