sobota, 28 lutego 2015

Koniec miesiąca - sportowe podsumowanie ;)

Minął kolejny miesiąc mojego intensywniejszego trybu życia. Mimo, że luty zaczął się dość ciężko, bo chorobami w rodzinie 
 i moim niedomaganiem, to skończył się całkiem nieźle, jeśli chodzi o sportowe wyjścia. Nie będę zamęczać Was comiesięcznymi sprawozdaniami, ale dzisiaj jeszcze to uczynię. Kto chce, to przeczyta, a kto nie chce, to przecież przymusu nie ma ;)
W lutym dołożyłam marszobiegi. Wyszły mi cztery, bo nie robię ich codziennie, przeplatam je nordikiem, albo wolnym dniem, żeby nie przesadzić. Dzisiaj i w zeszłą sobotę zrobiłam jedno i drugie, wyszło zatem około 11 km. Pogoda taka sobie, ale mi tam zimno nie było, trochę ręce zmarzły, mimo założonych rękawiczek, ale to nic. Na kijki ubieram się zresztą trochę inaczej, 
w sensie, że ciut cieplej i zdaje to doskonale egzamin. Do tego obowiązkowo czapka, rękawiczki i jest dobrze.

To zrzut ekranu mojej lutowej aktywności:


Czyli 16 dni aktywnych. Różowe pola oznaczają nordic, niebieskie - marszobieg, zielone - nordic w lesie.
Łącznie około 100 km, w ciągu jakichś 13 godzin. Łatwo policzyć, że średnio na dzień wychodzi 45 minut. Niedużo, prawda?

Cóż, mam nadzieję, że ta tendencja się u mnie utrzyma i zaowocuje pozytywnymi zmianami np. w postaci niższej wagi, tudzież zwiększonej wydolności. Poza tym, uprawiam nachalną agitację wśród mniej ruchliwych znajomych i jeśli będzie skuteczna, będzie mnie to bardzo cieszyć. Jedna miała zacząć dzisiaj chodzić z kijkami, a ma gdzie, bo jej narzeczony mieszka w pięknym miejscu nad Wartą, a w pięknych okolicznościach przyrody chodzi się fajniej, niewątpliwie. Zobaczymy. Chciałabym w innych dziedzinach życia ruszyć równie żwawo i z ochotą do przodu.

Czego i sobie, i Wam serdecznie życzę :))

środa, 25 lutego 2015

Nowoczesne dzieci nauczanie

Zaglądam sobie czasem na portal wiocha.pl. Zamieszczone tam zdjęcia śmieszą, albo wkurzają, albo ośmieszają, a czasem nie wiadomo po co ktoś to do sieci wrzuca. Mało co mnie na tym świecie dziwi, ale dzisiaj szczęka mi opadła na podłogę, a ze zdziwienia to do tej pory wyjść nie mogę. 
Otóż ktoś zamieścił takie zdjęcie:


Link do komentarzy tutaj.


Nie mam pojęcia, w jakiej książce znalazło się to odkrywcze zdanie. Podejrzewam, że w jakiejś dla dzieci, którą można kupić za parę złotych nad morzem ...
Nie mam również pojęcia, co autor/autorka wzięła przed wymyśleniem powyższego, ale powinien/powinna zdecydowanie zmienić dostawcę ... internetu ;) Bo moim zdaniem, to się ni kupy ni d....upy nie trzyma. Jakby nie było, piszemy i czytamy od lewej do prawej, więc gdzie ta dupka? Z przodu? A "b" ma brzuszek z tyłu? Jak stanie odwrotnie, to może ...
Mnie tam nikt nie musiał tłumaczyć o dupkach z tyłu, jakoś sama skumałam, jaka jest różnica między tymi literami i większość 
z Was też pewnie nie ma problemu z odróżnieniem jednego od drugiego. A jeśli ma, to takie tłumaczenie wprowadzi jeszcze większy zamęt w głowie - tak myślę, ale mogę się mylić. 
Po co robić z dzieci jakieś niedorozwinięte istoty? Tak jakoś zwyczajniej się nie da? Nie, żebym była przeciwna innowacjom pedagogicznym, ale ta najzwyczajniej w świecie mi się nie podoba i uważam za bez sensu. 
Chociaż z drugiej strony, może niepotrzebnie piszę post na ten temat? Może na tym polega nowoczesne szkolnictwo 
i nowoczesne nauczanie dzieci? Że trzeba im tak dosłowniej i dosadniej tłumaczyć rzeczy oczywiste? I wszędzie wcisnąć przysłowiową dupę -? Bo nie zrozumieją różnicy pomiędzy "d", a "b"?

