wtorek, 29 kwietnia 2014

Taki tam sobie poniedziałek, a wtorek całkiem zwyczajny

Dość długo nie pisałam, Emka wyliczyła, że 10 dni :) A jakoś tak mi ciężko było się zebrać do wymodzenia  postu.
Niedawno doniosłam o wielkanocnych zajączkach, Wielkanoc minęła szybko i w rozjazdach, mąż jakoś ją kulinarnie przeżył, kilogramów mu kilka przybyło, ale to akurat nie przeszkadza.
Ten tydzień zaczął się tak sobie. Poniedziałek ponury, zanosiło się deszcz i burzę z piorunami, zakończyło się słońcem. 
I uporządkowaniem połowy szafy. Jakoś ją odemknęłam, przeganiając odkurzaczem paskudne krasnoludki, zrobiło się trochę więcej miejsca i porządku. Teraz czas na drugą połowę. Dzisiaj już jakoś nie wyrobiłam, może jutro.
Majówkę spędzimy na sportowo. 1 maja jest w Poznaniu impreza biegowo - kijkowa, na którą się zapisaliśmy - 5 km z kijkami, bratanek będzie biegał - 5 km, znajomi również ruszą nordikowo. W zeszłym roku też uczestniczyliśmy, było fajnie.
3 maja natomiast, w moim mieście szykuje się rajd rowerowy. Edycja - kolejna, mocno zaawansowana, bo chyba siedemnasta, co na rajdy rowerowe jest niezłym osiągnięciem. Też się zapisaliśmy. Do przejechania jest kilkanaście kilometrów, każdy uczestnik dostaje plecak - potem w pociągu można poznać kto "nasz" ;)
A w sobotę była u nas impreza biegowa, dystanse na 5 i 10 km. Tym razem tylko kibicowaliśmy bratu i bratankowi. Mam nadzieję, że w przyszłym roku pobiegniemy :)

Trochę siedliśmy kondycyjnie oboje, ale trzeba mieć cel i powoli ją poprawiać.

Na wielu blogach wiosenne zdjęcia, a to tulipany, a to jabłonie, czy inne bzy, nie mogę być gorsza. Postanowiłam wystąpić 
z kwieciem jabłoni i mleczykami:






Zdjęcia zrobiłam na mojej dawnej ulicy. Ten budynek z tyłu należał kiedyś do Poczty Polskiej, mieszkała tam rodzina pracowników. To był bardzo ważny strategicznie obiekt.
Niestety, w tej chwili nikogo tam nie ma, niszczeje tylko. Szkoda go i tego pięknego ogrodu przy nim.

Miłego wieczoru wszystkim życzę :)

sobota, 19 kwietnia 2014

Wielkanocne zajączki

Wybrałam się z moim chłopem do naszego lasu na kijki. Dzisiaj po południu. Cudnie było, bo pogoda robiła, co mogła, a las zachwycał upojnymi zapachami, świergotem ptaków i szumem sosen. Niesamowity spacer to był.
Żeby było jeszcze bardziej niesamowicie, to w pewnym momencie z lasu na ścieżkę wyskoczyły dwa zające!! W życiu czegoś takiego nie widziałam. Na początku myśleliśmy, że to parka w miłosnym uścisku, czy raczej zapasach, ale potem wyglądało nam to na bójkę dwóch samców. Tłukli się zapamiętale, nie zwracając uwagi na otoczenie, biegając raz między drzewami, raz na ścieżce. Po minucie, czy dwóch, zauważyli nas, zastygli na chwilę i zniknęli gdzieś tam. Piękne to było, naprawdę :)
Udało się mi zrobić jedno w miarę dobre zdjęcie.

Ale to nie wszystko. Uszliśmy kawałek i następna dwójka wybiegła z lasu na ścieżkę. Jedne pognał, ile sił w łapkach przed siebie, a drugi kicał sobie kilkadziesiąt metrów przed nami, zanim skręcił w las. Cóż, Wielkanoc, to i zające się pokazały ;)
Widzieliśmy również króla naszych lasów, czyli sporego jelenia, który chciał przejść przez drogę, ale zrezygnował i sójki.

Niesamowite to było, mówię Wam :)

W takich zaroślach kryją się różne stworzenia i goniły się te dwa samce.


