poniedziałek, 25 listopada 2013

Przesyłka od Panterki 2 i weekendowe spotkania

Ze trzy dni temu zadziało się u Panterki, oj zadziało ;) Poskarżyła się wszem i wobec na niechcianą dostawę i .... nie wiem, co zrobiła, bo wczoraj wieczorem wyszłam na balkon 
i zobaczyłam białą szmatę na oknach naszego samochodu. Po wnikliwszej analizie 
( ciemno już było) i zeskanowaniu otoczenia okazało się, że to nie żadna szmata przywiana wiatrem północno - zachodnim, tylko kurnażeszjegobiałanać .......... ŚNIEG!!
Tak sobie niewidocznie poprószył z deszczem drobnym i jest.
Na szczęście dostawa nie była zbyt duża, ale przymroziło, teraz świeci słońce, a śnieg - no cóż, jeszcze jest.
Zdjęcie zostało zrobione dzisiaj rano.


Biedny ten nasz maluszek :(

Dżunglowe zmiany pogody przychodzą więc do nas, czy tego chcemy, czy nie. A miało nie padać!

Jest już po południu. Świeci piękne słońce, w zaciszu spokojnie i ciepło, ale wystarczy wyjść z tego zacisza i piździ, to znaczy wieje zimny północny wiatr - tak mniej więcej. Piszę mniej więcej, bo u mnie trudno określić kierunek wiatru, kotłuje się między blokami i wieje zawsze. Nawet w upały.

A w weekend miałam dość nieoczekiwane zwroty akcji ;) W sobotę odezwała się do mnie koleżanka, którą znam od lat wielu, wielu bardzo, a z którą też od kilku lat nie miałam kontaktu, nie licząc jakichś tam smsowych, czy mailowych życzeń na święta.
Jako, że i ona, i ja nie jesteśmy skore do zmian numerów telefonów i jakoś mój się u niej uchował, a ja jej pamiętałam - początek przynajmniej ;), to nie było problemu, żeby tą drogą się odezwać i przypomnieć o swoim istnieniu.
Umówiłyśmy się na ploty w sobotni wieczór, trzeba było sobie opowiedzieć te kilka lat, wlać morze alkoholu ;) opijając ten znamienity fakt ;) , zajęło nam to kilka godzin, które przeleciały z prędkością światła.
Na sam koniec spotkania, koleżanka stwierdziła, że chciałaby pojechać na cmentarz do naszego kolegi - księdza, nieżyjącego już prawie 10 lat. Dawno tam nie była, ostatni raz ze mną, z 5 lat temu, może?
Problem z wybraniem się w te odwiedziny jest bardzo prozaiczny - kolega pochowany jest w Górce Klasztornej, oddalonej od naszego miasta o jakieś 150 km w jedną stronę. 
Koleżanka natomiast wyemigrowała do stolicy i mieszka tam już też od lat.
Natomiast mąż i ja, ilekroć podążamy nad morze, albo do Bornego, to do Górki wjeżdżamy, jest to kwestia 30-40 km więcej i godziny dłużej naszej podróży, więc leży to 
w naszych możliwościach.
W każdym razie, umówiłyśmy się na niedzielny poranek, że pojedziemy moim samochodem, no i tak też uczyniłyśmy. Poszło szybko ( i tak dwie godziny w jedną stronę) i sprawnie, trochę zamieszania było przed samym klasztorem na parkingu, gdyż miejscowa i zamiejscowa ludność przybywała na mszę i jakieś dziwne manewry uskuteczniała, aby zaparkować. Taki folklor widocznie ;)
Załatwiłyśmy, co było do załatwienia i przed obiadem zjechałyśmy do domu. 
Zmęczona byłam porządnie, ponieważ nie robię na co dzień takich tras, a poza tym obudziłam się o piątej rano i nie zasnęłam do momentu wstawania. Nie mam pojęcia, dlaczego, bo przecież ta droga to dla mnie nie pierwszyzna.
Poza tym czuć było w powietrzu zmianę pogody i śnieg, co nie sprzyja odczuwaniu życiowego komfortu ;)
I wieczorem zawiało, popadało, zabieliło się i zima zaczęła o sobie przypominać. Chociaż u nas i tak nie jest źle, w porównaniu np. z Małopolską - obejrzałam sobie zdjęcia zaśnieżonej np. Krynicy Górskiej.

