środa, 31 grudnia 2014

Sylwestrowo

I tak dobiegł końca ten rok. Nie był łatwy dla mnie, bo to kolejny rok braku stabilizacji zawodowej i problemów zdrowotnych mojego męża, a pod koniec i moich - mniejszego kalibru, oczywiście, ale zawsze mało to przyjemna sytuacja.
Z dobrych wydarzeń to były nasze liczne starty w zawodach, pierwsze "pudła", letnia wycieczka, chrzciny w sobotę i wiele innych wydarzeń, które się zadziały, a trochę pamięci umknęły.
Dzisiejszy dzień spędzimy na wyjeździe. Mąż wynalazł bieg sylwestrowy niecałe 100 km od nas, a przy okazji bal sylwestrowy, na który się zapisaliśmy. Nikogo tam nie znamy, miejscowości, do której jedziemy też nie. Sama jestem ciekawa, jak będzie.
W każdym razie:

Życzę Wam udanego Sylwestra, cokolwiek będziecie robić i gdziekolwiek będziecie go spędzać, a w nowym roku wielu dobrych wydarzeń, by ten był dla każdego udany :)
Wszystkiego najlepszego :)))

piątek, 26 grudnia 2014

Poświąteczne spalanie kalorii

Poświąteczne, bo rzecz miała miejsce dzisiaj, w południe niemalże, więc to już tak prawie po świętach.
Po dwóch dnia deszczu i wichru, dzisiejszy dzień zrobił nam niespodziankę, gdyż wstał słoneczny, acz mroźny, roztaczając widoki zaśnieżonych dachów i przednich szyb samochodowych na parkingu. Jeszcze trochę śniegu było na trawnikach ;)
Postanowiliśmy zatem podjechać sobie do lasu i przejść się z kijkami naszą trasą, a przy okazji zrobić kilka zdjęć.
Dobrze, że nie musieliśmy się nigdzie spieszyć, ponieważ dłuższą chwilę zajęło nam odkuwanie samochodu, w celu przygotowania go do jazdy,w której to czynności, łączyliśmy się z sąsiadami, mającymi dokładnie ten sam problem. Jakby nie było, nasze samochody stały tej nocy obok siebie ;) Najgorzej wyglądała przednia szyba - jakby nie było bardzo istotny element, gdyż jazda z nią zasłoniętą warstwą lodu i śniegu stwarzałaby poważne zagrożenie dla innych uczestników ruchu drogowego 
i dla nas samych ofkors.
Później to już sama przyjemność ... pod lasem stało sporo pojazdów takich napaleńców nam podobnych ... 
A w lesie:











Świąteczne dni się kończą. Jedni się z tego cieszą, bo wraca się do normalności, cokolwiek to ma oznaczać, a inni wręcz przeciwnie. Moje były średnio udane. Niestety nie wszystko da się przewidzieć i nie wszystko od nas tylko zależy, bo nie odpowiadamy do końca za zachowanie innych osób. Nie będę jednakże międliła w sobie bez końca tego rozczarowania 
( nie dotyczy Chłopa - na szczęście), może uda się mi wyciągnąć z tego jakieś wnioski i jakoś to przerobić. W coś innego.
Mam nadzieję, że Wasze świętowanie było bardziej udane niż moje.
Jutro natomiast jedziemy na chrzciny. Tak. Dobrze napisałam. My jedziemy na chrzciny i co lepsze, małżonek mój wystąpi tam 
w roli ojca chrzestnego. Najlepsze jest to, że się tego absolutnie i kompletnie nie spodziewaliśmy. Nic, a nic. Bo rodzice dziecka mają bliższą rodzinę, w sensie nawet rodzeństwa i najbliższego kuzynostwa ale coś/ktoś (??) podpowiedział/o im kandydaturę mojego męża. To naprawdę jest niesamowite i dlatego Chłop się zgodził. Tyle napiszę, bez zagłębiania się w osobiste szczegóły. 
W każdym razie, mąż  jest dla Małej jakby ciotecznym, czy wujecznym dziadkiem, gdyż jej babcia to najbliższa mężowska kuzynka. Ona też była zdziwiona jego kandydaturą ;)
Cóż, życie niesie czasem wiele niespodzianek, oby więcej miłych było, bo odnoszę czasem wrażenie, że limit takowych już wyczerpałam. Tylko kiedy, ciekawe.