A tak zmieniając temat - czy razy byłam na marszobiegu. Nagranie mi pasuje, bo nie stawia wymagań, którym nie mogłabym podołać, powodując zniechęcenie i frustrację ;) Owszem, zmęczę się przy biegu, bo pod tym względem nie mam wielkiej kondycji, ale daję radę. Bo za moment kończę bieg/ trucht i przechodzę do szybkiego marszu. I tak ze cztery razy. Zobaczymy, jakie przyniesie efekty. Niewątpliwie o nich uprzejmie ;) doniosę. Obojętnie, jakie by nie były, ale tak gdzieś za miesiąc dopiero.

Do miłego :)

sobota, 21 lutego 2015

Nie ma już wymówek i o Skarpecie słów kilka.

Zanim o wymówkach, to najpierw o Skarpecie. Chwalebna to część garderoby, do której można coś zbierać, a potem z niej wyciągnąć i komuś pomóc. W Pastelowym Kurniku można poczytać więcej, do czego zachęcam osoby, które jeszcze ( a są takie??;)) tam nie zajrzały.
A tutaj - konkrety.
I wierszyk motywujący do działania:

  Na Skarpetę nie żal czasu, na Skarpetę nie żal snu,
coś podłubiesz, prześlesz kasę, a pomożesz kotu, psu...
(Mnemo)

Teraz o wymówkach. Od jakiegoś czas śni mi się, że biegam. Moja dusza biega, bierze udział w zawodach, ale ciało oporne na ten rodzaj ruchu. Sama nie wiem, dlaczego. Podejrzewam, że w szkole na wuefie coś poszło na początku nie tak, szybka nigdy nie byłam, jeśli chodzi o biegi, a potem to już było coraz gorzej. Gry zespołowe, gimnastyka - wszystko ok., jak przychodziło do biegania, nerwy i szybka zadyszka.
Los postanowił ze mnie z lekka zakpić i postawił na mojej drodze Chłopa, który w młodości trenował lekkoatletykę i wrócił do sportu, już amatorskiego, po wielu latach przerwy. Zaczynaliśmy oboje od kijków. Jak dla mnie bezpieczne, bo nie ma zadyszki, chodzić szybko potrafię, więc pełen luz ;)
Ale chcę więcej. Skoro inni/ inne mogą, to dlaczego nie ja?
Łatwo jest nabawić się kontuzji i zrobić sobie krzywdę, przeginając z treningami. Albo zniechęcić się po kilku metrach, dostając zadyszki i kolki. To wiem. Postanowiłam podejść do sprawy ostrożnie niczym kot, delikatnie dotykając łapką nową rzecz ;) Mam stary telefon. Nic nadzwyczajnego, bo ja mam same stare telefony. Używam jednego starocia, a dwa pozostałe sobie leżą. 
W jednym mam program do biegania dla kompletnych laików, cieniasów i początkujących. Przez tyle lat nie wykasowałam go, niechętnie kasuję cokolwiek z telefonu, zresztą ;) Uczyniłam zatem krok pierwszy, a właściwie już drugi. Potem wyjaśnię.
Tym krokiem było naładowanie owego starego telefonu. Działa, bo ma nieczynną kartę SIM. Telefon odpalił, nagranie działa, czego brakuje? Słuchawek, oczywiście, bo lubię mieć wolne ręce, bieganie z telefonem w dłoni nie wchodzi w grę zatem. Kiedyś wrzuciliśmy wszystkie słuchawki do jednego koszyczka. Namierzyłam zatem koszyczek, wysypałam zawartość i znalazłam je!! Nówki nieśmigane, nigdy nie używane, bo z folijką w jednym miejscu.
Skoro więc sprzęt czekał gotowy, to nie pozostało mi nic innego, jak ubrać się odpowiednio, ustalić trasę ( po miękkim podłożu tylko) i wyjść z domu. Ten moment nastąpił dzisiaj. Nie zniechęciłam się po dzisiejszym dniu. Trening trwa około 35 minut, zrobiłam, jak mi się wydaje trochę ponad 4 km - na drugi raz policzę dokładniej, potem wróciłam do domu, wzięłam kijki 
i machnęłam jeszcze swoją traskę w liczbie około 6 km. Mam nadzieję, że coś z tego w końcu wyjdzie. Na razie chciałabym przebiec 5 km bez większej zadyszki i zatrzymywania się. Zobaczymy.
Teraz zdjęcia. Dzisiaj nie robiłam żadnych, te pochodzą sprzed kilku dni. Badylki tym razem:





A to mój sprzęt do marszobiegów:



Robi wrażenie, prawda? Ktoś może się oczywiście zapytać i słusznie, dlaczego nie wrzucę sobie tego nagrania na telefon, którego używam na co dzień? Otóż motorola bardzo niechętnie współpracuje z komputerem i szybciej będzie, kiedy ją naładuję 
i wezmę na trening. A dlaczego napisałam wyżej, to to drugi krok? Ponieważ już jakiś czas temu wydobyłam ją z niebytu, naładowałam i na tym się skończyło. Ale to było w zeszłym roku.
Na koniec, choć to jeszcze nie Wielkanoc, to ja się podzielę z Wami jajeczkiem ;) Spokojnie, na mózg mi nie padło od nadmiaru ruchu na powietrzu ;) Dzisiaj rano jedliśmy jajka na śniadanie i takie serduszko się mi pojawiło, które niezwłocznie udokumentowałam:



Miłego weekendu zatem życzę :)

poniedziałek, 16 lutego 2015

Prawie wyłącznie pociągi

Tydzień temu wybrałam się do stolicy naszej wojewódzkiej, a Chłop mój miał do mnie dojechać po pracy. Mając jeszcze pół godziny do przyjazdu jego pociągu, poszłam sobie na peron - ileż się działo! Ile ciekawych rzeczy zauważyłam, które zazwyczaj umykają wzrokowi zapędzonego podróżnego ;) Do dyspozycji miałam tylko komórę i dzięki niej porobiłam zdjęcia :) Zakaz fotografowania na dworcu już nie obowiązuje, więc tym lepiej dla mnie. Poczułam się jak dziecko w ogromnym sklepie 
z zabawkami, któremu pozwolono te zabawki oglądać i się nimi bawić ;)

Kiedy weszłam na peron, zobaczyłam ten pociąg, gotowy do odjazdu. No to cyk:


I pojechał sobie do Wolsztyna, ale następne czekały w kolejce ;)



Odjechał sobie do Leszna.

Ale przy sąsiednim peronie zauważyłam brudaska do Szamotuł. I tak się mi podoba:



Ktoś ze środka groźnie na mnie popatrzył ;) 

A tutaj słynny peron 4a. Słynny, bo tysiące ludzi wkurza się, nie mogąc go odnaleźć, albo zmuszonych do cwału przez cały dworzec mając przesiadkę na ten przykład. Teraz w zapowiedziach, pani mówi, że peron ten znajduje się za starym budynkiem dworca. Nie wspomina jeno, że z nowego budynku to ładnych kilka minut marszu ;)
Kiedy ja szalałam z aparatem, stał tam pociąg do Jeleniej Góry. Ten czerwony. Pierwsze zdjęcie pokazuje wejście na peron 4a.



Zauważyliście tę piękną żółto - niebieską lokomotywkę manewrową? Cudo :))


A tu straszący i pusty budynek - jeśli dobrze pamiętam, swój posterunek mieli tu peronowi.


Tajemnicza tabliczka na innym budynku. Nie mam pojęcia, o co chodzi. Ale nie szukałam rozwiązania tej zagadki. Może kiedyś się dowiem.