Zastygły na chwilę nieruchomo i zwiały ....

czwartek, 17 kwietnia 2014

Są jaja na święta

Kolejny tydzień minął od poprzedniego mojego wpisu, znów nie wiem, gdzie i kiedy. Ale jakoś mało udany był, więc żałować go nie będę. Męczący, aczkolwiek sama dla siebie jestem tym męczycielem - męczycielką, nie mogąc poradzić sobie z siedzącym we mnie stresem, niczym dwoje na huśtawce, raz fajnie, a za chwilę już nie.
Nic to, będziemy stresa przeganiać. We wtorek przyjechała do nas paczka od Olgi z zamówionymi jajkami od zielononóżek. Mają wiele zdrowotnych właściwości, więc dla takich rekonwalescentów jak ja i mój chłop - każdy z innego powodu, będą w sam raz, te jajka.
Oto część z nich:

 Wbrew pozorom, jajka zielononóżek są białe, a te zielone po lewej pochodzą od innych kurek - araukanów. 

W paczce znalazłam mnóstwo pachnącego siana, którym Ola wyścieliła karton. Trochę sianka włożyłam sobie do poduszki, pachnie, ale nie mocno, bo co za dużo, to niezdrowo ;) a resztę zamierzam wykorzystać do kąpieli, które mają mieć dobroczynny wpływ na m.in. dolegliwości reumatyczne ( nie mam), skórne, bóle stawów ( też ich nie mam), oraz uspokajać skołatane nerwy - to tak, jakby dla mnie ......


W paczce, oprócz listu Oli, znalazłam jeszcze to:


Nostalgiczne zdjęcie, zrobione przez Olę - w rzeczywistości wygląda dużo, dużo ładniej i ziółka: lipę i dziurawiec. Obydwa - jak znalazł, pomocne w momencie ulegnięcia świątecznemu obżarstwu. Dziurawiec ma też właściwości antydepresyjne, ale chyba tylko jego wyciągi, natomiast napary już niekoniecznie - tak się przynajmniej doczytałam, aczkolwiek w zdrowym ciele, zdrowy duch, więc wniosek nasuwa się sam.

Olu - dziękuję Ci, publicznie teraz, raz jeszcze :))

A dzisiaj byliśmy w Poznaniu u pewnego profesora - specjalisty od ludzkich flaczków, żeby sobie chłopa obejrzał, poczytał jego wypisy ze szpitala, może coś więcej powiedział na temat przyczyny choroby ... w każdym razie mąż wyszedł z gabinetu radosny, profesor ściągnął mu ostatnie dwa szwy, więc chłop nie musi iść jutro do szpitala i czekać, aż ktoś łaskawie się nim zajmie, zezwolił na delikatne uprawianie sportu .....

W każdym razie, gdybyście potrzebowali specjalisty z tej dziedziny, to dajcie znać, tego człowieka mogę z czystym sumieniem polecić, nie tylko po tej dzisiejszej wizycie. Moją bratową spod łopaty wyciągnął ponad 10 lat temu, ona skierowała do niego wiele osób, które powoli umierały, bo nikt nie umiał postawić im dobrej diagnozy, a on stawiał ich na nogi. 
Nie będę się tutaj rozpisywać na temat chorób przewodu pokarmowego, dodam tylko, że gdy przychodzi zaostrzenie, czyli biegunki, które trwają i trwają, mogą doprowadzić do kompletnego wycieńczenia organizmu. 

Jeśli chodzi o świąteczne szaleństwo, to ja mu nie uległam, bo to bez sensu raz, a dwa i tak mi się nie chciało. Kuchenne sprawy załatwi mąż i mama - ja jestem pomagaczką i ta rola w zupełności mi wystarcza. A na sprzątanie przyjdzie czas, jak się mi zachce. Na razie mam porządek na balkonie, wyrzuconą część niepotrzebnych płyt, reszta po wierzchu ogarnięta i też wystarczy.

UDANYCH ŚWIĄT WAM WSZYSTKIM ŻYCZĘ :)


czwartek, 10 kwietnia 2014

Post z lekka jeszcze monotematyczny, ale też i chwaląco się - dziękczynny

Post monotematyczny, bo jeszcze będzie trochę o chłopie moim. Poprzedni wpis zakończyłam krwiożerczo, w komentarzach rozwinęłam nie co temat wypisu chłopa do domu, ale trochę się powtórzę.
A dlaczego post chwaląco się - dziękczynny? Bo będę chwalić, się również i dziękować.

Mąż wyszedł w końcu z tego szpitala, w poniedziałek. Czyli równo po trzytygodniowym pobycie tamże. Spokojnie mogli wypisać go w czwartek/piątek, ale po co? Niech będzie do równego, bo za każdy dzień pobytu nfz szpitalowi płaci. A, że pacjent ma dosyć pobytu, to mało ważne doprawdy.
Dużo by o tym pisać ...... nie chce mi się więcej tracić energii na te gnidy dwie, czyli ordynatora i jego szarą eminencję alias "kłamczuszka" i "dłubacza".