Przyjemności na zakończenie świąt życzę wszystkim :)

wtorek, 23 grudnia 2014

Zaburzenia komunikacyjne i życzenia świąteczne

Wybrałam się wczoraj służbowo do miasta wojewódzkiego, leżącego w środku Polski mniej więcej. Wysłano mię tam na pewne szkolenie, po którym będę miała dodatkowe uprawnienia, pozwalające na egzaminowanie nieszczęśników, pragnących uzyskać dyplom językowy ;) Za dużo ich pewnie nie będzie, ale zapotrzebowanie jest, firma delegowała i zapłaciła, więc cóż było robić. Pojechałam. Do Łodzi jechałam bez przesiadek, wsiadając do TLK  w moim mieście i to skoro świt, zmuszona do wstania jeszcze wcześniej. I mimo to, spóźniłam się na to szkolenie haniebnie, bo pociąg załapał prawie pół godzinne opóźnienie i to przed samą Łodzią. Do tego musiałam jeszcze kawał drogi dojechać dwoma tramwajami - też im się nie spieszyło, w końcu padał deszcz 
i było szaro oraz ponuro, błoto chlapało na wszystkie strony, psa by nie wygonił na dwór, bo koty same wyłażą, a co dopiero wykrzesać z siebie dużo radosnej energii do jazdy ....
Potem jeszcze krążenie po zabudowaniach uniwerku i wreszcie - hurra, jesteśmy na miejscu :) Jesteśmy, bom z koleżanką jechała, po drodze się dosiadła.
Szkolenie, jak szkolenie - przeszło, minęło, papiórki podpisane i cóż się okazuje? Że trzecia "koleżanka", która do Uć przyjechała autem w niedzielę, ma nagle inne plany i niestety nie możemy z nią wracać do domu. Ma prawo, tylko dlaczego nas o tym nie poinformowała, chcąc cichaczem umknąć przed nami dwiema? No, ale nie mierzmy wszystkich ludzików swoją miarą.
Szybki telefon do Chłopa i na półtorej godziny możemy wsiąść w TLK na dworcu Uć Kaliska, przesiąść się po drodze w IR i już jesteśmy w domu :) Tylko musimy w miarę sprawnie przemieścić się na ów dworzec, nie mając kupionych biletów na powrót i nie orientując się do końca, jak te tramwaje jeżdżą. Logiczne, wracamy tymi samymi, którymi przyjechałyśmy, aczkolwiek, gdyby nie moje natchnienie na jednym z przystanków, wsiadłybyśmy wew dwunastkę jadącą w odwrotną stronę. Na naszą trzeba było przejść na drugą stronę. Tak do końca tego cudu nie rozpracowałam, bo było ciemno i strasznie padało, ważne, że jakaś dobra dusza była w temacie i nas dobrze pokierowała.
Podróż trwała prawie 50 minut. Myślałam, że nigdy się nie skończy, naprawdę. I, że nigdy stąd nie wyjadę, bo ten tramwaj nigdy do celu nie dotrze. Na ulicach potworny tłok. Raz, że remonty, dwa pora popołudniowa, a czy - świąteczne zakupy. Tramwaj głównie stał, poruszając się z rzadka do przodu, wszędzie ciemno, zachlapane szyby, obce widoki ..... dobrze, że tłoku w nim nie było. Dopiero później coś kazało odwrócić się mi w lewą stronę, a tam znana mi cerkiew. Hurra - Fabryczny :) Wiem, gdzie jestem :) Nieważne, że na Kaliski jeszcze przystanków od pierdyliona.
W końcu dojechałyśmy, znalazłyśmy wejście na dworzec, co nie jest w tej chwili takie oczywiste, zdołałyśmy przejść skomplikowaną procedurę kupowania biletów, nawet coś do jedzenia zdążyłyśmy kupić i w oszałamiającym tempie prawie dwóch godzin, pokonałyśmy te 70 km ( bo pociąg nadrobił opóźnienie;)), gdzie miałyśmy przesiadkę, czekając kilka chwil na spóźniony IR, który dowiózł nas na miejsce. Ten przynajmniej był ciepły i czysty. Jeszcze tylko chwila niepewności, czy drzwi otworzą się na mojej stacji - na poprzednich się otwierały, a u nas miały chwilę zawahania i już byłam w domu. Tzn. Chłop po mnie wyjechał ;)
Męczące, prawda? Kto doczytał jest miszcz :)