Ale cóż. Na tor przy peronie 5 wjeżdża z rozmachem pociąg, który przywiózł mi Chłopa. To koniec sesji zdjęciowej na dzisiaj:


To nie wszystkie zdjęcia, jakie chcę Wam dzisiaj pokazać. Kolejne pochodzą z mojego przejazdu kolejowego. W piątek trzynastego było tak:



W sobotę świeciło piękne słońce:



W niedzielę też. Czeska lokomotywa o polskim imieniu Madzia, wjeżdża na nasz dworzec, ciągnąc między innym piętrowe wagony. Dawno już takimi nie jechałam, więc wsiedliśmy do jednego z nich:



Co ja na to poradzę, że lubię pociągi? Ten post to taka odskocznia od rzeczywistości. 
Wiedzieliście np., że dzisiaj jest rocznica podpisania rozejmu w Trewirze, który kończył teoretycznie Powstanie Wielkopolskie. Teoretycznie, bo Niemcy jeszcze klika miesięcy pozwalali sobie na wojenkę podjazdowo - zaczepną. Dokument ten nie zawierał albowiem daty, od której ten rozejm miałby obowiązywać. Sprytne, nie? W związku z tym nasunęły się mi różne niewesołe refleksje na ten temat.
Dodatkowo usłyszałam dzisiaj w Radiu Merkury, że były wiceprezydent Poznania, na temat którego jest ostatnio głośno, ma dostać fuchę w PKP Nieruchomości. Taaa ..... ma facet doświadczenie w tej mierze, bo odpowiedzialny był za inwestycje 
w Poznaniu np. budowę nowego dworca kolejowego. Wróc! Za budowę galerii i doklejonego doń budyneczku z kasami biletowymi i paroma krzesełkami dla podróżnych. Odpowiedzialny był również za ślimaczący się od kilku lat remont Kaponiery, czyli centralnego skrzyżowania w mieście i wielu innych, równie "sprawnie" przeprowadzonych robót. 
To ja już wolę sobie o pociągach popisać. I suchych badylkach.

piątek, 13 lutego 2015

Noszę sie z tym od środy

U GosiAnki dziś od rana post o dobrych ludziach. Osobiście bujam się z tym tematem od - nawet nie środy, tylko od zeszłego tygodnia. 
Pisałam jakiś czas temu o rowerowym wyczynie mojego ojca. W poniedziałek po owej sobocie ( czyli już prawie 2 tyg. temu) okazało się, że to nie zwykłe zapalenie pęcherza, tylko problem wielu starszych panów, czyli prostata. Która to była od lat pod kontrolą urologa, rzecz jasna, a pod koniec stycznia zdecydowała dać czadu.
Ojcowy urolog - z miasta wojewódzkiego, powiedział mu, że tu jedynie operacja i jeśli on miałby ojca wziąć do swojego szpitala, to dopiero w kwietniu. Niby kwiecień to niedługo, ale ... właśnie.
Jako, że do naszego miasta przyjeżdża jeszcze jeden urolog z województwa - pracuje w innym szpitalu, to brat pojechał do tego szpitala, żeby się o rzeczonego spytać, gdzie przyjmuje, bo może szybciej dałoby radę do tegoż szpitala przyjechać na wizytę. Pani, 
z którą brat rozmawiał zaproponowała innego lekarza. Bo ten wyżej wymieniony jest za bardzo zaganiany i jeszcze parę szczegółów dorzuciła - jest to prawda, bo i ojciec i bratowa mieli z nim do czynienia już wcześniej.
W każdym razie, pani ta umówiła wizytę w zeszły piątek, a w poniedziałek był telefon z tego szpitala, że ojciec ma przyjechać doń w czwartek ( czyli wczoraj) i dzisiaj zapewne będzie operowany. To chyba dobrze, bo sytuacja ta życiu nie zagraża, ale jego komfort pogorszyła i to bardzo.
Jestem naprawdę zbudowana postawą tej pani, która popchnęła sprawę ostro do przodu - można? Można.