A u nas się teraz zachmurzyło - cholerajasnapsiakrew :/

Trzymajcie się ciepło :))

czwartek, 21 listopada 2013

Wspomnienia sprzed dwóch dni plus edit: nadmorskie wrotycze i czarnogórska cykada

Dzisiaj druga i ostatnia, oczywiście, seria zdjęć z mojego wtorkowego spaceru. 
Dobry nastrój zniknął niczym sen złoty, pocieszę się chociaż zdjęciami i może jakoś wypłynę na powierzchnię. Bo w końcu inni mają bardziej przechlapane niż ja. 
Do biblioteki się nawet wybrałam, ciekawe, czy wypożyczone książki będą się mi podobać?

Po malutkiej porcyjce narzekań, czas zatem na zdjęcia.

Na pierwszy ogień leci wrotycz :)


Znalazłam jeszcze kwitnące marcinki:


I wysuszone już roślinki, ale też ładnie wyglądają, moim zdaniem. Zdjęcia zrobiłam przy drodze, przez którą jakiś czas temu, pająk mi przebiegł, o czym "upszejmie" na blogu doniosłam, z odpowiednim zdjęciem.
Swoją drogą, ciekawe, co się z nim ( nią?) dzieje? Czy spokojnie odpoczywa sobie gdzieś w ziemi, albo w zaroślach, czy też został pożarty przez żarłoczne "glapy", które na pewno patrolowały teren podczas prac polowych?
Tym niemniej, za każdym razem, kiedy tamtędy przechodzę, ciepło wspominam to nasze spotkanie ;)

Mamy z mężem jeszcze jedno miejsce, przy którym wspominamy - pasikonika, tym razem.
Kilka lat temu wracaliśmy z Bornego, wstępując jeszcze po drodze do lasu na jakieś grzyby. Kilkadziesiąt kilometrów za Bornem, na desce rozdzielczej samochodu ujawnił się pasikonik :)
Jako, że trasa wiodła przez pola, przed małą wioską, zatrzymaliśmy się tam i wypuściliśmy pasażera na gapę ;) On sam już z pewnością ducha wyzionął, w ten, czy inny sposób, ale zastanawiamy się zawsze, czy przeżył jakiś czas i zdążył ( albo zdążyła) się rozmnożyć :)




Te poniżej rosną i kwitną przy nasypie kolejowym:


Przez to, że szukałam tam obiektów do sfotografowania, to złapałam w kadr towarusa:


Bliżej domu, natomiast - kolejne suszki:


oraz małe grzybki w towarzystwie koniczyny i babki lancetowatej:


Mam nadzieję, że dzisiaj w końcu wytargam maszynę na stół i będę mogła wkrótce pochwalić się uwolnionymi uszytkami.

Miłego popołudnia i wieczoru :)

P.S. Specjalnie dla Orszulki dokładam wrotycze. Zdjęcia zrobiłam latem, podczas naszego pobytu nad morzem. Chyba ich nie publikowałam na blogu.




Dokładam jeszcze cykadę z Czarnogóry :) Niestety, jej życie już dobiegło końca. Inaczej pewnie nie dałoby się zrobić jej zdjęcia:


Miłych snów :))

wtorek, 19 listopada 2013

Co słonko widziało ....

