niedziela, 11 lutego 2018

Nareszcie przerębel....bel,bel,bel....

Dzisiaj wlazłam w końcu do przerębla 😉 zimno z ostatnich dni sprawiło, że nasz akwen częściowo zamarzł, od brzegu lód miał 7 cm, trzeba było zatem użyć piły motorowej, żebyśmy mogli do wody wejść.
Przez chwilę miałam lekkie wątpliwości, czy dam radę, bo to już nie przelewki, ale spoko. Tak naprawdę jestem w tej chwili w stanie wejść do każdej wody 😂 w sensie zimna i ciepła.
Duża część naszego klubu bawiła dzisiaj w Mielnie, w którym to odbywał się doroczny zlot morsów. My nie pojechaliśmy, z różnych powodów... Może za rok, jak dobrze pójdzie....
Tak sobie pomyślałam, że gdybym nie zaczęła mojej przygody z włażeniem do zimnej wody 
w listopadzie, to w tej chwili nie byłoby opcji, żebym doń weszła.
Dzisiaj przyjechała pewna rodzina, rodzice z dwójką dzieci. Pana sobie kojarzyłam, pani nie. Zrobiła intensywną rozgrzewkę swoim dzieciom - i słusznie, ale kiedy doszło do wejścia do wody, to dzieci zanurzyły się do kolan, objęły swoją rodzicielkę mocno w pasie i w płacz, bo zimno 
i nieprzyjemnie.... Traf chciał, że w pewnym momencie państwo ci stanęli obok nas, zaczęli rozmawiać na temat tej akcji. No to ja się wymądrzyłam, że ja morsuję od listopada i dzięki temu jestem w stanie do wody teraz wejść... Pani stwierdziła, że w listopadzie jest dla nich za ciepło 😂
No cóż, im może tak, ale dzieciom niekoniecznie.
Nie, żebym pisząc o tym teraz, potępiała tych rodziców, ale  trochę mnie ta sytuacja rozśmieszyła - wzmianka o gorącym listopadzie, a z drugiej żal mi tych dzieci było, bo mogły mieć zabawę, 
a nie stres.
Potem zresztą ubrały się i ślizgały po lodzie.

A od jutra mam w końcu ferie. Naczekaliśmy się na nie w tym roku...
I dobrze, bo już na oparach każdy jechał.
Chłopu mój natomiast, jutro zaczyna....nową pracę.
Tak, tak, tak mu tam dobrze, czyli niedobrze było, że po ponad trzydziestu latach na kolei, musiał się z niej zwolnić. Władze nasze, tzn.chodzi mi o powiat i gminę, twierdzą, że u nas praktycznie bezrobocia nie ma. No może i nie ma, ale chcąc coś sensownego znaleźć, trzeba poprosić znajomych, żeby cię zarekomendowali. A jeśli ich nie masz, to sobie pracuj np. w firmie sprzątającej wielki koncern motoryzacyjny, która żyłuje ludzi do granic możliwości, a najchętniej ma nocki, bo wtedy nie ma behapowców z koncernu, którzy będą wymagać, by pracownicy nosili odpowiednie maski ochronne, czy jakieś tam inne "duperele". Kto się tam nimi będzie przejmował ...
Albo możesz pracować na śmieciówie przez całe lata, a potem kasy ci nie wypłacą, bo po co.
Ale przecież bezrobocia nie ma. A jak ktoś nie może czegoś normalnego znaleźć, to znaczy, że sobie na to nie zasłużył najwyraźniej. Nie nadaje się do życia w młodym, dynamicznym 
i rozwojowym społeczeństwie, ot co.
Pewnie to znacie, a jak nie znacie, to się tylko cieszcie.
Do tej firmy, Chłopu mój został zarekomendowany przez swojego kolegę, który tam już od lat pracuje i wcale nie na jakieś wysokie stanowisko, tylko na produkcję. Gdyby nie ten kolega, to pewnie nie byłby faworytem na to miejsce.
Przykre, ale prawdziwe.

Żeby do końca marudzenia nie było, to kilka zdjęć z dzisiejszego dnia. Zrobiłabym ich więcej, ale tak mnie trzęsło, że czym prędzej udałam się do samochodu, rozkręciłam ogrzewanie na full 
i jakoś mi przeszło. W domu natomiast - ciepła kąpiel ;)





Udanego tygodnia wszystkim życzę :)

niedziela, 28 stycznia 2018

Co za naród nie na żarty ... nienażarty

W sobotę Chłopu mój poszedł do mięsnego, by nabyć wołowinę dla kota.  
Jak to w sobotę, ludzie masowo stoją w kolejkach niczym za starych, dobrych czasów, 
a w mięsnych to już w ogóle pandemonium. Ale czego nie robi się dla zwierzaka.
Owszem, można kupić więcej i zamrozić, ale Chłopu mój wytrwale czynił zakupy w piątek 
i w sobotę, żeby kot miał świeże ;)
No i stoi przed nim w sobotę kobita, cała spięta i gotowa do zarzucenia na ekspedientkę swoich żądań, wymagań, czekająca z niecierpliwością na to, by owa zrealizowała jej mięsne marzenia .... a ten mój bidok za nią.
I stało się. 
Wykupiła prawie całą wołowinę, 800 gram!! Pozostawiając dla naszego kota jakiś nędzny ochłapek, wydarty jej niemalże z paszczy.
W piątek - podobna sytuacja. 
Co za naród nienażarty, naprawdę. Żeby człowiek nie mógł, w mięsnym na osiedlu, dla kota wołowiny kupić????
Podążyliśmy zatem do owada, bo tam w gotowych paczkach coś się zawsze znajdzie. Na gulasz np., chociaż kot nasz entuzjazmu wielkiego nie wykazuje na widok tego mięsa.
Ale wczoraj oprócz gulaszowego było jeszcze takie na bitki. 
Kupiliśmy.
Kot rąbie, że uszy mu się trzęsą.

