sobota, 14 lipca 2018

Nad Wartę warto. Pociągiem! Część 3

Witajcie :)
Poprzedni post zakończył się we wsi Dębno, z której to ruszyliśmy wałem przeciwpowodziowym, w właściwie ścieżką, która się na nim znajduje, w stronę stacji kolejowej, na której mieliśmy wsiąść do naszego pociągu.
I pojawili się przed nami - Ona i On. On - most kolejowy, a Ona - Warta ze swoim rozlewiskiem :)
Weszliśmy z rowerami na most, by przeprawić się na drugą stronę rzeki ... ale spokojnie, nic niebezpiecznego nie robiliśmy, sokiści też mandatu by nam nie wlepili :)) Most posiada kładkę dla pieszych, więc można bezpiecznie przejść na drugą stronę, bez obawy, że zostanie się potrąconym przez pociąg.
Postaliśmy trochę nad rzeką, porobiłam trochę zdjęć, które teraz Wam pokażę.
Oczywiście nie ukazują całego piękna okolicy, ale zawsze:




Coś dla wielbicieli technicznych szczegółów:



Śruby, które Chłopu mój przynajmniej raz w tygodniu sprawdza, czy są podokręcane ;) a pod spodem rzeka sobie płynie ...

I sam most:



Widzicie po bokach kładkę? a po prawej stronie drugi tor, który czeka na remont, dechy ledwo się trzymają, część z nich jest przez pracowników oderwana i tam chodzić nie wolno. Pociągi tamtędy jeżdżą, o dziwo, ale bardzo powoli. 
Most składa się z dwóch części - starej, którą zbudowano ... dawno temu i nowej, lata 2015-2016.
Tak wygląda od spodu:

Prawa strona zdjęcia - część stara

Prawa część zdjęcia - część nowa

Zleci na łeb, czy jeszcze nie? ;)
 Zeszliśmy więc na dół, no bo ileż można na moście siedzieć?
A tam plaża i kolejne piękne widoki. Kilka osób się tam opalało i przypłynęli kajakarze. Ale dla mnie najważniejsze było to, że .... :




udało się mi sfocić pociąga ;) na moście :))
Piękny widok, prawda?

Kilkanaście minut kontemplacji wystarczyło, udaliśmy się w kierunku stacji kolejowej. 
I kilka zdjęć sprzed stacji i samej stacji. Budynek stacyjny jest w tej chwili jeszcze nieczynny - kilka lat był niepotrzebny, przypominam ;)
A my mieliśmy trochę czasu do odjazdu pociągu ...
Był czas na obejrzenie stacji i sfotografowanie pociągu towarowego ;)

Tory prowadzące do zakładu przemysłowego, chyba są już nieużywane w tej chwili


Ten uroczy domek pełnił kiedyś funkcję toalety :)) Osobnej dla pań i panów.


Jak widać, czas się tu zatrzymał, trochę ciężko wsiąść do pociągu z tego peronu, ale spoko ;) Daliśmy radę.


Taki towarusek sobie jechał i wiózł kontenery, pewnie z Chin ;)

Wszystko uginało się pod ciężarem wagonów ... ile ton waży ta masa żelastwa?
Towarowy dostojnie opuścił stację, a za parę minut wjechał nasz osobowy, wdrapaliśmy się doń z rowerami i wróciliśmy do domu :)


Na takich hakach rowery sobie bezpiecznie podróżują :)

Mam nadzieję, że wirtualna wycieczka się Wam podobała :) 
Nad Wartę jeszcze wrócimy, w inne miejsce, ale też piękne i ciche :)

Do zobaczenia zatem :)

czwartek, 12 lipca 2018

Nad Wartę warto i znów tamtędy jeżdżą pociągi! Część 2.