Pamiętacie ten wiersz? Mnie się dzisiaj przypomniał ( sam tytuł, rzecz jasna, bo treść daaawno zniknęła w mrokach niepamięci, ale od czego internet?), gdy wyszłam sobie na kijki po osiedlu.  
Słońce próbowało ogrzewać nasze miasto i mnie na tyle, na ile było to możliwe, zza zasłony jakiegoś syfu na niebie i mimo wszystko całkiem przyjemnie się szło.
Czytałam na blogach, że kwitną sobie mlecze, wierzby i inne kwiaty, ale w lesie nic nie widziałam. Byłam więc przekonana, że u nas nic, trochę zieleni jedynie, ale, jak się okazało - byłam w mylnym błędzie.
Wielkopolska to jedno z cieplejszych miejsc w kraju, dlaczegóż by zatem u nas miałoby być inaczej?
Dzisiaj się przekonałam i niniejszym chciałabym Wam pokazać, co słonko ..., znaczy się ja, widziałam po drodze. Niesamowite doznanie podczas szukania tych oznak ciepłego listopada.
Oczywiście, na początek, moje ulubione miejsce i udało się mi ustrzelić specjalny 
pociąg :)). Jechał bardzo wolno, zdążyłam zatem dojść bliżej przejazdu. Mąż mówi, że to pociąg pomiarowy, czyli ichni, do pomiaru torów i innych takich tam kolejowych miejsc oraz rzeczy.

Trochę schowany za drzewami:


Nie dotarłam jeszcze do wiedzy, jak wrzucić zdjęcie bardzo duże, żeby nie wystawało na boki, więc musi tak zostać.
A może ktoś się ze mną tą wiedzą podzieli??

Pociąg oddalił się w swoich sprawach, ja także ruszyłam, by za chwilę stanąć oniemiała, bo jakby łuski mi z oczu spadły i zauważyłam pełno kwitnących krwawników!
Ten dał się "sfocić" :


I to z bonusem :) Myślałam, że bonus jest zamarznięty, ale kiedy poruszyłam się gwałtowniej - odleciał :)

Potem następna modelka czekała na swoją wielką chwilę ( ciągle zapominam, jak te kwiaty się nazywają):


I dmuchawce! A skoro są dmuchawce, to znaczy, że były mleczyki ;)


Tak sobie robiąc zdjęcia, przeszłam przez przejazd, rogatki znów się zamknęły i przeleciał jakiś Intercity, gnający chyba do stolicy:


A potem - coraz to większe dziwy. Zapraszam do oglądania:






Niezapominajki mnie rozczuliły i znalazłam też mleczyki :))

Zrobiłam więcej zdjęć, ale może rozłożę je na dwa posty. Podobają się mi :) Te, które czekają na swoją kolej są bardziej jesienne, są na nich powysychane już rośliny, ale również pełne uroku :) Tak moim osobistym zdaniem.

Życzę Wam przyjemnego oglądania :) Niech tam inni trują się aspartamami i kupują paszę do jedzenia, ja szukałam dzisiaj piękna tego świata. Znalazłam je, dzielę się nim 
z Wami i mam nadzieję, że podzielicie moje zdanie ;)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Linki do poczytania

Jako, że rozmowy pod moim postem poprzednim poszły w kierunku żywienia, żywności 
i syfu, jaki jest nam wciskany, a na swoim blogu Mnemo wrzuciła interesujący film na temat praktyk koncernów farmaceutycznych, to dorzucę jeszcze lekturę do poczytania. 
Tekst pierwszy jest bardzo długi, ale warto go przeczytać. Obydwa są zresztą interesujące:

Od wielu lat interesują mnie te rzeczy i stąd moje okropne zachowania w sklepach podczas zakupów ;) Czytanie etykietek i marudzenie ,wybrzydzanie, obśmiewanie - wredna jestem, wiem. Najlepiej, jak idę sama do sklepu, bo tylko głupie miny robię na widok tego, co czytam.

Oczywiście wiem doskonale, że i tak do końca pewności nie ma, czy wszystko wygląda tak, jak to producent wypisał, ale mam jakiś tam wpływ na to, co jem.
I tego będę się trzymać.

Miłej lektury :)

niedziela, 17 listopada 2013

Pogwiazdorzylim i wyszło, jak zawsze ...