Dzisiejszy dzień przeleciał mi na prawie nicnierobieniu, niemoc mnie jakaś opanowała i nawet choinki nie chciało się mi ubierać, ani prezentów popakować. Rano tylko mamie w kuchni pomogłam przy pierogach, u siebie wstawiłam zmywarkę, bo pełno garów było po Chłopa realizacjach kuchennych i tyle. A, no i blogowe zaległości nadrobiłam. Chociaż wieczór jeszcze długi.

Przeczytałam na Waszych blogach wiele pięknych życzeń. Moje może nie będą takie wspaniałe, ale spróbuję:

Zdrowych i radosnych Świąt Wam życzę :) 
A, jeśli Wam do radości daleko, to chociaż niech będą spokojne. 
Bez codziennej gonitwy i zmęczenia.
Wszystkiego, co najlepsze ♥♥♥

niedziela, 21 grudnia 2014

Śmieszne? Chyba nie do końca.

Ostatnio w internecie można zobaczyć filmiki nakręcone w Lidlu i ludzi walczących o 100 gram karpia za 99 groszy. Jednych to śmieszy, innych oburza, a części społeczeństwa jest to obojętne, być może.
Znalazłam dzisiaj coś innego. Ktoś zrobił mix jakiegoś katastroficznego filmu amerykańskiego zapewne ( Chłop mówi, że to 
o jakiejś zarazie, która dziesiątkowała ludzi) i marketowych scenek.
Filmik jest, moim zdaniem fajnie zrobiony. Obejrzyjcie sobie zresztą, jeśli tego nie widzieliście jeszcze.


