czwartek, 25 lutego 2016

Bonus i dzieci, oraz czasem słońce, czasem deszcz, jak to w życiu bywa

W niedzielę czekało Bonusa nowe wyzwanie, którego jeszcze w naszym domu nie przeżył. 
Inwazja niedużych dzieci mianowicie.
Dzieci było niedużo, bo raptem sztuk dwie, płci żeńskiej - ale to bez znaczenia ;), lat 6 i 1,5.
Najpierw może napiszę, że kot nasz jest zwierzęciem towarzyskim i nie ucieka przed gośćmi. Wręcz przeciwnie, szwenda się między nami, albo siedzi sobie spokojnie w wybranym miejscu, czasem da się komuś pogłaskać, obwącha ...
Do tej pory przychodziły do nas osoby albo dorosłe, albo dorastające, ciekawa więc byłam, co będzie z takimi mniejszymi. Zwłaszcza, że w poprzednim domu Bonusa było dziecko, rok temu półtoraroczne mniej więcej.
No cóż. Goście nasi weszli, Bonus siedział na krześle komputerowym, starsza podeszła, pogłaskała go, ale widziałam, że kot był cały spięty. Podeszła młodsza, zaczęła piszczeć na jego widok i kot zwiał pod łóżko w sypialni. A potem do szafy. I wyszedł dopiero wtedy, kiedy za gośćmi naszymi zamknęły się drzwi.
Niestety .... dziewczynki nie przypadły mu do gustu.
Bo kryjówka pod łóżkiem wykorzystywana jest w chwilach największego zagrożenia, czyli petard np. Tutaj petardy były dwie ...
Oczywiście żadna z nich go nie uderzyła, czy nie ciągnęła za ogon, czy uszy - nigdy bym na to nie pozwoliła ,ale on widocznie nie lubi takich klimatów. Trudno. Drugi raz zaprosimy je, kiedy będą doroślejsze :)))
Starsza siedziała długie chwile przed otwartą szafą i namawiała Bonusa na wyjście, ale nic z tego. Przy okazji wszyscy mogli obejrzeć sobie wnętrze rzeczonej, w której powiedzmy szczerze, krasnoludki bałagan straszliwy porobiły .... Trudno, nie jestem PPD i to, że ktoś widzi u mnie kupę kurzu i zmięte ciuchy, nie spędza mi snu z powiek ;)
Wtorek natomiast ... deszcz. Trochę sama sobie winna byłam, dopuszczając do rozwinięcia u siebie ponurego nastroju 
i nakręcając go skutecznie, aż Los w końcu się zdenerwował i dał mi po nosie, to znaczy po gębie. I to dosłownie. Przy odrobinie chęci zostałabym bohaterką programu o głupich śmierciach, czy jakoś tak.
Otóż mam takie coś do gotowania na parze - elektryczne. Stoi to sobie w kuchni, do góry na szafkach. Chciałam ściągnąć, 
w celu obiadowym. Nie weszłam na żadne krzesło, bo stało na brzegu, a ja jestem na tyle wysoka, że dosięgam ;)
Taaa, kabel od parowaru pociągnął za sobą .... śrubokręt, odsunęłam się szybko, żeby ów mi oka nie wykolił, albo w serce się nie wbił ;), a wtyczka walnęła mnie w sam środek górnej wargi.
O ja pierdzielę, jak zabolało!!! Na szczęście za mocno mi skóry nie rozcięła, szybko się zatamowało, potem przyłożyłam coś zimnego, żeby nie spuchnąć, bo w przeciwnym razie wyglądałabym, jak ofiara przemocy domowej i musiałabym kilka dni w domu posiedzieć, żeby ludzi nie straszyć i niepotrzebnych spekulacji nie wywoływać.
Teraz ślad wygląda, jakby kot mnie z lekka drapnął.
Po tym dupnym wtorku, postanowiłam - nigdy więcej. Trzeba się za coś konstruktywnego zabrać, kompa wyłączyć. Środowe przedpołudnie minęło mi zatem pracowicie i owocnie.
Zajęłam się lodówką - środkiem nie, jeszcze nie ;) na niej to stały różne, dziwne przedmioty typu trzy słoiki litrowe z nalewką kasztanową, albo torba Chłopa z enerdżajzerem. Wszystko to przykryte kurzem z serii "Mówią wieki".
Po moich działaniach wygląda wszystko lepiej. Z rozpędu dostało się frontom szafek kuchennych - zrobiło się jakby ciut jaśniej? Chociaż u mnie nie widać za bardzo brudu i tłuszczu - tak dobrze dobrałam kolor i fakturę owych.
A potem poszłam pobiegać. Nie było to łatwe, wczorajszy dzień charakteryzował się dużą dynamiką, jeśli chodzi o pogodę. Wyszłam w momencie słonecznym, dobiegłam do przejazdu, a tam dorwała mnie chmura białych kuleczek i nie był to styropian. Dostawa leciała z zachodu, ja na zachód musiałam się udać ,więc znów po twarzy oberwałam ... i wystarczy.
Dało mi to energii do popołudniowej i wieczornej pracy. Tak więc środa - zdrowia i urody, oraz sił doda.
Sama to - nie chwaląc się, sprawiłam.
A dzisiaj? Nie wiem. Za chwilę wyłączę komputer, mija godzina mojej nasiadówki i coś się wymyśli ;)
Słońce świeci przynajmniej.