Jak w tytule. 
Teraz go rozwinę. Ten tytuł.
Pojawił się ten mój chłop w lokalnej prasie, w doborowym towarzystwie trzech innych osób, z których dwie zna ze spotkań różnych kulinarnych, nawet zdjęcie się pojawiło jego 
i zrobionej przezeń potrawy, a jakże, dlaczegóż by nie ...
Niestety, nie do końca zadowolony jest z treści, która ukazała się pomiędzy tymi zdjęciami. W sumie to się chyba nią trochę podłamał, chociaż mu mówiłam, że mało kto to przeczyta, kilka zainteresowanych osób, reszta zerknie na zdjęcia, a pozostała reszta czyta tylko ogłoszenia, których jest cała masa w postaci osobnej wkładki.
Często jest tak, że inaczej człowiek mówi, a inaczej pisze. Jeśli jest to wypowiedź bez uprzedniego przygotowania i zapisania jej na kartce, to przepisana z dyktafonu dziwnie czasem wygląda. 
Fakt - dziennikarka przysłała tekst do autoryzacji, trochę go zmieniliśmy, ale widocznie uznała, że taka, pewna chropowatość niektórych zdań, przydaje kolorytu i zostawiła to, jak było przed zmianą.

Nie jest tak, że małżonek mój robi mnóstwo błędów językowych i nie umie się wypowiedzieć. Błędy zdarzają się każdemu, a niecodzienność sytuacji nie sprzyja gładkości wypowiedzi komuś, kto na codzień nie udziela licznych wywiadów, tudzież nie występuje przed szeroką publicznością.
Wybaczcie więc, nie wrzucę tego skanu.
Pewnie już mu trochę przeszło, ale tak naprawdę to nie wiem, co tam w głowie u niego się dzieje.

 Następnym razem będzie lepiej ;)

Ale co tam artykuł. Pozostając w temacie jedzeniowo - kulinarnym, spieszę donieść, że otwarto u nas "makdonalda". Z wielką pompą nastąpiło przecięcie wstęgi przez włodarza naszego miasta, no i weszliśmy wielki świat ;) Otwarcie tej jadłodajni to ogromny postęp naszej mieściny, świadczy o jej wybitnym rozwoju (??!!). Tak, rozwoju miasta, w którym było kiedyś kilka sporych zakładów pracy, w tym jeden słynny na całą Polskę, a dzisiaj jest tu jedno z najwyższych w województwie bezrobocie, a po tym słynnym zakładzie pozostała kupa gruzu, częściowo uprzątnięty plac, na którym ma powstać, bardzo potrzebna i kurfajegomać, niezbędna u nas, galeriakurwahandlowa.
Wybaczcie te kurwy, ale inaczej nie potrafię o tym pisać.

Jadłodajnia przyciągnęła sporo chętnych, szczególnie zaraz po otwarciu, ponieważ oprócz baloników dla dzieci, ponoć 100 pierwszych klientów dostało paszę za darmo. Było się o co bić :)))
Po południu, jadąc skądś tam, nadrobiliśmy kilkaset metrów drogi, żeby tę cudobudę zobaczyć. Cieszyła się powodzeniem, aczkolwiek ktoś na gazetowym forum wyraził wątpliwość, czy to aby na pewno mieszkańcy miasta i okolic zjechali na degustację. Padło podejrzenie, że wynajęto statystów z ościennych miejscowości :))
Oczywiście - żeby nie było, nikt mnie zmusza, póki co, do stołowania się w tym przybytku, każdy wchodzi tam na własną odpowiedzialność i z własnej, nieprzymuszonej woli, ale nie oparłam się wrednej chęci napisania kilku miłych słów na powyższy temat, ot tak, bo miałam na to ochotę. Na czym, oczywista, powyższy temat zakończę.

Na osłodę i całkiem niespodziewanie, pojawiły się u nas przed chwilą czeskie, deserowe czekoladki.
Coś dla oczu i podniebienia :)

Spokojnego wieczoru wszystkim życzę :)


poniedziałek, 11 listopada 2013

Gorąc w domu, a poza tym : "Na dzień świętego Marcina lepsza gęś, niźli zwierzyna".

