piątek, 23 maja 2014

A u nas zakwitły akacje :)


Wybraliśmy się z Chłopem dzisiaj rowerami za miasto, bujając się nimi jakieś trzy godziny, owiewani ciepłym, południowym wiatrem i ogrzewani słońcem. Nie było wcale za gorąco, a mieliśmy świadomość, że na jutro zapowiadają burze i deszcze - wiadomo, sobota :P
Człowiek łazi taki stłamszony, zamyślony bez sensu, a tu znienacka czuje piękne zapachy, które generowane są przez akacje! Kurczę, kiedy one zakwitły? Na wylocie z miasta? Na wycieczkę wzięliśmy nasz nowy nabytek, który potrafi robić piękne super makra, więc przy starej akacji zrobiliśmy pierwszy przystanek. Było upojnie :)



A potem zatrzymaliśmy się na przejeździe kolejowym, jechał towarowy, więc się w kadr załapał :)



Później było już coraz ciekawiej. Zjechaliśmy z głównej drogi na bardzo lokalną, a tam, nad naszą rzeczką - stado krów :) Widok niecodzienny ostatnimi czasy. Stado ma luksusowe warunki na swojej łące i dało sie sfotografować :





Dzięki dobremu zoomowi, udało się mi chwycić rudzielca buszującego wśród traw. Odwrócił się, jakby wiedział, że został sfotografowany przez paparazzo. I obejrzany przez kilkanaście osób ;)


To nie były jedyne zwierzęta, które spotkaliśmy. Dalej kolejni celebryci:

 Kucyk spokojnie się pasł, ale kiedy stanęliśmy i podeszłam bliżej z aparatem, zainteresował się, co ja za jedna ;)




Słodziak z tego pieska, prawda? Nie szczekał na nas i miał ochotę na jakieś głaski, ale nie odważyłam się. Mąż tym bardziej. Zapewniłam psiakowi chwilkę rozmowy i sławę międzynarodową :)

Teraz będzie pierdylion roślinek:






Żółtlica rosła sobie obok sklepu, w którym kupiliśmy lody. Taki maleńki, niepozorny kwiatek, a mi podoba się. Bo, oczywiście całej rośliny nie nazwiemy małą i niepozorną ;)



Wracając do domu, jechaliśmy przez działki i na chwilkę wstąpiliśmy do znajomych. Kilka roślinek zostało uwiecznionych:





Lipy też już niedługo zakwitną. Ciężko było zrobić zdjęcie bujającej się na wszystkie strony gałęzi:


Po drodze mijaliśmy kilka ptaków, które żerowały na skoszonej łące, były bardzo płochliwe. Czy ktoś z Was, na podstawie tego niedoskonałego zdjęcia wie, co to za ptak?


Nie wiem, jak jest u Was, ale straszą nas burzami, a i mapa burz wygląda dość intrygująco:


Ciekawe, czy do nas dojdą? W nocy niech tam sobie wali, ale przed południem niech przestanie, bo jedziemy na piknik pod miastem, tam odbędzie się bieg charytatywny, w którym to uczestniczyć będzie mój bratanek. Zapalił się ostatnio do biegania 
i dobrze. Mam nadzieję, że załapie się do klubu i będzie trenował pod fachowym okiem. Rozmowa była w czwartek, trener ma go w przyszłym tygodniu sprawdzić, zobaczymy, co dalej.
My nie bierzemy czynnego udziału w tej imprezie, trzeba zbierać siły na kijki w połowie czerwca.

Spokojnego wieczoru i udanego weekendu :)

poniedziałek, 19 maja 2014

Jak wczoraj Lwa dogoniłam.

