Mam nadzieję, że tytuł Was trochę chociażby zaintrygował ;)
Właśnie - co zrobić? Postaram się o tym napisać, może ktoś skorzysta.
Otóż inicjując akcję pozbywania się nieużywanych i niepotrzebnych rzeczy z domu, wygrzebaliśmy z piwnicznych czeluści gofrownicę. Nie żadne tam chińskie badziewie, tylko porządną, metalową, ciężką jak diabli, wyprodukowaną w Polsce, mającą jeszcze opcję wymiany wkładu do pieczenia gofrów na wkład do pieczenia ryb, czy kanapek na ciepło na ten przykład. Otrzymaliśmy ją w prezencie ślubnym, a że stażu jakiegoś oszałamiającego nie mamy, to przeleżała tylko osiem lat, ani razu jej nie użyliśmy, bo nie było takiej potrzeby. Tak na dobrą sprawę, nasza gofrownica nadawałaby się bardziej do małej gastronomii niż do użytku domowego.
Poszła więc na pierwszy ogień. Chłop ją obfocił, zaproponowaliśmy przyzwoitą cenę i wystawił ją w necie na widok publiczny. Preferowaliśmy odbiór osobisty, bo koszty przesyłki byłyby dość wysokie, z racji wagi i dwa dni nic się nie działo. Osobiście byłam pełna nadziei, że ktoś się zgłosi, bo powoli zaczyna się sezon na smażenie różnych rzeczy i ludzie kompletują sprzęty. Chłop stracił nadzieję, ale ogłoszenie sobie wisiało.
W czwartek, przed naszym wyjazdem do Wrocławia, odbiera telefon od jakiejś pani, bardzo zainteresowanej nabyciem naszej gofrownicy. Był tylko jeden malutki problem. Pani nie mieszka w naszej okolicy i zadała pytanie o przesyłkę. Mąż jej mówi, że wyjdzie trochę drogo i najlepiej byłoby osobiście, a tak w ogóle, to skąd pani dzwoni.
Okazało się, że pani jest z ................. dokładnie tak - z Wrocławia :)))
Na to ta moja Dobra Dusza mówi jej, że on akurat jutro jedzie do Wrocławia i może jej tę gofrownicę przywieźć. Pani musiałaby tylko dojechać po odbiór w jakieś umówione miejsce.
Kobieta się zgodziła, jak najbardziej i do naszego bagażu dołączyła dodatkowa torba z żelastwem :)) Udało się nam przewieźć ją bez narażania czyjegokolwiek zdrowia i życia, nikomu na głowę nie spadła ( na półkę w pociągu nie była kładziona zresztą), nikt się o nią przewrócił, ani goleni sobie nie poobijał.
Po przyjeździe do hotelu, mąż zadzwonił do naszej kontrahentki z informacją, że jesteśmy w tym i tym hotelu i najlepiej byłoby, gdyby podjechała tutaj, bo nie będziemy się z tym sprzętem wozić po całym mieście np. do Hali Stulecia, do której tramwaj od nas jechał jakieś 40 minut.
Kontrahentka okazała zrozumienie w temacie, zwłaszcza, że mieszka w okolicy naszego hotelu. Umówili się na sobotnie popołudnie. Super :)
Wracamy zatem w sobotę po zawodach, Chłop do niej dzwoni, a tu telefon wyłączony. Drugi, trzeci raz, sms i nic. Nosz kurde jak nic, babie się odmieniło! I co teraz? Zostawić gofrownicę w hotelu? Wieźć ją ze sobą do domu, wlokąc ją przedtem przez całe miasto, Ostrów Tumski, do Gosi i na dworzec??
Nic mądrego nie wymyśliliśmy na bieżąco, stwierdziliśmy, że jedziemy na Rynek, potem się pomyśli.
Wychodzimy z hotelu, zatrzymaliśmy się na chwilę z mojej inicjatywy, bo chciałam lipy sfotografować, w międzyczasie tramwaj pomachał nam na do wiedzenia, następny był za jakieś 10-15 minut. Trudno, poczekamy.
Czekamy sobie, czekamy, tramwaj prawie, że podjeżdża, a tu dzwoni telefon mojego męża. Jakiś nieznany numer. Odebrać trzeba, bo może kolejny chętny i to z Wrocławia??
A tu niespodzianka. Dzwoni syn naszej kontrahentki mówiąc, że mamie rozładował się telefon, on dopiero teraz go włączył
i odczytał smsa, i tak w ogóle to może za pięć minut podjechać po towar.
Super :)) Gdyby nie moje zdjęcia, to jechalibyśmy już w stronę Rynku i trzeba byłoby się cofnąć. A tak, nie musimy :)
Po kilku minutach, pod hotel podjechał młody mężczyzna ze swoją żoną, dokonaliśmy wymiany, po czym zaproponował nam podwiezienie w okolice Rynku, bo i tak w tę stronę jechał.
W trakcie jazdy zaczął mówić o mamie, że ona już w tej chwili te gofry smaży i czeka na sprzęt. Pomyślałam sobie szybko - ciekawe, co oni tych gofrów tacy spragnieni? Chłopak dokończył swą myśl - mama smaży gofry na jakimś festynie i bardzo jej zależy na dodatkowym sprzęcie.
Taki to biznes zrobiliśmy we Wrocławiu :))
Poza tym, po przyjeździe, obok toalety na dworcu znalazłam dwie dychy :)) Jak nigdy. Wydałam je od razu na bilety komunikacji miejskiej.
Publikuję tę historyjkę osobno, a zdjęcia z Wrocławia będą w osobnym poście, ale pewnie nie jutro, tylko trochę później.
Mam nadzieję, że się Wam podobała.
Miłego weekendu wszystkim życzę - kto go będzie mieć, oczywiście :)