Gorąco się u nas w domu zrobiło. I dzisiaj, i wczoraj też było. A wszystko to za sprawą pewnej młodej dziewczyny, a właściwie dwóch dziewczyn, oraz mojego męża.
Ale nic z tego, nie będzie żadnych pikantnych opowieści, może jedno zdjęcie. Pikantne ;)

Parę dni temu chłop mój wyszedł wieczorem do sklepu. Sklep mamy niedaleko, powinien był uwinąć się dość szybko, a jego nie było dłuższą chwilę. Już miałam wyjść, aby poszukać go, bo może w ciemnościach gdzieś pobłądził, kiedy wrócił z dziwną miną. 
Otóż spotkał po drodze znajomych. Stanęli, wdali się w pogawędkę, zeszło również na jedzenie i gotowanie, mąż zagaił, że on owszem, bardzo lubi, nawet stosowny dokument sobie wyrobił, w którym "stoi", że przeszedł szkolenie w kierunku kucharskim .... Znajoma na to, że u niej w pracy ( lokalna gazeta nasza) szukają osób lubiących gotować, szczególnie zależy im na facetach i fajnie byłoby, jakby mąż mój się zgodził na wywiad 
i zdjęcia.
Mąż powiedział, że się zastanowi i da znać. Na drugi dzień znajoma zadzwoniła do niego, że w pracy już się wygadała, że znalazła kogoś takiego i dziennikarka mogłaby zaraz zadzwonić w celu umówienia się ....
Koniec, końców spotkanie odbyło się dzisiaj, u nas w domu, mąż przygotował obiad, pora zresztą była ku temu odpowiednia i przy dziennikarka mogła zrobić nieupozowane zdjęcia przy okazji.
Potem wywiad i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Lekki stres był, bo przy okazji musiałam omieść w chacie pajęczyny, a porządki wolę robić, kiedy jestem sama w domu. 

A teraz to pikantne zdjęcie:


Wczoraj Anka Wrocławianka miała na obiad ziemniaki pokrojone w podobny sposób, a ja to odgapiłam. Nasze wyszły na ostro, dostały oprócz przypraw, trochę oliwy z oliwek, smakowały nieźle.

Nie było to oczywiście jedyne danie ;) Gęsiny też nie było, za to na deser mąż upiekł ciasto marchewkowe:


Niewiele już go zostało :)

Po tych kuchenno - wywiadowczych ;) emocjach, musieliśmy pokrzepić się czymś solidnym, a że dzisiaj 11.listopada, to wypadło, jakżeby inaczej, na :


świętomarcińskie rogale.

Niech tam stolica sobie robi zadymy, w Poznaniu świętuje się od lat imieniny ulicy Święty Marcin, bezpiecznie i radośnie. O ogólnopolskim święcie też się nie zapomina, więc można? Można.
Oczywiście nie urodziłam się wczoraj i mimo wszystko naiwną panienką już nie jestem, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że pożary i chaos w Warszawie nie są dziełem przypadkowej bandy chuliganów, a mendia wszelakie, chętniej pokażą zadymę niż radosnych, kolorowych ludzi, objadających się rogalami w Poznaniu.
Jak również wiem doskonale, że ulica Święty Marcin, dziś tak ludna i kolorowa, tak naprawdę umiera. Kiedyś główna arteria miasta, z wieloma sklepami, tętniąca życiem, po południu trudno czasem było przejść swobodnie chodnikiem, a dzisiaj - szkoda gadać. 
W wyniku idiotycznej polityki władz miasta, powoli pustoszeje. 

Żeby nie zakończyć tak do końca na smutno. Wiecie, że dzisiaj w Kolonii ( tej niemieckiej) rozpoczął się karnawał? Dokładnie o 11.11.
Tutaj możecie wejść na stronę miasta i pooglądać sobie zdjęcia z otwarcia sezonu karnawałowego, nawet, jeśli nie znacie niemieckiego, czy angielskiego.
Poza tym, gdzieś w necie przeczytałam, że również w Portugalii obchodzony jest dzień 
św. Marcina. Przysmakiem są pieczone kasztany.
To oczywiście nie jedyne kraje, honorujące Marcina. Doczytałam się, że dzieje się tak na Węgrzech, we Francji, Austrii, Szwajcarii, na Malcie i kilku innych miejscach. Kto chce, to sobie poszuka więcej na ten temat :)

Tym akcentem kończę dzisiejszy wpis, życząc spokojnej nocy i ciepłej, bo jak mówi przysłowie: "Na świętego Marcina zima się zaczyna" - paskudnie, ale inne zaraz nas pocieszy, że "Chmurny Marcin chętnie przyprowadza łagodną zimę, mrozy straszne zgładza" i "Jak Marcin z chmurami, niestateczna zima przed nami" :))

P.S. Pod pojęciem "niestatecznej zimy" rozumiem łagodną:)

niedziela, 10 listopada 2013

Du ju spik inglisz?