Z kota wegetarianina robić nie będziemy. 
Tak, wiem, że życie straciły krowy i byki opasowe. Krojąc mięso widzę je. Widzę je żywe, kiedy jadę pociągiem do pracy i z powrotem, bo przy torach jest gospodarstwo. Te zwierzęta mają 
o tyle lżej w swoim krótkim życiu, że mogą sobie na dwór wyjść i przeważnie na tych wybiegach stoją i chodzą.

Trochę mnie znów przygniotło to i owo. I jeszcze to i tamto ...
Ogólnie czas jakiś taki dziwny. Zima jest, a za chwilę jej nie ma. Czytałam gdzieś, że jakieś przebiegunowanie znów następuje. Co mnie to obchodzi. W sumie przebiegunowania też nie obchodzi moja osoba i moje egzystencjalne problemy, które tak naprawdę nie mają znaczenia 
w skali świata i wszechświata. 

Ehhhh .....

Znośnego tygodnia wszystkim życzę.

sobota, 13 stycznia 2018

Kiedy pociąg odjedzie sprzed nosa ...

... to masz za 20 minut następny i czas na zdjęcia.
Tak było wczoraj. Musiałam albowiem coś załatwić po pracy, przemieszczając się autobusem do innej dzielnicy, skąd już blisko było do dworca, z którego miałam jechać do domu.
Wiedziałam, że nie zdążę na ten pociąg, co zawsze, toteż nie spieszyłam się, bo nie lubię się spieszyć i biec w pełnym rysztunku i w nerwach, czy dam radę, czy nie.
Jako, że w godzinach szczytu, ze stolicy wielkopolskiej w naszym kierunku, pociągi jadą co pół godziny, to tym bardziej gra nie warta świeczki. Czyli upocenia się, zziajania i większego zmęczenia.
Taki miałam plan na wczorajsze popołudnie.
Kiedy szłam na dworzec, a droga biegnie wzdłuż torów, zobaczyłam mój wcześniejszy pociąg, jak spóźniony kilka minut wjeżdża na peron, a potem jeszcze kilka minut stoi. Ale nie, nie, nie dałam się mu sprowokować i nie pokłusowałam przez ruchliwą ulicę i takież tory, w jego kierunku :))) 
Wolałam spożytkować ten czas na zrobienie kilku zdjęć, żeby wrzucić je na bloga ;)
Na pierwszy  pstryk poszła alejka wokół Cytadeli, bardzo ładnie brąz liści z drzewami się komponuje ... i kawał muru, albo nie wiem, czego, specjalnie zapewne zostawione ...






A potem weszłam na peron, pora była pociągowa, więc ... popatrzcie :)
Najpierw wjechał z Torunia - dawny "żółtek", który jeździ w dawnych Przewozach Regionalnych ;)



Potem chwila przerwy, nosiło mnie z jednego końca peronu na drugi ... Tu wyjazd w stronę Warszawy:


A potem za plecami mymi zagwizdało coś i przeleciało obok:





Znowu chwila spokoju,kilka ujęć z różnych stron ... widzicie te wieże za  drzewami? To katedra poznańska:




I znów coś jedzie, do Poznania, mały Elf ;)


A za chwilę z Poznania do Gniezna, biało - czerwone Koleje Wielkopolskie:



A tu już się rozjeżdżają ...
 



To też dawny "żółtek", przerobiony, unowocześniony ...
 

A gdzie mój pociąg?
W końcu nadjechał. Też taki biało-czerwony Elf, jak dwa zdjęcia powyżej tyle, że dwa sczepione razem, bo o tej porze jedzie bardzo dużo ludzi, a tu proszę, frontem do pasażera, żeby za dużego ścisku nie było ;)
Chociaż czasem jest, ale może dlatego, że wszyscy idą na przód, żeby za daleko po wyjściu do wyjścia nie łazić ;)

Po dwóch tygodniach stwierdzam, że nie jest to praca mojego życia ... cóż, życie ... może gdzieś taka jest, a może nie.
W sumie narzekanie nic nie da, ale z  drugiej strony, czemu na blogu nie mogłabym napisać, że coś tam mnie boli?
No właśnie. A i tak o wszystkim nie piszę ...
Ale o czymś jeszcze napiszę.
Jadąc pociągiem, widziałam na niektórych stacjach plakaty z jakimiś osobami. Pomyślałam sobie, że PKP może jakichś hydraulików szuka, albo co ... no takie miałam skojarzenia.
A wczoraj obejrzałam sobie to dokładnie.
Otusz, otóż ... na plakacie z panem lat około 50, przystojnym, zadbanym, z heblem w dłoni ( czyli strugiem po polsku) stało co następuje, tak mniej więcej: 
Jan Kowalski, brygadzista w PKP Cargo, na kolei pracuje od 1986 roku, w wolnych chwilach zajmuje się stolarstwem" ....

Jebłam.

Wybaczcie mi ten wulgaryzm, ale tylko to mi do głowy przyszło, jako komentarz tej żenady ...
Nie ma kasy na podwyżki dla pracowników, na radia (służące do komunikowania się, a nie do słuchania wiadomości), telefony, środki czystości, ale na takie pierdoły jest.

Gratuluję kreatywności, debilu, który to wymyśliłeś. Siedzisz w dyrekcji za biurkiem, tworzysz durne tabelki w Exelu i nie masz bladego pojęcia, co dzieje się tak naprawdę i nie chcesz wiedzieć, bo niemała kapucha ci ten durny łeb i ślepia przesłania... ot, co.

Udanego weekendu wszystkim życzę♥♥♥