Chciałam się tylko odnieść do komentarzy na temat biedy wśród emerytów i zmuszonych przez to do walki w markecie o kawałek ochłapu w promocji.
Absolutnie nie neguję tego, że większość emerytów musi naprawdę dobrze groszem gospodarować, żeby wyżyć. Bo emerytury są, jakie są, o rentach nie wspomnę. To fakt. Ale - bez przesady z tą walką o przecenione kawałki karpia na ten przykład. Coś 
w wielu ludziach drzemie, żeby pozwalać sobie na takie wściekłe zachowania. Jakich atawizmy po zwierzęcych przodkach, jeśli ich mieliśmy, tudzież po minionych epokach, kiedy wszystko niemalże trzeba było wystać w kolejkach i co sprytniejsze jednostki potrafiły się wkręcić jak najbliżej lady, tratując po drodze swojego bliźniego, którego ma się niby kochać, jak siebie samego - czujecie ten paradoks?
Taka sytuacja, sprzed dwóch tygodni raptem. Byłam na zawodach kijkowych i niestety marketowe zachowanie w wykonaniu starych bab ( nie każda starsza ode mnie kobieta,, to stara baba, żeby była jasność) zaobserwowałam i tam, chociaż nic za darmo nie rozdawali. Tłok przy zapisach, wpychanie się do kolejki, bo ona tam stała ...... aż jednej opierdol w moim wykonaniu zebrał - nie jestem z tego dumna, oj nie .... a co działo się podczas wpuszczania na start??? Wyraźnie było powiedziane, że najpierw od najmłodszych facetów na dychę, potem kobiety, potem od najmłodszych facetów na piątkę i kobiety, znów od najmłodszych roczników. Logiczne, prawda? Każdy ma poza tym czip, który pika dopiero w momencie przekroczenia linii startu, więc każdemu czas się mierzy indywidualnie. I co się dzieje? Stare babsztyle jako pierwsze stanęły przy wejściu na start, bo przecież dla nich zabraknie .... tylko kurna czego?? Trasę zwiną, albo specjalnie dla nich wydłużą? Za bardzo wydepczą i ciężko będzie iść?? 
No właśnie. Dlatego tego typu komentarze do mnie nie przemawiają, ludzie to paskudne hieny, jeden drugiego za kawałek mięcha jest w stanie zatłuc, a przynajmniej obić i stratować. Dla takich sierot i nieudaczników jak ja nie ma miejsca i z głodu bym padła, jakbym walczyć o żarcie miała. A tak - trochę mnie w dołku poboli, USG sobie za to mogę zrobić i inne badania i już.
Muszę zgłębić dokładniej lekturę o dzikich, jadalnych roślinach Polski. Może się kiedyś przyda. I "Porwanie doni Agaty" jeszcze raz przeczytać. Ona w każdym widziała dobrego człowieka.

Dzisiaj najkrótszy dzień w roku. Co to dla mnie oznacza? Że dnia zacznie wkrótce przybywać i już niedługo wiosna :)))) Chociaż widoki za oknem w niczym zimy nie przypominają.

Miłej niedzieli wszystkim :)

sobota, 20 grudnia 2014

Który najładniejszy?

Wybraliśmy się z Chłopem mym dzisiaj do Poznania, w celu wystartowania w zawodach biegowych. Już w sumie wczoraj nawiedziła mię osobiście niechęć i niemoc jakowaś, którą to niemocą i niechęcią podzieliłam się z Chłopem mym nieopatrznie wczorajszym wieczorem. I się zaczęło! To jemu też się nie chce i nie jedziemy w ogóle. Zobaczymy rano. Pojedziemy rano tylko do Shitty - jak to Kretowata określiła była galerię, do której doczepiony jest poznański dworzec kolejowy.
Koniec końców pojechaliśmy przygotowani na zawody. Wychodzimy z dworca - 11 nam zwiało. No nic, wsiadamy w piątkę, na Moście Teatralnym złapiemy 9. Dojeżdżamy do Teatralnego, a dziewiątka nam sprzed nosa spier .... odjeżdża. Czekamy na jedenastkę. Czekamy. Czekamy. Chłop zaczął się z zimna trząść - co było bardzo dziwnym objawem, bo to mi jest zawsze zimno, a nie jemu.
Czekamy i dyskutujemy. W końcu decyzja zapadła. Jedziemy z powrotem na dworzec, do kilku sklepów, skoro już przyjechaliśmy i do domu. A wcześniej na jakąś herbatę lub kawę, żeby mąż się rozgrzał. 
Tak to się przejechaliśmy tramwajami niskopodłogowymi w te i nazad ;)
Za to na dworcu ..... takiego pociągu jeszcze nie widziałam. Kolei Lubuskich :) Zdjęcia nie są rewelacyjnej jakości, bo nie było za bardzo warunków na ich robienie, ale chociaż coś. Który zatem najładniejszy?