Wczoraj po południu pojechaliśmy z chłopem mym do Posen. Do nowootwartej galeryji handlowej przy dworcu głównym. 
Jakbyśmy nie mieli nic innego do roboty, prychnie ktoś z pogardą i w sumie przyznam rację tejże osobie. Poniekąd.
Dojazd do Poznania do żaden problem, wsiadam w pociąg i za 45-50 minut jestem 
w stolicy naszego województwa. Do wyjazdu chłop mnie przymusił i zaszantażował ubraniowo - znowu. Otóż nabył on niedawno drogą kupna i nie w lumpeksie, dość wypasioną, sportową kurtkę. Wygląda w niej super :) 
Po czym wymyślił, że nie będzie jej nosił, dopóki ja nie kupię sobie czegoś podobnego! 
U nas nie było damskiej wersji jego przyodziewku, a że jeździ czasem służbowo do Poznania pociągiem i często ma trochę czasu do odjazdu, to zwiedza ostatnio wiadomą galerię, pustawą zresztą o tej porze.
I wynalazł dla mnie kurtałkę, podobną do jego, to pojechaliśmy po nią wczoraj, aczkolwiek niechętnie, jeśli o mnie chodzi. Trudno mi, niestety uczynić to w tygodniu.

Armagedon to nic w porównaniu z tym, co działo się na tak zwanym nowym dworcu 
i w samej galerii. Na temat zamknięcia starego dworca nie będę się wypowiadała, bo ciśnienie mi niebezpiecznie skacze do góry, a w moim wieku trzeba unikać takich niepotrzebnych emocji ;)
W galeryji dziki tłum. No nic, duża jest, jakoś może uda się nam dojść tam, dokąd chcemy. Orientację w terenie straciłam dość szybko, ale nic to, chłop szlaki już przetarł, poza tym są drogowskazy. 
Weszliśmy do dużego sklepu sportowego, w którym mąż widział koszulki do biegania 
w cenie przyzwoitej i nie powalającej. Kręcimy się po nim, a koszulek nie ma. Trzeba się zapytać komuś z obsługi, gdzie one wiszą. Mąż podszedł do chłopaczka z personelu, zadał pytanie, a ten na niego popatrzył i odezwał się w te słowy : " Do you speak English?" .................... Mąż mówi, że nie. A ten do chłopaka z ochrony: "Can you translate?" ................................. 
Noszkurfajegomać ............ gdzie my, do cholery są????? W sklepie, który znajduje się 
w polskim mieście, pracuje syn Albionu, albo potomek europejskich osadników na kontynencie amerykańskim i nie zna polskiego???? Chociaż podstawowych słów??? 
Czy w Brytanii, albo Niemczech, dajmy na to, ktoś zatrudniłyby Polaka bez znajomości miejscowego narzecza??? Do tego ochroniarza ze znajomością polskiego, który tłumaczyłby, pośrednicząc między klientem, a sprzedawcą???

Kurfajegomać, co tu jest grane???? Może mi to ktoś wytłumaczyć??? A może to już jest normą, że w sklepie, w Polsce trzeba rozmawiać po angielsku, wszak to język międzynarodowy i wszyscy powinni go znać? 
A TAKIEGO WAŁA! 
Tak! Jestem zacofana, staromodna, ciemnogrodem i jestem z tego dumna. I nie będę robiła z siebie idiotki, siląc się na angielski w moim, póki co i bądź co bądź, kraju. 