W tym poście będzie trochę zdjęć ;)
Nie oddają oczywiście całego piękna trasy, jaką pokonaliśmy, ale chociaż trochę będziecie mogli sobie obejrzeć i poczytać o niektórych miejscowościach, przez które przejeżdżaliśmy.
Tak, jak pisałam - wysiedliśmy z pociągu tuż przed Jarocinem, miejscowość nazywa się Radlin. Stacja - Radlin Wielkopolski. Na stacji w tej chwili nie ma nic, tylko wykoszone perony, bo przez kilka lat nie były potrzebne. Jeśli chcecie zobaczyć więcej - polecam portal www.bazakolejowa.pl :)
We wsi znajduje się kościół wczesnobarokowy z XVII wieku. Obok - drewniana dzwonnica 
i mnóstwo starych, pięknych lip. Zajrzeliśmy do środka, ale nie wchodziliśmy, ponieważ nie byliśmy odpowiednio ubrani. Bardzo ciekawy ołtarz tam się znajduje.
Więcej możecie poczytać sobie tutaj.
A to moje  zdjęcia z tego miejsca. Lipy dawały piękny cień ...



Ruszyliśmy w stronę Żerkowa. To takie małe miasteczko, które kilka razy do roku odwiedzamy, ponieważ mieszka tam kuzynka Chłopa mego, z którą utrzymujemy kontakt, a poza tym pół miasteczka, jeśli nie 3/4 to jego bliżsi lub dalsi krewni, jakby tak dobrze się w genealogię wgłębić.
A po drodze, zjechaliśmy z głównej drogi i dopadliśmy drzewa mirabelkowego :) Śliwki były słodko - kwaśne, najedliśmy się i jeszcze torebkę nazbieraliśmy do domu. Nikt tego tam nie zrywa, bo i po co. W owadzie kupi się taniej jakiś kompot z syropem glukozowo - fruktozowym, 
a poza tym, kto teraz kompoty pije. Napoje słodzone powyższym lub zawierające słodziki to jest to!
Eh ...




A potem znów wróciliśmy na główną drogę i przed samym Żerkowem napotkaliśmy takie coś:


Po zatrzymaniu się, od razu rozpoznaliśmy: marchewkowe pole!
I w tym miejscu spotkaliśmy inną kuzynkę Chłopa, jadącą rowerem z miasta, która stwierdziła, że marchew ta jest codziennie czymś pryskana ... no a potem trafia do naszych sklepów ... 
Cóż.
U kolejnej kuzynki załapaliśmy się na ciasto i obiad, a potem ruszyliśmy w stronę stacji kolejowej, która znajduje się za Żerkowem. Bo tenże takową również posiada, acz 5 km od miasta. Kiedyś jeździły tam autobusy, na każdy pociąg. Może jakiś przewoźnik wróci do tej dobrej tradycji ...
My jednakże chcieliśmy wsiąść do pociągu w Orzechowie. 
Pisałam w poprzednim poście o Mickiewiczu, który gościł w Wielkopolsce i w Śmiełowie, która to miejscowość leży kilka kilometrów od Żerkowa. Znalazłam fajny tekst na temat tego pobytu, kto chce, niech sobie poczyta o tutaj
Jako ciekawostkę dodam, że w Śmiełowa urodziła się matka mojego Chłopa, oraz  jego dziadek od strony ojca. Nie wiemy, póki co, jak długo jego rodzina tam mieszkała, a zważywszy na kochliwy charakter wieszcza, to może Chłop mój jakieś geny jegoż ma? ;)) Nic nam to oczywiście nie daje, ale pośmiać się można ;)
W każdym razie, wracajmy na trasę. Ruszyliśmy na Śmiełów, ale żeby tam dotrzeć, trzeba się trochę wysilić ... Kto pamięta, że pisałam Szwajcaria Czeszewsko - Żerkowska?
Właśnie.
A z czym nam się kojarzy Szwajcaria, jeśli chodzi o krajobraz?
No właśnie. Góry. 
A my jesteśmy na nizinnej Wielkopolsce. Ale nie tu. Tu nizin nie ma, są dość strome wzniesienia, albo mniej strome, ale ciągnące się kilkaset metrów ... I pod taką góreczkę musieliśmy popedałować, żeby wjechać na sam jej szczyt, a potem - z górki na pazurki ... o nie, nie. Z górki to na hamulcach a i tak rozpędziliśmy się do 40 km/h. 
Na szczycie górki jest punkt widokowy, z którego widać pałac w Śmiełowie i kościół. Górka to Łysa Góra o wysokości 161 m n.p.m. Taaa, łysa ........
Stanęliśmy sobie na nim, żeby porobić zdjęcia i wyszły tak:






Tak. Kukurydza wybujała się i widok zasłoniła ...
Ostatnie zdjęcie to zjazd, ale niech Was nie zwiedzie pozorna płaskość trasy.
Pojechaliśmy dalej, bo czas trochę gonił ...
Naszym celem było Dębno i ewentualna przeprawa promowa.
Ale po drodze piękna kapliczka z Maryjką - na zdjęciu tak ładnie nie wygląda, w samej wsi św. Nepomucen - wszak jesteśmy na dużą rzeką i bardzo ciekawy kościół, przy kościele stare nagrobki ... Obejrzyjcie sobie na powiększeniu:











Podjechaliśmy na prom, ale w soboty działa od 10-12 ,skręciliśmy więc na wał przeciwpowodziowy:


I zapraszam na ciąg dalszy za dwa dni ;)

wtorek, 10 lipca 2018

Nad Wartę warto i znów tamtędy jeżdżą pociągi! Część 1.

Witajcie :)
Dni mijają w zawrotnym tempie, mam często wrażenie, że czas przecieka mi przez palce, a ja tak naprawdę nic konstruktywnego nie robię, nie działam, nic, zero, null ... wychodzę tylko z kotem na spacer, trochę przejrzę internety i koniec dnia. Jakaś niemoc kompletna mnie opanowała, 
a tyle chciałam zrobić!
Z wielkim trudem, bo rozłożyło się mi to na kilka dni, zamiast kilka godzin - posprzątałam pierdolnik na balkonie. I balkon przypomina balkon, a nie śmietnik z zaschniętymi roślinami.
Dobre i to.
Ale nie o tym chciałam pisać, tak jakoś mi powyższe wymsknęło się i niech zostanie.
Mam nadzieję, że tytuł Was trochę zaciekawił, bo o ile słowo Warta nie jest dla nikogo obca, 
to o co chodzi z tymi pociągami?
W sobotę pojechaliśmy sobie z Chłopem na wycieczkę. Bo trzeba z domu się ruszyć, mając 
w perspektywie brak urlopu u mojego, ze względu na zmianę pracy ... Do tematu podeszliśmy 
w sposób nowatorski, gdyż albowiem  nigdy w ten sposób nie podróżowaliśmy.Aczkolwiek nie jest to nic odkrywczego ;)
I tu dochodzimy do tych pociągów nad Wartą... Warta - wiadomo, trzecia co do długości rzeka 
w Polsce, przepływająca przez Wielkopolskę i Poznań, rozciągniętych nad nią jest wiele mostów, również i kolejowych. Sama jeżdżąc do pracy, przez takowy przejeżdżałam ...
Ale był sobie taki odcinek i most, przez który pociąg  osobowy nie przejechał przez kilka ostatnich lat. Powodem zawieszenia ruchu osobowego był bardzo zły stan torów, doprowadził on do tego, że pociąg na jakimś odcinku jechał 