Do dżungli nigdzie nie wyjechałam, ani na żadne Safari koło Międzyrzecza, do Tarnowa Podgórnego tylko, na pierwszy w mym życiu "poważny" bieg, który nosił dumne miano "Pogoni za Lwem" - cokolwiek miałoby to znaczyć, nie szukałam albowiem, genezy owego tytułu.
Do wyboru był dystans półmaratonu i 1/3 tegoż, czyli jakieś 7 km z kawałkiem. Z oczywistych powodów, wybrałam jedną trzecią, chociaż przed startem wątpliwości obsiadły mnie jak pchły kota na wiosnę - tak samo upierdliwe były i bez sensu.
Mąż mój tym razem nie startował, zapisał się wcześniej na 20 km, ale z oczywistych względów dał sobie z tym spokój. Ucieszył odstąpieniem miejsca swojego znajomego. Znajomy ów, to w ogóle ciekawa postać i dowód na to, że nawet w dojrzałym wieku można się zmienić. Pan ten, krótko przed pójściem na emeryturę, zajął się bieganiem - maraton nie stanowi dla niego w tej chwili wielkiego problemu, zainteresował się zdrowym odżywianiem, zrobił prawo jazdy, porzucił nałogi .... można? Można!
Wracając do mnie. Jako, że byłam osobą niebiegającą, to miałam obawy, czy dam radę. Bez sensu, jak już wyżej napisałam, bo z kijkami robiło się dłuższe dystanse.
Koniec, końców prawie całą trasę przebiegłam :)) To prawda, co wszyscy mówią, że start w grupie i z dopingiem publiczności to zupełnie coś innego niż bieganie samemu po parku, czy osiedlu. Trasa wiodła ulicami Tarnowa Podgórnego, osiedlami domków jednorodzinnych i przez centrum miasta, mnóstwo osób wyszło pokibicować, perfekcyjnie przygotowani do tego, to było naprawdę niesamowite. 
Tak się zaczęłam na dobre zastanawiać, kto i kiedy wmówił mi niechęć do biegania? Czy to było w dzieciństwie na zasadzie: nie biegaj, bo się spocisz i będziesz chora, no widzisz, spociłaś się i choroba gotowa, czy też: jesteś zbyt powolna, żeby uprawiać sport, na co ci to .... a może w poprzednim jakimś wcieleniu zabiegałam się na śmierć i teraz organizm zrobił wszystko, żeby tego uniknąć?
Cokolwiek by to nie było, zaczęłam przekonywać wierzgającą podświadomość, że czas na zmiany poglądów. Mam nadzieję, że mi się uda.

Przy okazji, bo byliśmy dużo wcześniej przed startem i czasu mieliśmy sporo, poddałam fachowym oględzinom swoje stopy. Okazało się, że mam wadę, która powiązana jest z powstaniem haluksów. Tych nie mam, ale za lat kilka, czy kilkanaście mogę mieć. Badanie pokazało nieprawidłowy nacisk organizmu na stopy,ale zamierzam coś z tym zrobić. Dziwnym trafem, tydzień temu, weszliśmy z chłopem do sklepu obuwniczego i wdaliśmy się w rozmowę ze sprzedawczynią. Okazało się, że dziewczyna ta jest rehabilitantką, zajmuje się również doborem wkładek ortopedycznych i pracuje w tygodniu w gabinecie rehabilitacyjnym. 
A w soboty dorabia w sklepie.
Jeśli w ciągu tygodnia zdarzyły się mi takie spotkania, dotyczące stóp i korekcji wad, to chyba nie mam co czekać i zacząć działać.
Jeśli macie okazję zbadać sobie stopy - zróbcie to. 

Miłego dnia wszystkim życzę :)

piątek, 16 maja 2014

Wczorajsze Święto Niezapominajki

Komu nie podobają się niezapominajki? Chyba niewiele osób odpowiedziałoby tak.
Ja do nich nie należę. Miałam umieścić post wczoraj, ale nie dałam rady. Z powodu zlecenia na przedwczoraj, wczorajszy dzień 
i pół dzisiejszego spędziłam przy komputerze, mózg się mi zlasował z tego wszystkiego, z ust mych nadobnych ;) wyrywały się co chwilę mało wybredne słowa, z bezsilności po prostu. Mało ciekawe przemyślenia przyplątały się przy okazji, a że pogoda taka sobie i ogólnie też tak sobie, to wrzucam zdjęcia tych pięknych kwiatków i na dzisiaj wystarczy:


 Te są malutkie i drobniutkie, rosną sobie przy drodze i torach kolejowych. Ale dają radę.



 A to niezapominajki rosnące pod sosnami w naszym lesie. Są wielkie, mają tam wspaniałe miejsce do rozwoju, bo zaciszne
i słoneczne, rosną więc jak szalone w sporych kępach.


Miłego weekendu Wam życzę, a przynajmniej spokojnego i wolnego od nadmiaru wody.

Za każdym razem, kiedy widzę, czy słucham relacji powodziowych, dziękuję moim przodkom, którzy ponad sto lat temu opuścili Opolszczyznę i swoje wioski leżące przy Odrze, przenosząc się do Wielkopolski. Znaleźli sobie miejscowość, w pobliżu której której nie ma żadnej rzeki, do jezior jest kawałek, o morzu nie wspomnę. Przez moje miasto przepływa niewielka rzeka, ale przed i za miastem ma sporo miejsca, gdzie może wylać, więc szkód nie narobi.

Trzymajcie się ciepło :)