Nie mam nic do tego sprzedawcy, ale jego zachowanie to dla mnie przegięcie. Zresztą nie pierwszy to raz, kiedy mam styczność z Brytyjczykiem, który w Polsce i w kontaktach 
z Polakami nie potrafi wysilić się na grzecznościowe słowa po polsku typu" Dzień dobry, do widzenia, miło mi, dziękuję" .....
My jadąc za granicę zachowujemy się często zupełnie inaczej. Czasem zbyt uniżenie i  na kolanach traktujemy obcokrajowców, tych zachodnich, w naszym kraju.

Czas może na zmianę w naszym myśleniu i zachowaniu?
Nie mam na myśli tego, żeby nie uczyć się w ogóle języków obcych - bez przesady. 
Ale te sytuacje dały mi znów do myślenia na temat traktowania nas przez cudzoziemców, traktujących nasz kraj jak rynek zbytu dla swoich towarów i usług, a Polaków jako tanią siłę roboczą do wykonywania najpośledniejszych posług.
Przykre to, ale niestety prawdziwe. I nie mam pojęcia, jakie jest wyjście z tej sytuacji. 
Czy w ogóle jakieś istnieje.

środa, 6 listopada 2013

Uwolnić z szafy

Odkąd zaczęłam szyć, albo udawać, że to robię, pojawiło się u mnie sporo przydasiowych tkanin, skrawków, o rozpoczętych dziełach już nie wspomnę.
Jakiś czas temu postanowiłam położyć temu kres, czyli po pierwsze primo dokończyć rozpoczęte, po drugie primo ;) nie dokupywać nic nowego, a po trzecie - jak coś mi nie odpowiada, to wyrzucić bez sentymentów.
W przeciwnym razie bowiem, rodzina zakwalifikuje mnie do jakiegoś programu typu perfekcyjna, albo o nałogowych zbieraczach przydasiów wszelakich, do czego jestem, niestety, bądź stety genetycznie predystynowana, w połowie mojego garnituru genów, otrzymanego z ojcowskiej strony. 
Dom rodzinny mój, nie kwalifikuje się do wyżej wymienionych programów tylko dlatego, że rodzicielka moja prezentuje postawę zgoła odwrotną, o jakieś 100 stopni przeciwną do rodziciela.
To wyjaśniłam co i jak, a teraz się pochwalę :)

Tutaj pochwaliłam się spódnicą uszytą w ramach Letniej Akademii Szycia. Nie do końca mi pasowała, postanowiłam ją przerobić i w końcu doczekała się bidulka swojej chwały. Zlikwidowałam kontrafałdki, podszyłam dół zielonym, wyprałam, wyprasuję i będę nosić, latem zapewne.

Dla przypomnienia zdjęcie, to stare, bo tak naprawdę obie wersje niewiele się różnią od siebie:


W swoich zbiorach mam trochę płótna lnianego i bawełnianego, jak również został mi kawałek koronki. Uszyłam z tego to:

 oraz to:


Serce pojechało pod granicę polsko - niemiecką, a woreczek napełniłam lawendą 
i włożyłam do szafy. Miał stanowić parę dla serca, ale nie do końca się mi udał, stąd taka moja decyzja.
Ilość płótna wystarczy oczywiście, na kilka takich par ;) Koronki tylko nie mam :)))

I trzecia rzecz, która kosztowała mnie sporo pracy i zakwasów.
Było tak:


Ta wielka "japa" powstała w wyniku wywalenia rękawów kurtki. Powodem był paskudny zapach, jaki wydobywał się z nich po praniu. Wypełnieniem jest bowiem kaczy puch. O ile reszta zniosła pranie bez takich ekscesów, to rękawy musiałam niestety odpruć
i wyrzucić.

Wczoraj mąż, czekając na pociąg, poszedł do wiadomej galerii, do sklepu sportowego, wdał się w rozmowę z panią sprzedawczynią, wspomniał o mojej kurtce, a pani poradziła, żeby do prania wrzucić piłki tenisowe, które mają zapobiegać zbijaniu się wypełnienia.
Z pewnością wypróbuję.