z prędkością 10km/h!! Jak to często bywa, ludzie poprzesiadali się do autobusów, samochodów, bo pokonanie odcinka 30 km w godzinę nie jest w dzisiejszych czasach jakimś wielkim osiągnięciem, wręcz naprzeciwko rzekłabym.
I tak minęło sobie kilka lat, bodajże 5, chociaż mi wydawało się ,że więcej, cały czas trwały naciski, żeby jednak wyremontować ten szlak i puścić pociągi osobowe, bo towarowe jeździły sobie od czasu do czasu ...
Rok wyborczy .... może to przypadek .... na początku czerwca ruszyły na tę trasę Koleje Wielkopolskie :)))
Pociągiem można dojechać do pięknych terenów Szwajcarii Żerkowskiej i Czeszewsko - Żerkowskiego Parku Krajobrazowego, wysiąść sobie po drodze i powędrować przed siebie, podziwiając piękne lasy, okoliczne miejscowości ze starymi domami i kościółkami, posiedzieć nad Wartą, może się w niej wykąpać .... a potem dojść do innej stacyjki i wrócić do domu. A jak ktoś nie jest dobrym piechurem, albo chce się więcej zobaczyć, to .... ładujemy do pociągu rowery 
i już :) Koleje Wielkopolskie przewiozą nam je w specjalnym wagonie, na specjalnych wieszakach za sumę 7 złotych od sztuki.
Tak też zrobiliśmy w poprzednią sobotę.
To był naprawdę super pomysł :)
W jedną i drugą stronę pojechaliśmy pociągiem, chociaż gdyby ten powrotny nam zwiał, to nie była to jakaś wielka odległość i wrócilibyśmy do domu rowerami.
Zdjęć porobiłam sporo, wszystkie mam na razie w telefonie, wrzucę w drugim poście :)
W każdym razie, wysiedliśmy na małej stacyjce przed Jarocinem i udaliśmy się w drogę. 
Z przystankiem u kuzynki, a potem narwaliśmy trochę czerwonych mirabelek - były nierobaczywe i bardzo dobre :) 
Podjechaliśmy też pod sporą górkę do miejscowości, w której ongiś wieszcz nasz przebywał, nie mogąc przedostać się do powstania, bo ruscy siepacze nań za rzeką czekali ... oficjalnie przynajmniej ... 
A później chcieliśmy skorzystać z promu, by na drugą stronę rzeki się przedostać, ale niczym Mickiewicz - nie mogliśmy, bo w soboty ten akurat prom pływa tylko dwie godziny. Nic straconego, ponieważ na wale przeciwpowodziowym jest zrobiona ścieżka i spokojnie dojechaliśmy nią do mostu na Warcie .... 
Jak tam jest pięknie :))) Plaża z bielutkim piaseczkiem, most fajny sam w sobie i pociągi na nim .... rozległy teren rozlewiska, gdzie rzeka może się swobodnie od nadmiaru wody uwolnić ...
Cisza, spokój, słońce, wiatr, żadnych tłumów ...
To był piękny dzień :)

Cdn.