Poniedziałek i wtorek były dość mocno zawirowane. Poniedziałek szczególnie. Okazało się, że ojciec ma brać zastrzyki przeciwzakrzepowe. Pani podała nazwę, trzeba było iść do rodzinnego ( Poniedziałek!!! Pełnia sezonu grypowego!!!) po receptę, a potem ewentualnie do zabiegowego, żeby zastrzyk został zrobiony, albo zrobić go samemu.
Jako, że poniedziałek miałam wolny ( rozmrażałam lodówkę!!), zadzwoniła do mnie mama, czy nie pojechałabym z ojcem, żeby to wszystko załatwić. Do przychodni nie można było się w ogóle dodzwonić - przeziębiona bratowa próbowała, bo chciała się zarejestrować do lekarza. Skoro już pojedziemy, to ją zarejestruję.
W rejestracji niemiła niespodzianka - do żadnego lekarza nie ma już numerków!! A receptę - to proszę wejść sobie bez kolejki do jednego lub drugiego lekarza. Nosz ............. sobie wejść, jasne .... ja, która nienawidzi tłumów i wpychać się do kolejki nie umie. Ojciec też nie potrafi. Zresztą osłabiony był po tym wszystkim.
Ale za chwilę robię drugie podejście do rejestracji i pytam się, co ma zrobić chora osoba ( bratowa) w tej sytuacji - urlop brać, czy co?? 
Nie wiem, co się stało, bo kobita mówi, że jeszcze jeden numerek został do lekarza X. 
Bratowa zarejestrowana, ale przed drzwiami gęsto. Cholera. Kichający i kaszlący tłumek. W końcu mówię ojcu, żebyśmy pojechali prywatnie do sąsiadki - lekarki z tej samej przychodni, która pracę zaczynała po południu. Jesli będzie w domu, to poprosimy o wypisanie recepty, a jak nie, to za dwie godziny bratowa pójdzie do lekarza X. i bez łachy i proszenia się komukolwiek, ojciec wejdzie razem z nią.
Sąsiadka w domu była, receptę wypisała ( rodzice chodzą do niej, zresztą), kasy nie wzięła. Ulżyło mi. Pojechałam wykupić te zastrzyki, a potem załadowałam towarzystwo do samochodu i zawiozłam do przychodni. Zastrzyk został zrobiony, rodziciel zawieziony do domu, a po godzinie pojechałam po bratową.
Nie wiem, ile kursów zrobiłam, niczym DHL ;) Najważniejsze, że załatwiliśmy.
We wtorek zaliczyliśmy jeszcze krótką wizytę na izbie przyjęć - przed południem, więc teoretycznie najpierw lekarz rodzinny powinien wystawić skierowanie (!!!!), ale przyjęli ojca i udzielili pomocy. Na dyżurze był chirurg, którego pamiętałam z zeszłego roku, przy którym Smerf Maruda to największy na świecie optymista :))) ale gość jest bystry i nawet się ucieszyłam, jak go zobaczyłam. A na jego marudzenie jakoś jestem uodporniona ;)
Mam nadzieję, że na tym niemiłe niespodzianki się skończyły, chociaż pewności nie ma.
Tak się jakoś składa, że w ostatnich latach, prawie co roku, ktoś z rodziny ląduje w szpitalu. Chłop mój, brat, bratowa, Młody. Mama była dwa dni na rozbijaniu kamieni, mnie w tym spisie nie ma i niech tak zostanie, kurde.
Nie wiem ,dlaczego tak się dzieje, czy jakieś odczynianie musiałoby być? Oczyszczanie? Jakieś pomysły macie może? Pytam poważnie.

Dzisiaj piękne słońce u nas. Mam nadzieję, że uda się mi wyjść sobie na kijki, wczoraj byłam :)
Miłego dnia wszystkim życzę :)
Szukajmy więc dobrych ludzi wokół i dobrych zdarzeń.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Trochę śnieżnych krajobrazów