Kurtka leżała sobie, chyba dwie zimy, aż w końcu zdecydowałam ją reanimować.

Pierwszym pomysłem było doszycie rękawów z polaru. Z racji tej, że kurtka jest bardzo ciepła, spowodowałoby to dużą różnicę w utrzymaniu ciepłoty. Stwierdziłam, że muszą być dwie warstwy, poszłam do sklepu z tkaninami i doznałam olśnienia ;)

Koniec, końców, uszyłam:


żeby rozpocząć kombinacje z ich wszyciem na swoje miejsce. Jako, że kurtki nigdy nie szyłam, ani z krawiectwem ciężkim do czynienia nie miałam, kosztowało mnie to trochę pracy, zmian koncepcji, oraz wykończenia ręcznego, ale zrobiłam :))))

Oto dowód:


Kurtka nadaje się do noszenia :)) Jam to sprawiła, pokłutymi rączkami swemi ;) Maszyna też dała radę, przeżyła ten proces, nie przeszywając ze zmęczenia moich palców ;)

Czas pomyśleć o następnych działaniach. Z boku bloga znajduje się banerek, który prowadzi do linka na temat akcji i będzie tu tkwił jako przypomnienie dla mnie.

Spokojnego i miłego dnia wszystkim życzę :)


sobota, 2 listopada 2013

Nasze spotkanie z duchami (?)

Chciałabym dzisiaj opowiedzieć historię naszego spotkania z .... no właśnie, nie wiem do dziś, co to było.

Zostajemy w okolicach opisanej przeze mnie drogi do Bornego, na wysokości wjazdu do Kłomina i jenieckiego cmentarza.
Parę lat temu postanowiliśmy pojechać do Bornego na weekend, jakoś tak się złożyło, że mogliśmy wyjechać dopiero około szóstej wieczorem. Był to chyba październik, więc szybko zrobiło się ciemno.
Po jakichś 2,5 godz. zbliżyliśmy się do tego miejsca, wyżej opisanego. Okolica wygląda tak, że są tam tylko łąki, krzaki, skręt do jednej wsi, trochę lasu. Łąki są podmokłe, wieczorne mgły nie są tam niczym nadzwyczajnym, tak było też i wtedy, wjechaliśmy w lekki opar.
Nagle, jeden z obłoków mgły odłączył się i poleciał wprost na nas, na przednią szybę, ale nie rozbił się na niej, nie wjechaliśmy weń tak, jak się wjeżdża w mgłę, tylko poleciał do góry.
Trwało to kilka sekund, włosy się mi zjeżyły z przerażenia, przypomniałam sobie wszystkie modlitwy za zmarłych .... wrażenie było piorunujące. Nigdy do tej pory nie widziałam tak zachowującej się mgły. Mąż zresztą też nie.
Oczywiście, można twierdzić, że to para wodna, wiatr był ( chyba nie było) i tak jakoś się zdarzyło. Może tak, a może nie.
Nie wiem tego do dziś, ale to faktycznie dziwne miejsce. Moja koleżanka go bardzo nie lubi i do Bornego jeździ przez Szczecinek. Kiedyś opowiadała, że gonił ją tam jakiś samochód. Ona też jechała swoim, pojawił się nagle za nią, co przyspieszała, to on też, co zwalniała - on tak samo, w końcu zgubiła go na zakręcie, który wzięła z prędkością kierowcy rajdowego, tamten nie dał rady, bo to jakiś większy samochód był. Realny, oczywiście, nie jakieś widmo.
My natomiast, jadąc też wieczorem, zobaczyliśmy przy drodze starą kobietę, kilka kilometrów od jakiejkolwiek miejscowości. Wyglądała jak czarownica, a nam zrobiło się bardzo nieswojo.

Dziwne to tereny, pełne tajemnic realnych i mniej realnych. Zdecydowanie wolę jechać tamtędy, kiedy jest jasno.

Miłych snów wszystkim :)

To ja się pożegnam

Coraz mniej mnie na blogach od jakiegoś czasu. Nie mam ani pomysłów, ani sił i chęci do pisania nowych postów. W dodatku przyplątały się ...