Ten lubuski ma fajny pyszczek i oczy - takie radosne :) Stara klamotów na przedostatnim zdjęciu daje radę ;) a ostatni - to nasz. Szkoda tylko, że tych spółek, spółeczek tyle się potworzyło ... Szkoda, że stary dworzec w Poznaniu został zamknięty, a to, co wybudowano w zamian jest po prostu żenadą. Nic na to jednak nie poradzimy.
Dzisiaj u nas wieje straszliwie, ciemno już na dworze, ale już niedługo - wiosna ;)

A to zdjęcie zrobiłam kilka dni temu na moim przejeździe. Dla Was :)


czwartek, 18 grudnia 2014

Niczym wzorzec z Sevres

Wstałam dzisiaj skoro świt, żeby udać się na USG, pierwsze w życiu mym zresztą. Weszłam do poczekalni, pustej o dziwo, za mną przyszły dwie kobiety, jakby matka z córką. Starsza zmierzyła mnie złym wzrokiem, jakbym jej pół rodziny wybiła i spytała skrzekliwie: A pani to na którą ma? 
- A na 8.15 - odpowiedziałam zaczepnie, wiedząc, że wszyscy tak na skierowaniu mają wpisane. W końcu tłumów wielkich tam nie ma.
Na to młodsza się odezwała łagodnie, że każdy ma tę godzinę. Otóż to właśnie. Starsza pani zdenerwowała się pewnie tym, że ktoś jest przed nią w kolejce. No cóż, los tak kroki me pokierował ;)
Zaraz za nami zrobiła się mała kolejeczka, ale bez przesady. Badania te nie trwają nie wiadomo ile, w końcu.
W każdym razie, pan doktor nie znalazł NIC. Ani najmniejszego kamyszka w woreczku, nerce, czy gdziekolwiek. I dobrze.
Po drodze wstąpiłam do przychodni, żeby spytać o wyniki krwi. Wręczono mi kartkę, a na niej wyniki modelowe wręcz. A robione miałam np. cholesterole, próby wątrobowe, nawet hormony tarczycy. 
Czyli najprawdopodobniej, bóle te wyniknęły z nerwów to raz, dwa w zeszłą sobotę byliśmy na zawodach, na których mogło mnie przewiać, bo suchsze ciuchy przebrałam po przejechaniu pół Poznania, trzy - długotrwałe siedzenie przy komputrze też dobre nie jest i tak się uzbierało. 
Łyknęłam kilka tabletek, przepisanych przez panią doktor rodzinną, tak jakby przeszło z lekka, zobaczymy, co będzie dalej. 
Miłego dnia wszystkim życzę :)

wtorek, 16 grudnia 2014

Wędrując ...

Będąc w sobotę obok mojego przejazdu kolejowego, zauważyłam niecodzienny już na naszej trasie pociąg. Zrobiłam mu fotkę, rzecz jasna, on na mnie zatrąbił i tak każde z nas udało się w swoją stronę.


Domyśliłam się, że pociąg jedzie do Poznania, zapomniałam go jednak sprawdzić. Dopiero dzisiaj, spotkaliśmy się po raz drugi:


Okazało się, że robi kurs z Poznania do Warszawy, jako InterRegio, czyli pospieszny Przewozów Regionalnych, powoli dogorywających chyba już, niestety.
Zrobiłam jeszcze jedno zdjęcie - to chyba jakiś ekspres, spółki Intercity tym razem. Przeleciał niczym przeciąg:


Te pociągi ......