Miłego dnia wszystkim życzę. 
Wniosek mych rozważań jest taki, że czasem sami sobie niepotrzebnie dokładamy smutków, a nie warto. Niby większość z nas 
o tym wie, ale zapomina.

Trzymajcie się ♥

sobota, 20 lutego 2016

Dla Mirki i innych za pociągami stęsknionych ;)

Witam :)
Żeby bloga odkurzyć, ale nie tylko, dzisiaj wrzucam kilka zdjęć - pociągowych.
Rzadziej w tej chwili kręcę się obok mojego przejazdu, bo koleżanka namówiła mnie jakiś czas temu na bieżnię w podciśnieniu. I 2-3 razy w tygodniu chodziłam z nią na tę bieżnię, a na kijki, czy bieganie już nie wystarczało czasu, czy sił, bo ja już przecież młódka nie jestem, żeby cały dzień na jakieś treningi latać. Zwłaszcza, że nigdy nie uprawiałam sportu wyczynowo.
Ale powoli zaczynam dusić się w pomieszczeniu i powiedziałam koleżance, że chcę się do startów w zawodach przygotować i co za tym idzie - bieżnia maksymalnie raz w tygodniu. Na szczęście ona też odkryła inne formy ruchu, więc doszłyśmy do obopólnego porozumienia ;)
Z tymi zawodami, to oczywiście najprawdziwsza prawda, bo o ile dystans 5 km jestem w stanie przebiec - powoli i marudząc czasami ;), ale przebiegnę, to dycha stanowi dla mnie spore wyzwanie. Nie, w sensie samej odległości, ale w sensie przebiegnięcia całości.
Wracam więc powoli na moją trasę kijkowo - biegową, na razie 6 km. Dzisiaj na ten przykład rano sobie poleciałam. Chłop dał mi swój wypaśny zegarek, mierzący każdy oddech niemalże ;) Mnie tam takie gadżety za bardzo potrzebne do szczęścia nie są, ale dobra. Niech tam będzie.
Wracam, Chłop wrzuca treningi na komputer, analizuje moją trasę i w pewnym momencie pytanie: A dlaczego na przejeździe stanęłaś? :))))
Dlaczegóż to mogłam uczynić rzecz tę straszną? ;) 
- Bo pociąg jechał, oczywiście :))
Skoro więc o pociągach mowa, przejdźmy do meritum.
Pierwsze zdjęcia pokazują pociąg, który od niedawna jeździ po naszych torach, w ramach InterCity. Np. na trasie Warszawa - Szczecin. Te zostały zrobione na dworcu w Poznaniu:





Prezentuje się nieźle, moim zdaniem. Jeszcze nim nie jechałam, mam nadzieję, że niedługo to nastąpi, a takowy zatrzymuje się na naszej stacji w drodze do Szczecina i vice versa ;)

Kolejny pociąg, to unowocześniony, kultowy EN 57, zwany inaczej żółtkiem" lub "kiblem", jeżdżący w barwach Przewozów Regionalnych. Obecnie nazywany jest "Tygryskiem" - ze względu na ubarwienie. Kiedyś pokazywałam go już na blogu, bo leciał naszą obwodnicą, w ramach zapewne jazdy testowej.
Teraz jeździ m.in. do Wrocławia.




Gdzieś doczytałam się, że to już ostatnia przeróbka tego pociągu, którego produkcja zakończyła się w latach 90. - jakżeby inaczej ,zresztą. Wtedy mnóstwo polskich produktów zakończyło swoją produkcję z powodu rzekomej nieopłacalności.

Kolejne zdjęcie pochodzi sprzed trzech dni chyba. Ustrzeliłam raz jeszcze różową lokomotywę:


A na koniec - retro. Być może już kiedyś pokazywałam te zdjęcia na blogu:





Z tymi obrazami zostawiam Was na weekend :)

Do zobaczenia :)

środa, 3 lutego 2016

Tak po trochu o wszystkim, głównie o odwyku i bajka na dobranoc

Od kilku dni mam mocne postanowienie dotyczące zrobienia pewnego odwyku od netu, bo ... bo tak, po prostu.
Kilkanaście ostatnich dni spędziłam w oparach dołującego i dominującego smutku, który pojawił się, nie bez przyczyny, rzecz jasna, bo wszystko jakąś przyczynę ma. W tej chwili trochę odpuszcza, ciężka sprawa u mnie z tym tematem.
Wiem, rzecz jasna, że ludzie mają dużo większe problemy ode mnie, zdrowotne, rodzinne wszelakie związane z chorobami najbliższych, brakiem kasy, czy niezgodą ... 
Staram się znaleźć przyczyny tych stanów, idzie mi tak sobie, czasem przebłyski się pojawiają i znikają, co zrobić.
No to sobie ponarzekałam.
Jakiś czas temu napisałam kolejną bajkę do kalendarza Biała Kura. Bajkę na luty.
U Gosianki i w Kurniku jest bajka Damykier, która była Głównopiszącą na luty, moja opowieść jest dodatkowa. A może jeszcze ktoś coś dopisze?
Miałam pomysły na kolejne, ale coś się rozwiały, mam nadzieję skupić się ponownie i wyprodukować kolejne. Zobaczymy.
A oto moja opowieść o psince, która znalazła najlepszy dom na świecie :)
Miłego czytania :)


Miłość na zawsze. I już.