środa, 27 czerwca 2018

Co mnie dzisiaj zadziwiło

Myślałam nad jakimś błyskotliwym tytułem, ale jakoś nic mi do głowy nie przychodziło ;) 
No to prosto z mostu.
Otrzymałam wczoraj list polecony ze zwrotką z ZUS-u. Taka przesyłka nie niesie zazwyczaj nic dobrego i tak było tym razem. Zanim otworzyłam i przeczytałam, czego ode mnie chcą, zdążyłam się potężnie zdenerwować ... niepotrzebnie, zresztą.
Okazało się, że chcieli ode mnie potwierdzenia w związku z moją pracą w szkole językowej, która z hukiem i nieprzyjemnością rozleciała się na początku roku. O czym dowiedziałam się nie od właścicielki, tylko od kogoś innego. Fajnie, nie?
Ale Los nade mną czuwał, ponieważ od 2.01 zaczynałam prace w szkole w Poznaniu, więc i tak tę językową musiałabym sobie odpuścić. Dzięki temu napisałam krotko, że od stycznia nie mam z tą firmą nic wspólnego, a że nie zostałam wyrejestrowana z ubezpieczenia, to już nie mój problem - tego już nie pisałam, bo to logiczne. Aczkolwiek, jeśli chodzi o tę instytucję, to logika nie jest jej mocną stroną, niestety.
Zadzwoniłam najpierw do pani, która sprawę prowadzi i umówiłyśmy się, że albo podeślę moje oświadczenie pocztą, albo przyniosę osobiście. Wybrałam wariant drugi.
Stali bywalcy wiedzą, ja nie wiedziałam. Na parterze jest sala obsługi klientów. Wchodzę, puściutko. Pytam się więc biurwie, czy mam wziąć ów słynny numerek. Biurwa burczy, że tak 
i głową wskazuje mi, gdzie. A tam kilka możliwości ... jedna bardziej skomplikowana od drugiej. No to zadaję następne pytanie, co mam nacisnąć. Biurwa wyburczała pytanie, co ja w ogóle chcę. Ja, że oświadczenie oddać tylko, dla pani X.
Biurwa wkurzona już: renta, czy emerytura? 
Ja: dokumenty ubezpieczeniowe.
Biurwa bręczy pod nosem: Ubezpieczenia i coś tam.
Ja: ????
W międzyczasie wszedł pan ochroniarz, kochany człowiek, ponaciskał mi co trzeba, tzn.nie mi, tylko na tym automacie, numerek wyleciał i za dwie sekundy wyświetliło się, że mam podejść - na szczęście nie do biurwy, tylko do jej koleżanki obok. Znacznie milszej.
Wyszłam oniemiała z tego przybytku .... ja pierdolę, co to ma być???? Komu ma to coś służyć???
Chyba tylko firmie, która to ustrojstwo wyprodukowała i za naszą kasę sprzedała zusowi. 
Ja rozumiem, że numerki ułatwiają obsługę klienta, ok., w wydziale komunikacji też się na ten przykład wyświetlają, ale tutaj???? Te możliwości zapisane jakimś dziwnym kodem???
Albo ja taka ograniczona jestem, albo to kompletne wariactwo. 
W każdym razie - mocno mnie zaskoczyli.
A po południu wyszłam z kotem na spacer, Chłopu mecz oglądał, było 0:0 Korea -Niemcy. Drugi mecz: Szwecja-Meksyk.
Łazimy sobie z kotem, a tu nagle słyszę radosne: Kurrrrr ....waaaa :))) 
Myślę sobie, że to chyba Niemcom Koreańczyki budę władowali, bo nie sądzę, żeby ktoś tak się cieszył z bramki dla Szwedów - wszak potop był dawno temu, a do Meksykanów to my nic chyba nie mamy ....
I za chwilę z tego samego okno się rozlega jeszcze radośniejsze: Ja pier ........ dole ..... :))))
Pewnikiem druga buda, ani chybi Koreańczyki dali czadu.
No i dali.
Z jednej strony przykra taka reakcja, ale z  drugiej - trudno się dziwić. Niestety.
Zaraz potem na fejsie pojawiły się różne memy, jak to obie drużyny mogą jednym samolotem polecieć, albo trener Niemców pyta się naszego, czy mogą się z nimi zabrać ....
I takie tam śmiesznostki.
Tak to bywa z zarozumialcami czasem.

Do miłego wszystkim :)