Niby nic nadzwyczajnego o tej porze roku. Śnieg, mróz, zadymki ... ja jednak się od tego odzwyczaiłam, ciesząc się bezśnieżną 
i w miarę ciepłą zimą. W sumie półtora miesiąca i będzie wiosna, a niedawno był początek grudnia, święta, sylwester .....
Wczoraj obudziło nas piękne słońce i wszędobylska biel. No nie powiem, ładnie to wyglądało, nawet parę zdjęć w lesie zrobiłam .... Chłop mój wziął rano samochód, bo mieli z jego biegowym klubem pojechać w piękne okoliczności przyrody pobiegać. Pojechał na miejsce zbiórki - nikogo, podjechał nawet te 10 km za miasto, gdzie mieli trenować - nikogo ... wrócił więc do domu, samochód wyglądał jakby rajd Paryż - Dakar i przez słone jeziora przejechał ... to nic - dzisiaj śnieg go przykrył, może ów brud sam się jakoś zmyje ;)
Pojechaliśmy do lasu zatem. Było pięknie :) Ludzi też sporo, ale nie przeszkadzaliśmy sobie. Powitał nas taki mały bałwanek:


Za płotem są konie :)

Mój ulubiony widoczek:

Śnieg na krzakach wyglądał niczym bawełna ;)

To miejsce też lubię:


Dzisiaj już tak ładnie nie jest, niestety. Zaplanowałam sobie ambitne zadanie na dzisiaj, a mianowicie rozmrożenie i umycie lodówki. Rozmrażana nie była dawno. Bardzo dawno, czas więc na nią. Pomogę sobie dobrym patentem - suszarką do włosów. Lód ścieka wtedy bardzo szybko i wszystko ładnie wysycha ;)

Udanego dnia wszystkim życzę :)

środa, 4 lutego 2015

Niespodzianka od Orszulki

Fajna., nie??


Orszulka doniosła również, że wczoraj w Londynie spadł śnieg. Na moją cześć ani chybi ;))

DZIĘKUJĘ CI BARDZO, ORSZULKO :))))

To była naprawdę niesamowita niespodzianka :)
:***

P.S. To mój dwusetny, opublikowany post :)

wtorek, 3 lutego 2015

Między dwiema siostrami

Luty rozpoczął się dla mnie dość mocnymi akcentami chorobowymi. W sobotę rodzice, a w niedzielę ja. I nie dlatego, że na studniówce przeholowałam z czymkolwiek. Nie, absolutnie, nie. Z alkoholu wypiłam tylko szampana na samym początku i być może był to nawet bezalkoholowy, a z jedzeniem nie przesadzałam. Ileż można, zresztą.
W każdym razie, w niedzielne przedpołudnie rozbolały mnie mięśnie, a potem było już coraz gorzej. Po południu podjechaliśmy jeszcze do rodziców z obiadem, oboje leżeli, ale kontaktowali ;) więc wizyta skrócona została do minimum, bo w takiej sytuacji człowiekowi spokój jest potrzebny.
Byłam w stanie wstać na końcówkę meczu Polska - Hiszpania, a nawet obejrzałam finałowy i padłam.
Ale jakoś się pozbierałam i w poniedziałek było już dobrze, mogłam pozwolić sobie na pozostanie w domu. Czary mary, imbir, miód ze starą, dobrą polopiryną S zadziałały. Swoją drogą, nie wiedziałam, że tego leku nie powinno podawać się dzieciom, bo grozi to wystąpieniem rzadkiej, ale ciężkiej choroby uszkadzającej mózg i wątrobę. Że ja dzieciństwo przeżyłam, to naprawdę cud mniemany ;) Bo tym lekiem mnie również kurowano w dawnych czasach. Bez kasku na rowerze jeździłam. I bez pasów 
w samochodzie, o foteliku nie wspomnę .....
A polopirynę to Chłop mój przypadkiem kupił. Chciał coś innego, ale bez okularów nie widział dokładnie, co kupuje, bo pudełka są podobne. Może to i dobrze ;)
W każdym razie, mimo dużej beztroski, wykazywanej przez rodziców ( polopiryna, brak kasku, pasów w aucie itp.), dożyłam dnia dzisiejszego. Na swój temat znalazłam coś ciekawego, jakby o mnie. Prawie szfystko się zgadza. Jak ktoś chce sobie poczytać, to pod tym linkiem, nie będę tutaj całego tekstu kopiować. Teraz już wiem, dlaczego nie zdobywam dużego majątku ;) Los nade mną czuwa, żeby materializm nie przesłonił mi rzeczywistości ;)
A poza tym - kopiuję z powyższej strony, zawody są szczególnie interesujące. Żadnego nie wykonywałam, ani nie wykonuję ;)