Siedziała w pustej stajni, drżąc z zimna i strachu, z coraz bardziej pustym żołądkiem. Nie rozumiała, co się dzieje. Nikt nigdy
o nią co prawda jakoś przesadnie nie dbał, przez całe swoje krótkie życie nie zaznała zbyt wiele miłości i czułości ze strony człowieka, ale zawsze ktoś jakieś jedzenie do miski rzucił, czasem po łebku pogłaskał. W stajni było kilka koni, wszędzie leżało mnóstwo słomy i siana, przyjemne ciepło biło od zwierząt.
Teraz nie było nikogo. Od kilku miesięcy.
Wybiegała czasem na wieś, gdzie wiejskie burki dzieliły się z nią jakimś małym kąskiem strawy, często jednak ludzie przeganiali ją ze swoich obejść.
Skończyła się wiosna, przeszło lato i jesień, dni zaczęły się niepokojąco skracać,
a temperatura powietrza spadać.
Przyszedł moment, kiedy nie miała sił na dalszą walkę z okrutnym Losem. Położyła się w ciemnym kącie stajni, w którym najmniej hulały przeciągi i czekała na swojego Anioła Opiekuńczego, który zabierze ją w końcu do lepszego świata. Znajdowała się na styku obu krain, między jawą a snem.
Minęło kilka dni, Anioł ociągał się z przyjściem… Aż w końcu otworzyły się drzwi stajni, do środka wpadła smuga jasnego światła, a w tej smudze pojawiły się Anioły.
- Nareszcie… – westchnęła. – Nareszcie jesteście!
Anioły ujęły ją delikatnie, zawinęły w coś puchatego i zaniosły – nie, nie do nieba, zaniosły ją do ciepłego samochodu.
Pod wpływem ciepła i czułych głasków ocknęła się po chwili. Nagle przed noskiem pojawiło się coś, co ładnie pachniało
i nadawało się do jedzenia! Anioły zachęciły ją do skosztowania, potem napoiły czystą wodą. A później jeden z nich usiadł za kierownicą i cała trójka opuściła to straszne miejsce.
Na dobre już oprzytomniała, ale strach i smutek jej nie opuszczał. Wciąż drżała z emocji, nie wiedząc, dokąd jedzie i czy za moment nie zostanie wyrzucona z samochodu.
Nic takiego się nie stało. Samochód w pewnej chwili zatrzymał się, do środka zajrzała Starsza Czarownica ze swoją córką – Młodą Czarownicą, ostrożnie chwyciły ją zawiniętą w kocyk i przeniosły do drugiego pojazdu. Tam też było ciepło i miło. Czule zagadując do niej, ciągle smutnej i wystraszonej, zajechały przed wysoki budynek. Czarownice wyciągnęły ją z samochodu, weszły do budynku i zatrzymały się przed drzwiami, które otworzyły się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Stanął w nich Młody Czarodziej. Zaprosił podróżniczki do środka – znów było ciepło i spokojnie. Odważyła się popatrzeć Młodemu Czarodziejowi w oczy, kiedy do niej miło przemówił.
Wtedy pojaśniało dookoła jeszcze bardziej, w powietrzu zamigotały złote gwiazdki i zrozumiała, że są dla siebie stworzeni. Że już tutaj zostanie. Na zawsze.
Młody Czarodziej i obie Czarownice jeszcze nie zdawali sobie z tego sprawy. Musiało minąć kilka dni, zanim to do nich dotarło.
Młody Czarodziej został Panem Na Zawsze, Młoda Czarownica uszczęśliwiła kolejne psie biedy ze schroniska, zaś Starsza Czarownica zajęła się szukaniem domu dla kota Bonusa, a ona – zwana odtąd Fretą Garbo - mieszka z Panem Na Zawsze. Szczęśliwa i radosna, co widać na załączonym obrazku.

KONIEC

Załączony obrazek, to oczywiście kartka z kalendarza. 

Pozostając w tematyce zwierzęcej, zajrzyjcie, proszę tutaj : https://www.facebook.com/events/447163088814993/449017428629559/
To o ratowaniu koni z targu w Skaryszewie, który niedługo się odbędzie. Wielu dobrych ludzi z różnych stowarzyszeń się tam też pojawi, żeby choć kilka koni uratować przed rzeźnią, a przedtem potwornymi warunkami przewozu. To taka słynna polska miłość do koni.

To ja się pożegnam

Coraz mniej mnie na blogach od jakiegoś czasu. Nie mam ani pomysłów, ani sił i chęci do pisania nowych postów. W dodatku przyplątały się ...