Po powrocie do domu, mąż wszedł od razu na wagę. To, że schudł sporo, było widać, bo niektóre portki od piżamy i dżinsy, które mu na wyjście przywiozłam, paska zapomniawszy, musiał trzymać w garści, żeby mu nie zjechały swobodnie w dół, ale takiego wyniku ważenia, to się nie spodziewał. W ciągu miesiąca ok.12 kg mniej. Wygląda na zabiedzonego, ale nadrobi to już niedługo, może niekoniecznie wszystkie utracone kilogramy, ale tyle, żeby czuł się z nimi dobrze. Obrączki też nie nosi, bo 
z paluszka zlatywuje ;)
 
To tak się tydzień rozpoczął.

A teraz część druga. Wzięłam udział w tymiankowej akcji u Hany i Miki, wśród wielu fajnych rzeczy, które się mi podobały, wybrałam jedną, która to przyleciała do mnie we wtorek? - jakoś tak ;) od Klaudii - Złotego Kota.
Dla urozmaicenia czytania - kilka zdjęć:


Mała, zgrabna paczuszka, po otwarciu której znalazłam to:


:)) suszarki nie zamawiałam, co prawda, ale co tam ;))
Rozpakowujmy dalej:

 Jedna warstwa

 Druga warstwa

I jest! Pomysłowy igielniczek na dekielku od słoika:


Nic się nie stłukło, nie pękło, igielniczek może spełniać swoją rolę :)
I jeszcze wizytówka Klaudii:

 

Dziękuję Ci za przesyłkę :))

Wczoraj, natomiast, po południu, znalazłam w skrzynce awizo z informacją o paczce dla mnie. O ile igielnika się spodziewałam, to tej przesyłki już nie. Podejrzewałam Olę ;), ale nie do końca, bo dałaby znać, że coś wysłała.
No nic, trzeba było poczekać do dzisiejszego popołudnia. Dotarłam w końcu na pocztę, podpisuję odbiór, zerkam na nadawcę, 
a tam ........ Orszulka :))))
To ci niespodzianka :) Tego się nie spodziewałam :) Jeszcze szybkie zakupy w pobliskim sklepie - przedpołudnie strasznie "rozlatane" było i do domu. Otworzyć i ucieszyć się zawartością.

Dokumentacja fotograficzna musiała być.

Karton miał na wierzchu adnotację "ostrożnie":



Zrobiło się ciekawie :)
A potem było jeszcze ciekawiej:

 W kopercie była piękna kartka wielkanocna z życzeniami i kilka miłych słów od Orszulki


Sporo pracy włożyła Orszulka, by to wszystko tak dokładnie zapakować :)
Po odwinięciu serwetek ukazały się te słodkie kubeczki, żebyśmy mieli w czym pić podarowaną herbatę:



Możemy zaszaleć w kuchni z prawdziwą wanilią :)) Dawno nie jadłam potrawy z tą przyprawą (?), a mąż uwielbia gorzką czekoladę:


 Obrus w jednym z moich ulubionych kolorów i pasująca doń kartka świąteczna:


Nawłociowego miodu jeszcze nie jedliśmy. Ma mocny smak, słodki, bo miód, ale jednocześnie gorzkawy, trochę mi wrzosowy przypomina:


W każdym razie mi smakuje, zresztą lubię wszystkie miody, te płynne też ;)

Orszulko, napisałam Ci już co nieco w mailu, a tu na blogu jeszcze raz bardzo dziękuję Ci za Twoją niespodziankę :)
Bo to była zupełnie niespodziewana niespodzianka, która ścisnęła wzruszeniem gardło moje :)

Miłej reszty dnia Wam życzę :)

P.S. Mąż zaczął kisielki gotować, pomysł podsunęła Katarzyna w komentarzu pod poprzednim postem, ale nie takie z paczki, tylko domowe. Pyszne są :) Z owocami. Gdyby takie robili mi w dzieciństwie, to bym na nie nie wybrzydzała ;)
Te kupne mogą się schować, a domowe robi się chwilkę dłużej niż paczkowe.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Powroty