niedziela, 17 czerwca 2018

Przeznaczenie

Witajcie wszyscy, którzy tu mimo przerwy zaglądacie :)
Czas zapierdziela, wieczorami jestem padnięta i nie chce mi się włączać komputera, trochę poczytam w pociągu na komórce, ale postów to już mi się nie chce na tym małym ekraniku ślepić.
A tyle mam fajnych zdjęć, które mogę oczywiście obrobić na telefonie, ale nie ogarnęłam go jeszcze jakoś tak bardzo, żeby w pełni wykorzystywać jego możliwości. Trochę szkoda, ale może, kiedyś ... ;)
Chwilę temu rozkwitły akacje, porobiłam im sporo zdjęć, tak pięknie wyglądały i pachniały ... 
i przekwitły. 
Jeszcze wcześniej, na mojej drodze do pracy w Poznaniu, stanęły przepiękne tawuły. 
Te przekwitły jeszcze szybciej.
Teraz lipy. Kwitną, pachną obłędnie, a nad nimi słychać, jak pilnie pracują pszczoły i inne bzykadełka ...
Ale miałam pisać o przeznaczeniu.
Jak to się dziwnie Los człowieczy układa.
Wspominałam kiedyś, że Chłopu mój zwolnił się pod koniec zeszłego roku z kolei, bo miał dosyć? Zachowań ludzkich, ocierających się o mobbing i takiej beznadziei, związanej z brakiem perspektyw i takich tam innych spraw ... mimo, że w zabezpieczeniu brakuje ludzi, zrobiła się spora luka pokoleniowa, to nikt nie miał czasu, a może chęci, żeby porozmawiać z nim, dlaczego się zwalnia po 32 latach pracy, może zaproponować inne rozwiązanie, ale nie pozbywać się osoby z doświadczeniem ... zabrakło. Trudno, ich strata.
Koniec końców, M. zahaczył się w pewnej firmie w naszym mieście, praca na produkcji, non stop na nogach przy maszynie, krótka jedna przerwa, chemikalia, nowości, zniecierpliwieni współpracownicy. Jakoś to ogarnął, ale nie wiązał z tym zajęciem jakiejś wielkiej przyszłości. 
Pewnego dnia, niedawno, mówi do mnie, że znalazł ogłoszenie na kolejowej stronie, że poszukują pracownika tak zwanego drogowego, czyli np.do koszenia trawy, sprawdzania stanu nawierzchni i torów, napraw tegoż - tak mniej więcej. Praca lżejsza od tej, co robił poprzednio. 
I tak dla hecy wysłał swoje cv.
To miasto jest już pod inną dyrekcją.
Po paru dniach zadzwonił do niego naczelnik i się mu spytał, czy przyjdzie do nich do pracy! Jeśli tak, to w poniedziałek ma jechać do dyrekcji na rozmowę z panią naczelnik.
Chłopu wyżebrał na jeden dzień urlop i pojechał. W wyniku rozmowy, dostał skierowania na badania lekarskie, które zrobił i .... wrócił na swoją ukochaną i najlepszą na świecie kolej :))))
Mimo, że na początku twierdził, że musi się od niej odciąć, że nie chce mieć z tym nic wspólnego .... 
Przeznaczenie go tam znów popchnęło. Fakt, że trochę mu pomógł ;)
Zatoczył wielkie koło i wrócił, chociaż w inne miejsce, w inne towarzystwo, inne zarządzanie. Mam nadzieję ,że teraz będzie tak, jak ma być, czyli dobrze.
Ja zresztą też nie chciałam już pracować w szkole po tym, jak zostałam z niej zwolniona.
I co? I nic, pracuję w szkolnictwie znowu, tyle, że gdzie indziej. 

A jeśli chodzi o naszego kota, to ciągle jeszcze w ubranku chodzi, dziura zarasta się bardzo, ale to bardzo powoli ... ale niedawno złapał mysz. Tak, jest to możliwe, żeby kot na sznurku złapał żywą mysz.
Chwycił ją do pyska i spierdzielał do domu, ile sił w łapkach. Chłopu zadzwonił do mnie, że Bonus ma mysz i niesie ją do domu, ja wyleciałam im naprzeciw i w tym momencie ją wypuścił.
Mysz zwiała pod krzaczek róży i nie wiem, co się z nią stało dalej .... może przeżyła ... ale co miałam zrobić? Pozwolić, żeby zaniósł ją do domu i tam mi gdzieś pod szafkami się schowała? Ehhhh .....
Kto by pomyślał - kot domowy, wykastrowany .... ale instynkt to instynkt.

Kwitnące tawuły na jednej z poznańskich ulic. Pięknie wyglądały :)
U nas dzisiaj duchota straszliwa, zapowiadają jakieś burze i deszcze .... za burze dziękujemy, ale o deszcz poprosimy. Bardzo, bardzo, bardzo.