Dzisiaj przed południem, wybrałam się w odwiedziny do naszej pani doktor rodzinnej. Ile się przedtem nadenerwowałam, to szkoda gadać. Zmogło i mnie również, jakieś bóle, które mogą być nerwobólami, ale także mogą promieniować od wątroby, czy woreczka żółciowego, albo niewiadomoco. Pani doktor optuje za tym pierwszym, dała mi pierdylion skierowań, z czego dzisiaj załatwiłam EKG, które niczego niepokojącego nie wykazało. Jutro robię podejście do laboratorium, bo trzeba być na czczo, a w czwartek USG. No cóż, w życiu nie miałam USG robionego, jak również takich badań, jakie zaznaczyła na kartce dla laboratorium. W końcu kiedyś musiał być ten pierwszy raz.
Mam oczywiście swoją teorię, skąd te bóle. Kilkuletni stres i co z tego, że próbuję te sprawy jakoś ogarnąć, mając wrażenie, że nad nimi chwilami panuję. Podświadomość widocznie stwierdziła, że skoro tamte poprzednie lata należały pod względem różnych chorób i dolegliwości do rodziny, to teraz kurna ona wystąpi. Staram się jej wytłumaczyć, że niekoniecznie musi mieć rację, ale ciężko ją przekonać. Zobaczymy.
Stąd też nie chce mi się nic robić. Może się zmieni jutro, pojutrze ...
Tak jakoś się mi smętnie zrobiło i napisało, ale po pierwsze od czego mam bloga, a po drugie nie samym szczęściem i radością człowiek żyje, bo tu jest Ziemia i trójwymiar, a nie jakiś Wyraj, czy inna kraina szczęśliwości ;)

Czymcie się zdrowo.

wtorek, 9 grudnia 2014

Doczekałam się portretu własnego, Haninymi ręcami narysowanego :)

Wczoraj na dobranoc weszłam do Pastelowego Kurnika, a tam paczę - nowy portret kolejnej Kury, a ta Kura to nikt inny, tylko ja :)) Jako, że Hana jest niesamowitą obserwatorką, to w swoim rysunku ujęła wszystko, co najważniejsze: kijki, Pendolino, torebusię i jabłuszka. A do tego cała masa szczegółów, które odkrywa się po dokładnym obejrzeniu dzieła :)
Bardzo się mi podoba, do tego ta stylizacja ...... takowej nie noszę za bardzo, a już "na kijki" fcale, nic nie szkodzi. Zawsze mogę ją sobie stworzyć i na blogasku jakiś ołtfit zaprezentować, niczym wytrawna blogerka modowa :)

Dziękuję, Hanuś :))) ♥♥♥♥♥

Powoli wracam do świata żywych, a nie zombi, które niczym pendolino w te i wewte do roboty gnają. Temat pracowy jest dla mnie bardzo ciężkim do ogarnięcia, nie chce mi się na razie o szczegółach pisać, pojawiają się one w różnych komentarzach zresztą.
W każdym razie, ostatnie tygodnie mialam sporo zajęć, rozpirzonych na cały dzień, niestety. Rano coś, z powrotem do domu, dwie, cztery godziny przerwy, potem na południe. I po dwóch godzinach znowu do domu, a wieczorem kolejne zajęcia, podczas których oczy się mi już zamykały, wątek z myśli uciekał, a drobnostki doprowadzały do szału, którego okazywać nie wypadało. Nie skarżę się bynajmniej, może niektórzy tak mogą długi czas w doskonałej formie funkcjonować, ja z radością powitałam dzisiejszy, wolny dzień. Dłużej chyba nie dałabym rady.  Nawet pogoda się do tego święta dostosowała, bo wyjrzało słońce, co zmotywowało mnie do wyjścia z kijkami na swoją trasę. Kilka fotek zrobiłam, z myślą oczywiście o blogasku ;)






A co na polanie z żubrami? Zajrzyjcie od razu, bo z pięć się ich tam pasie w tej chwili :)


Czymcie się ciepło i nie dawajcie chandrze i smutkom :***

I zwyklak wielkopolski na Hanine życzenie specjalne. Fotka z dzisiejszego dnia, oczywiście:


I złamana rogatka ;) To jakiś czas temu miało miejsce, jest już dawno naprawiona, oczywiście :)



poniedziałek, 1 grudnia 2014

Wspomnienie lata ...