Ostatnie dni wypruły ze mnie chyba wszystkie siły, aż dziw, że tyle ich miałam i na tak długo wystarczyły. 
W każdym razie, wczoraj wcześniej troszkę wróciłam ze szpitala i stwierdziłam, że czas wrócić do treningów, ruszyć tyłek, wzmocnić powoli nadwątloną mocno kondycję. Tym razem nie zabierałam kijków, tylko zrobiłam sobie mały marszobieg 
z przewagą marszu, po mojej starej trasie, czyli 6 km. Pamiętając o przestrodze, której udzieliła mi kiedyś Kretowata 
( po miękkim!), tam gdzie było miękko pozwoliłam sobie na wolniutki truchcik, a na chodnikach - szybki marsz.
Pogoda była bardzo ładna, słońce pięknie zachodziło, zrobiłam więc kilka zdjęć komórką, w moim ulubionym miejscu, czyli na torach ;) albo przy nich. I przy mirabelkach, których trochę rośnie przy asfaltowej drodze o bardzo lokalnym znaczeniu.

Najpierw magnolia, obok której codziennie przechodzę lub przejeżdżam.



Po prawej są tory kolejowe:








Widzicie pajączka na gałęzi?





Na mirabelce, mimo późnej pory, praca trwała najlepsze. Chwilę trwało, zanim zlokalizowałam źródło dźwięku i sprawców osypywania się płatków. Były to sporawe trzmiele. Nie udało się mi ich uchwycić ładnie, ale nie nalegałam na pozowanie, nic na siłę, albowiem.

Chłopa w końcu wypisują ze szpitala. Po trzech tygodniach, bitych i równych. Mógł spokojnie wyjść w czwartek, ale nie. Brak mi po prostu słów na tych starych pierdzieli, rządzących chirurgią, jak własnym folwarkiem. Nie będę na razie tego tematu rozwijała, musi się mi uleżeć. 
Gdyby dzisiaj go nie wypisali, to planowałam akcję odbicia go stamtąd, bo już z tej desperacji różne myśli przychodziły mi do głowy. Za jakąś godzinę jadę po niego.
Zastanawiam się, co zrobić, by dojść do równowagi psychicznej. Spa, psycholog, fryzjer, kosmetyczka i zabiegi na twarz, masaż rehabilitacyjny na kręgosłup?
Bo płacz tylko czeka, aż go uwolnię, zbiera się cały weekend.
Chłop mój też musi coś w głowie przerobić, ja również, to powyższe to tylko środki pomocnicze, doskonale o tym wiem.
Aż mi się nie chce tam już jechać. Niedajbuk spotkam na korytarzu tego palanta ordynatora, tudzież jego szarą eminencję 
i gębę obiję? Do dupy nakopię, albo z przodu w golenie wyceluję? Bo jaj to oni już dawno nie mają, więc nie ma się co wysilać 
i tak wysoko nogi podnosić.
Albo tylko wzrokiem zabiję. Na razie wystarczy.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Post chowający marcowe wpisy

Nie chce mi się już patrzeć na marcowe tytuły wpisów, więc daję ten pierwszokwietniowy, żeby tamte się schowały.
Kwiecień - plecień przywitał nas słońcem, ale i chłodem. Skoczyłam sobie na rower bez rękawiczek, pojechałam do męża, potem w planach była praca, ale pomiędzy wróciłam do domu, żeby zostawić rower i wziąć rękawiczki. Takie to już mam delikatne łapki ;)
Chłop jeszcze w szpitalu, ale mam nadzieję, że jutro-pojutrze go w końcu wypiszą, bo już dostaje tam pierdolca z lekka. Trudno się mu dziwić, zresztą i tak był bardzo cierpliwy przez ten cały czas. Faceci bardzo dziwnie zachowują się w takim miejscu, jako pacjenci. Dzisiaj dokwaterowali mojemu, starszego pana z jakimiś tam bólami. Wyleżeć pod kroplówką nie mógł, ciągle się podnosił, zaglądał, czy kapie, a potem wchodził i wychodził z pokoju co chwilę. Podobnie miał jego poprzednik. Ehhh, szkoda gadać.

Z przyjemniejszych rzeczy - magnolia, którą mijam zazwyczaj idąc do miasta, zakwitła :)) Rośnie od wschodu, więc tym bardziej fajnie, że pokazała się w swej najpiękniejszej odsłonie. Może jutro zrobię jej zdjęcie - stoi na prywatnej posesji, ale może jakoś się mi uda ;)

Znikam do spania, padnięta dzisiaj jestem straszliwie.
Miłych i spokojnych snów wszystkim życzę :)

To ja się pożegnam

Coraz mniej mnie na blogach od jakiegoś czasu. Nie mam ani pomysłów, ani sił i chęci do pisania nowych postów. W dodatku przyplątały się ...