Udanego poniedziałku wszystkim życzę :)

czwartek, 31 maja 2018

Kolejna majówka, wspomnienie poprzedniej

Przeleciał mi ten maj, jak zwariowany. Przecież przed chwilką byliśmy na majówce nad morzem, a tu już koniec miesiąca. I koniec roku szkolnego, bo co to są trzy tygodnie? 
Już zapomniałam, jak to jest pod koniec, kiedy zmęczenie sięga zenitu, a tu trzeba się sprężyć, bo oceny, bo dzienniki, świadectwa ... Te ostatnie mnie w tym roku nie dotyczą, ale dojazdy do pracy to i owszem. Oczywiście, sporo osób dojeżdża, ale co z tego? Ja nie jestem to sporo, tylko jestem ja ;)
Jazda pociągiem nie jest dla mnie jakoś uciążliwa, zawsze można pogapić się w okno, w telefon, czy na współpasażerów ... czasem ktoś znajomy jedzie, to sobie człowiek pogada ...
Ale nie mam nic naprzeciwko, żeby cztery dni odpocząć.
Był, co prawda plan, żeby pojechać nad morze, ale wizja wkurzonego i miaukolącego kota na pokładzie - nie, nie ... a potem jego foch gigant na wszystkich, bo przecież jak to? Skąd te podróże? Przecież niania przychodziła, personel wyjeżdżał, kot zostawał w domu i wszystko pięknie funkcjonowało. 
Wyobraźcie sobie, że i niani się kilka tygodni temu dostało... Bo czasem jest tak, że dzwonię do niej, kiedy z kotem na spacer wychodzę. Chodzimy sobie, gadamy, kotu wykorzystuje sytuację, jak może ;) a zawsze, kiedy ona do nas podchodzi, Bonus z własnej inicjatywy podchodzi do niej i o nogi się ociera ... 
Po naszym powrocie znad morza, niania do nas podchodzi, a kotu udaje, że jej nie widzi :)))))
Skubaniec jeden nasz ;)
Poza tym, kwitną lipy, trzeba wybrać się na zbiór, żeby nie przegapić, jak w zeszłym roku.
Będąc nad morzem, porobiłam mnóstwo zdjęć, jak zawsze i chcę je Wam pokazać. Bo czemu nie? 
Morze zawsze piękne jest :) Szkoda tylko, że tak daleko, tzn.może nie aż TAK daleko, tylko drogi takie sobie, więc podróż trochę trwa.
Miłego oglądania zatem Wam życzę :)



 
Port w Mrzeżynie. Na majówce dzikich tłumów nie było, nie to, co latem.

A teraz będzie morze, morze, morze, widoczki ... dla maniaków ;) Powiększcie sobie :)














Pogoda była świetna, wiało, ale od czego ten wyśmiany parawan? Właśnie od tego, żeby przed wiatrem się osłonić.
Oczywiście, nie zabrakło kąpieli - w wodzie :)))
Najpierw rozgrzewka, a potem chlup :)
Jakie to było fajne :)))) Przyjemne i cudne :))) Lekkie fale, mocne słońce i przyjemnie chłodna woda.
Oczywiście, tak naprawdę, to była pieruńsko zimna, może miała jakieś 8-9 stopni i gdyby nie buty z pianki, nigdy bym do niej nie weszła, bo stopy odpadłyby mi po kilku minutach.

A to nie koniec zdjęć:




W tej muszli było trochę wody, taki basen kąpielowy dla jakichś małych stworzonek ;)

I jeszcze kilka ujęć na koniec:







Ostatnie zdjęcie to taki widoczek na pożegnanie z morzem.
Na jak długo? Może kilka miesięcy, albo tygodni?
Zobaczymy, bo nie wiadomo w tym roku, jak to z urlopem Chłopa mego będzie, ponieważ zawodowo są zawirowania ;)
W poniedziałek okaże się, co z tego wyjdzie.
A pogodowo - upał.

Trzymajcie się ciepło, albo chłodno - co kto woli :)