zawody męskie : projektant mody, sekretarz, mechanik samochodowy
zawody żeńskie : modelka, fizyk, reżyser
kolory : różowy, fioletowy, ochra; rubinowy
kamień : cytryn
zwierzę : żuraw - nie wiem, co ten żuraw miałby dla mnie oznaczać?
roślina : tojad lisi - o matko, brzmi złowrogo. Ludowa nazwa tego kfiatka to mordownik. Roślina silnie trująca. I co mam z tym fantem zrobić? ;)

Co jeszcze znalazłam? To jest dobre:

Weź sprawy w swoje ręce i z człowieka broniącego się zamień się w agresora. W przeciwny razie wiele możesz stracić. Pamiętaj, że dziś wszystko ci sprzyja. 

Nie mam prawie żadnych wad. Tutaj piszą, że

Na próżno można szukać u człowieka urodzonego 3 lutego jakichś większych wad i cech, które uniemożliwiałyby darzenie go sympatią czy zaufaniem.
Jego słabości odbijają się głównie na nim samym i są zupełnie nieszkodliwe dla jego otoczenia, bo nigdy nikogo rozmyślnie nie krzywdzi, częściej sam sobie wyrządza krzywdę, oczywiście nieumyślnie.

Ale z drugiej strony:
  
Ten brak życiowej orientacji nierzadko również objawia się w jego nieumiejętności zachowania się – człowiek urodzony 3 lutego często może popełniać nietakty, nie tylko towarzyskie, ale wpędzać się tym w poważne kłopoty i przykre doświadczenia.

Z tymi nietaktami - bywa, ale komu się one nie zdarzyły!? Chyba każdej osobie. Tak więc jestem chodzącym ideałem, aczkolwiek brak koncentracji i postępujące z wiekiem roztargnienie, może mi sprawić wiele życiowych problemów. Ale kto ich nie ma?? ;)

Byłam kiedyś, dawno temu u wróżki. Taka mocno starsza pani, mieszkała w jednej popegeerowskiej wsi. To, co mówiła o przeszłości, się zgadzało, ale jeśli chodzi o przyszłość - już niekoniecznie. A dlaczego? Bo ja nie chciałam, żeby się to spełniło. Naprawdę. W momencie, kiedy mi to mówiła, ja w myślach jej odpowiedziałam, że nigdy w życiu do tego nie dopuszczę. I tak się stało, bo inaczej byłby to dla mnie bardzo zły wybór. Tak naprawdę więc, sami jesteśmy kowalami swoich losów. Szkoda tylko - tu mam na myśli siebie, że nie do końca wiem, dlaczego pewne rzeczy się w moim życiu dzieją, podejrzewam, że drzemią głęboko w podświadomości i przy najbliższej okazji wyłażą na wierzch. Bo prawie nikt świadomie nie chce być chory, czy mieć problemy z pracą, finansami, rodziną itp. A prawie każdy z nas z takimi kłopotami boryka. No właśnie.

Ale teraz czas na tort ;) Nie liczyłam, ile jest na tym świeczek, ale dużo, jak widać, więc pasuje ;) Link


Albo taki:


Lub jeszcze inny

W kociej konwencji:


Częstujcie się, niestety tylko wirtualnie ;)

Jeszcze tylko wyjaśnię tytuł tego dzisiejszego wpisu. Sióstr nie mam, ale chodzi o moją babcię, która jutro miałaby imieniny i jej siostrę, która to swoje imieniny obchodziłaby wczoraj. A ja się wstrzeliłam z urodzinami pomiędzy ;)

Miłego popołudnia wszystkim życzę :)

To ja się pożegnam

Coraz mniej mnie na blogach od jakiegoś czasu. Nie mam ani pomysłów, ani sił i chęci do pisania nowych postów. W dodatku przyplątały się ...