Od kilku dni dmucha, mrozi, lodowate zimno przenika człowieka na wskroś, aż się nie chce z domu wychodzić ... ale trzeba, żeby na Internet zarobić ;) Aż dziw, że w sobotę ruszyliśmy tyłki na zawody do Poznania. Nawet fajnie było, a po tych pięciu kilometrach i herbatce z cytryną to nawet człowiekowi się ciepło zrobiło ;) Wczoraj wieczorem w regionalnej tiwi był krótki filmik 
z tegoż biegu i Chłop mój przez kadr przemknął niczym kometa ;)
A ja zaczęłam mieć nadzieję i wiarę, że kiedyś też tak przemknę, nie bacząc na wiek zaawansowany ;))
Ale nie o tym chciałam .... jeszcze się mi coś przypomniało. Na temat pier ..pendolino. Otóż skubany jeździ po naszych torach, ale nie jest ujęty w rozkładach. Nawet osoby bardzo dobrze poinformowane też dokładnie nie wiedzą, co i jak. Dzisiaj o mało co, a udałoby się. Zabrakło mi 10 minut, a dorwałabym zarazę na przejeździe. Może przestanę na niego tak brzydko mówić, to zezwoli mi na kilkusekundową sesję fotograficzną ;)
Przez to zimno sięgnęłam w końcu do letnich zdjęć i to tych słonecznych, z miejsca, które chyba najbardziej się mi podobało. Czyli Halstatt w Austrii. Bardzo ciekawa miejscowość, leżąca w regionie Salzkammergut. A skoro w nazwie jest sól, więc kopalnia tejże w pobliżu jest. Nie byłam w niej, natomiast w tym urokliwym miasteczku spędziliśmy kilkadziesiąt chwil.
Przez wieki całe dostęp do niego był dość ograniczony - górami lub jeziorem. Stosunkowo niedawno - nie pamiętam kiedy, ale pewnie na przełomie19./20. wieku, wybito tunel w górze ( pod górą?) i miasteczko otworzyło się na przyjezdnych. I vice versa ;)
Ze względu na te warunki, Halstatt jest specyficzne. I przepiękne :) Podziwiajcie te widoczki na zdjęciach :)

Najsampierw plenery ogóle. Te z pociągami zostały zrobione przed miasteczkiem. Pociągi muszą być, nie? ;)







Domy przyklejone są do skał, wygląda to niesamowicie. Każdy centymetr ziemi musiał zostać wykorzystany. Nawet drzewom owocowym nie pozwolono swobodnie się rozrastać na wszystkie strony, tylko sadzone są przy ścianach domów. Na jednym zdjęciu będzie to widać.







Te dwa zdjęcia zostały zrobione na halsztadzkim rynku. Kilka lat temu zeszła tędy lawina błotna. Przecięła rynek, przeleciała przez drzwi restauracji widocznej na drugim zdjęciu i wylądowała w jeziorze, bo restauracja została tak zbudowana, że ma korytarz na oścież.



Poniższe zdjęcie pokazuje nie jakąś dróżeczkę w góry, tylko główną ongiś arterię miasta. Tak, tak ...


A teraz dla każdego ( prawie) coś miłego, więc najpierw będzie coś dla koleżanek moich blogowych - złomiarek zapalonych, bo o Was myślałam, robiąc te zdjęcia Hano i Mnemo głównie :)) Ale i dla innych, ukrytych również te zdjęcia są ;))
Fajne nie? ;)




Ale to nie wszystko, bo dojrzeliśmy JĄ w okolicy sklepu spożywczego. Dla siebie więc strzeliliśmy fotkę i dla szfystkich kociar :) Na wygląd to koteczka, ale na 100% pewni nie byliśmy ;)


Mieszkają tam kociarze bo zaraz obok:


O Halstatt można sobie w necie poczytać wiele ciekawych rzeczy, a najlepiej tam jechać i podziwiać na żywo te widoki. Oczywiście wiem, że miasteczko jest piękne latem i dla turystów, natomiast mieszkańcom żyje się tam chyba dość trudno. Trochę jak w skansenie, bo konserwator zabytków nie pozwala na radykalne przebudowy i zmiany. W tej chwili, stałych mieszkańców jest ok.700.
Na koniec ciekawostka. Może część z Was słyszała, że Chińczykom tak się Halstatt spodobał, że zrobili dokładną dokumentacje miasteczka i u siebie postawili identyczne. Burmistrz tego prawdziwego Halstatt był na początku oburzony, że jak to tak można, bez pozwolenia i w ogóle, ale potem stwierdził, że to doskonała promocja miasta i Chińczycy będą chcieli zapewne obejrzeć oryginał. Faktycznie, jest ich mnóstwo, działa nawet restauracja chińska.
Mam nadzieję, że choć trochę zapomnieliście o zimnie za oknem i wróciliście do miłych wspomnień z Waszych urlopów 
i wyjazdów, kiedy było ciepło i przyjemnie na dworze :)

środa, 26 listopada 2014

Sentymenty, stare szafy i kaktusy

Nie wiem, dlaczego dzisiaj tak mnie na sentymenty wzięło. Może planety się jakoś tak ustawiły, albo Księżyc? Otóż od pewnego czasu prowadzę zajęcia w mojej starej szkole podstawowej. Nie z uczniami, tylko z osobami dorosłymi, popołudniami, a teraz to właściwie już wieczory są. Lubiłam moją podstawówkę, która na fali tak zwanych reform przekształcona została w gimnazjum, odnowiono ją, pozmieniano przeznaczenie klasopracowni. Ale duch pozostał.
Dzisiaj miałam zajęcia w innej sali - ze względu na wywiadówkę. Teraz jest to klasa matematyczna, a wcześniej była historyczna. Odniosłam wrażenie, że duch historii - nieważne, że peerelowskiej i duch ówczesnego nauczyciela tegoż przedmiotu, ciągle tam jest. Matematyka nie pasuje. Jakoś tak pusto w klasie się zrobiło ... ale z tyłu stoją stare szafy. Ciągle w całości, pomalowane na inny kolor, ale wiernie służą kolejnym pokoleniom nauczycieli i uczniów. Zrobiłam im zdjęcia, bo ich widok jakoś tak dziwnie mnie poruszył. Jedna fotka też jest z lekka zamazana ;)



Czekałam, aż kursanci wyjdą, bo oni chyba do tej szkoły nie chodzili ;) 

A od niedawna bujam się po moim dawnym liceum. Tutaj już tak miło nie było, niestety. Od tamtych czasów niewiele się zmieniło. Stare mury i klimaty mają swój urok, nie przeczę, ale te akurat wyglądają trochę żałośnie.
W każdym razie, w klasie, w której mam lekcje, na parapetach stoją kaktusy. Sfociłam dwa:



 Niewinnie wyglądają, prawda? Takie puchate ;) Wystarczy jednakże dotknąć, żeby szybko się przekonać, że pod puchem kryją się ostre kolce. Dwulicusy jedne ;)


 Już wolę, kiedy ktoś od razu kolce wystawia, wiadomo o co chodzi, dotykasz na własną odpowiedzialność ;) Jakie to życiowe ...

Dzisiaj znów widziałam pierdolino. Mknął sobie objazdem, dziarsko wyprzedzając pospieszny, który kierował się na stację. Jeśli mój informator dowie się o kolejnym przejeździe pierdolina, to zaczaję się na niego z aparatem i z bliska obejrzę - pociąg, nie informatora, oczywiście.

Miłego wieczoru życzę :)

P.S. Ciekawe, czy jutro będę mogła zrealizować moje "wypasione" zamówienie w pasmanterii ;) Bo bez niego ani rusz z robotą ;)

To ja się pożegnam

Coraz mniej mnie na blogach od jakiegoś czasu. Nie mam ani pomysłów, ani sił i chęci do pisania nowych postów. W dodatku przyplątały się ...